Ale może to właśnie oznacza, że te współczesne grupy, o których mówiła Dorotka, są odpowiedzią na tę lukę? Tzn. ludzie tworzą nowe wspólnoty właśnie dlatego, że stare się rozpadły. Czy to jest złe?
Mam takie skojarzenie - bo rozmawiamy o tym, co czyni inicjację 'prawdziwą' - czy nie jest tak, że w tradycjach żydowskich bar micwa jest właśnie przykładem czegoś, co łączy oba światy? Bo z jednej strony jest osadzona w tysiącletniej tradycji, z drugiej - chłopiec sam musi się przygotować, opanować czytanie Tory, powiedzieć coś od siebie. Jest zarówno narzucony przez wspólnotę, jak i osobisty wysiłek.
A co z bierzmowaniem w katolicyzmie? Bo ja byłam bierzmowana i szczerze mówiąc... nic nie poczułam. Była nauka, był egzamin, była msza. Ale żadnego progu. Czy to znaczy, że ten rytuał nie zadziałał, czy że ja byłam na niego za mało przygotowana?
To mi tłumaczy coś, o czym myślałam od dawna. Znaczy, właśnie ta różnica między sakramentem a obrzędem przejścia jako przeżyciem. Można dostać sakrament i nie mieć żadnego przejścia, i odwrotnie - można mieć głębokie przejście bez żadnego sakramentu. Czy tak to rozumiecie?
Czyli to nie jest kwestia wiary, tylko kwestia struktury przeżycia? Że można być głęboko wierzącym katolikiem i nadal nie mieć tego prawdziwego przejścia przez bierzmowanie, bo ono po prostu nie jest tak skonstruowane?
I tu wracam do tego, o czym mówiłam wcześniej - ten rytuał, w którym uczestniczyłam, nie był sakramentem w żadnym sensie, nie miał żadnej teologii za sobą poza tym, co same stworzyłyśmy. Ale miał strukturę. I ta struktura coś zrobiła, niezależnie od tego, czy 'zadziałała' w jakimś metafizycznym sensie. Może właśnie forma jest ważniejsza niż treść, jeśli chodzi o przejście?
No to właśnie jest mój problem z tym wszystkim. Mówicie o intencji, o kontekście kosmicznym - ale jak ja mam wiedzieć, czy organizator tego, w co wchodzę, ma tę intencję, czy tylko udaje, że ją ma? Nie mam wglądu w jego głowę.
Myślę, że to napięcie, które opisuje Inwokacja, jest właśnie specyficznie nowoczesne i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Tradycyjne wspólnoty rozwiązywały je przez czas - zaufanie budowało się latami, zanim w ogóle doszło do inicjacji. My chcemy skrótu i to jest paradoks. Ale może zamiast szukać pewności przed, warto zapytać: co sygnalizuje niebezpieczeństwo w trakcie?
A czy ktoś miał sytuację, gdzie weszł w coś z pełnym zaufaniem i to okazało się złe? Pytam konkretnie, bo ta rozmowa jest bardzo abstrakcyjna i zastanawiam się, jak to wygląda w praktyce.
Słucham tej rozmowy i chcę dodać jedną rzecz, bo temat bar micwy wrócił wcześniej i myślę, że warto go rozwinąć w kontekście tego, co Dorotka opisała. Bar micwa jest przykładem inicjacji, w której władza nad obrzędem nie należy do żadnej jednej osoby - jest rozmyta w tradycji, w prawie, we wspólnocie. Nikt nie 'prowadzi' chłopca przez próg w sensie guru. To system. I może właśnie to jest zabezpieczenie, którego brakuje w prywatnych grupach - brak jednego centrum władzy.
Wracam do mojego pytania o bierzmowanie, bo ta rozmowa mnie trochę uspokaja. Znaczy - rozumiem teraz, że to, że nic nie poczułam, nie musi znaczyć, że ja zawaliłam. Może po prostu bierzmowanie jako sakrament nie jest zaprojektowane do wywołania przeżycia granicznego. Ale zastanawiam się, czy to znaczy, że powinnam szukać czegoś dodatkowego, skoro Kościół tego nie daje?
Ale czy to nie jest smutne trochę, że instytucja religijna daje ci formę, a treść przeżycia musisz znaleźć samodzielnie? Pytam bez ironii, naprawdę.
Dołączam się, bo czytam od początku i mam pytanie może banalne, ale nie daje mi spokoju - skoro mówimy, że inicjacja powinna dawać nową tożsamość i rolę w wspólnocie, to co dzieje się z ludźmi, którzy przeszli przez jakiś rytuał, ale nie mają żadnej wspólnoty, do której wracają? Tzn. zrobiłam coś w lasie sama albo z jedną przyjaciółką i wróciłam do normalnego życia. Czy to w ogóle może zadziałać?
To co Sybilka napisała o świadkach jest dla mnie jakoś bardzo ważne. Pamiętam, jak robiłam sobie taki własny mały rytuał przy przełomie jednego roku - i właśnie to było w tym dziwne, że poczułam coś, ale nie miałam komu o tym powiedzieć. Jakby przeżycie nie miało gdzie się zakorzenić.
To co Diablica napisała o świadku jako funkcjonalnej części rytuału - to mi dało do myślenia. Bo ja zawsze myślałem, że świadek to taki protokolant. Ktoś, kto potwierdza, że coś się odbyło. A tu chodzi chyba o coś zupełnie innego, tak? Że wspólnota aktywnie bierze udział w przemianie, a nie tylko ją obserwuje?
Ale skoro wspólnota jest tak ważna, to czy to znaczy, że inicjacja przeprowadzona samotnie jest z góry niepełna? Bo czytam o dużo takich solowych praktykach - wiccańskie samoinicjacje, własne rytuały wejścia w nowy etap życia - i ludzie twierdzą, że coś przeżyli. Czy to jest samookłamywanie się, czy może jednak coś działa?
Właśnie - i to jest coś, o czym myślę od momentu, jak opisałam swoją sytuację z tym kręgiem. Bo tam było wszystko: wspólnota, świadkinie, starsza kobieta jako przewodniczka. Forma była kompletna. A jednak coś było z gruntu zepsute. Więc mam teraz pytanie do was - co właściwie gwarantuje, że świadkowie są prawdziwymi świadkami, a nie tylko statystakami cudzego spektaklu?
Właśnie o to chcę zapytać, bo ta rozmowa krąży wokół tego od dawna - jak odróżnić przed wejściem. I mam wrażenie, że wszyscy wiemy, jak rozpoznać złą inicjację po fakcie, ale nie mamy narzędzi do oceny przed. Czy to jest w ogóle możliwe?
A czy w tradycjach afrykańskich albo w ceremoniach rdzennych Amerykanów też jest tak, że można się wycofać? Bo mam wrażenie, że tam inicjacja jest bardziej obowiązkowa, nie? Że to nie jest wybór jednostki, tylko coś, co wspólnota wykonuje na tobie niezależnie od twojej woli?
Słucham i mam takie skojarzenie - może problem współczesnych inicjacji polega na tym, że wyjmujemy sam rytuał z kontekstu i traktujemy go jak produkt. Kupujesz warsztaty, dostajesz inicjację. Ale ta inicjacja jest oderwana od całej reszty - od wspólnoty, od lat dojrzewania, od zobowiązań po ceremonii. To jakby wziąć tylko wesele bez zaręczyn, bez historii, bez rodziny, bez wspólnego życia po.
To o czym Nocnica pisze - że uczciwa prowizorka ma wartość - bardzo mi trafia. Bo mój mały solowy rytuał, o którym wspominałam, nie miał pretensji do bycia niczym wielkim. Zrobiłam go dla siebie, wiedziałam, że robię go dla siebie. I właśnie ta skromność chyba sprawiła, że coś z niego zostało. Gdyby ktoś mi powiedział, że to 'starożytny obrzęd', pewnie bym to odrzuciła jako absurd.
I tu się wracamy do sedna, bo ta rozmowa zatacza dobre kręgi - inicjacja jako rytuał społeczny kontra inicjacja jako wewnętrzna przemiana to są dwa różne cele, które mogą iść razem, ale nie muszą. Tradycyjnie miały iść razem i to jest ideał. Ale w naszych warunkach może warto po prostu wiedzieć, który cel jest nasz w danym momencie. Czy chcę zmiany w środku, czy chcę nowej roli w jakiejś wspólnocie. I nie szukać jednego tam, gdzie jest tylko drugie.
Słuchajcie, mam pytanie, które mnie gryzie od jakiegoś czasu w tej rozmowie - czy obrzędy przejścia dotyczące śmierci, czyli pogrzeby, stypy, żałoba - to też są inicjacje? Bo też jest zmiana statusu, też jest wspólnota świadków, też jest nowa rola dla żałobnika. Czy to ten sam mechanizm, tylko że zmiana dzieje się nie w inicjowanym, bo on już nie żyje, tylko w tych, co zostają?
To co Nocnica napisała o skróceniu żałoby - to chyba jeden z największych rytualnych braków we współczesności. Kiedyś była wdowia czerń przez rok, był zakaz tańców i zabaw, była struktura. Dziś po tygodniu oczekuje się, że wrócisz do pracy i będziesz funkcjonować. A osoba jest w środku liminalności bez żadnej mapy. Zastanawiam się, czy to nie jest jedno ze źródeł tych wszystkich poszukiwań inicjacji, o których rozmawiamy od początku wątku - ludzie czują, że brakuje im rytualnego przeprowadzenia przez progi życia i szukają tego gdzie indziej.
A propos świadka rytualnego - czy wiecie, że w niektórych tradycjach żydowskich jest taki element w sziwie, że dosłownie siedzisz i ludzie przychodzą i mówią ci, kim byłeś w relacji z tym człowiekiem? Trochę jakby wspólnota pomagała ci zdefiniować na nowo, kim teraz jesteś bez tej osoby. Mnie to zawsze wydawało się mądre rytualnie, nawet jeśli nie jestem żydówką i nie wiem, jak to działa od środka. Tylko że to też jest inicjacja przez wspólnotę, nie samodzielna.
Ale czy obrzędy żałobne jako inicjacja nie różnią się jednak fundamentalnie od, powiedzmy, bar micwy czy bierzmowania tym, że żałoba nie ma jasno zdefiniowanego końca? Znaczy - po bar micwie wiesz, że jesteś teraz dorosły w sensie religijnym, wspólnota to potwierdziła, koniec. A po żałobie - kiedy dokładnie jesteś 'po'? Czy rocznica? Czy kiedy przestaniesz płakać? To wydaje mi się ważna różnica.
Słuchajcie, ale ja mam wrażenie, że ta rozmowa trochę odpłynęła od inicjacji jako obrzędów wejścia w dorosłość czy nową tożsamość. Żałoba jest ważna, ale czy to nie jest osobny temat? Bo inicjacja wydaje mi się jednak bardziej o wejściu w coś, a żałoba jest o poradzeniu sobie ze stratą. Albo się mylę?
