To co Wierzbina mówi o wejściu w nową rolę - czy to nie dotyczy też np. wejścia w macierzyństwo? Bo poród jako inicjacja to chyba jeden z silniejszych progów, jakie znam z własnego doświadczenia. I to jest coś, co dzieje się z tobą bez pytania o zgodę, tak jak Diablica pisała o żałobie. Nikt cię nie inicjuje - to po prostu się dzieje. Czy to znaczy, że inicjacja może być czysto biologiczna?
Ja nie miałam żadnego rytuału, moja mama po prostu wytłumaczyła co się dzieje i to tyle. Ale pamiętam, że gdzieś czytałam, że w Japonii tradycyjnie gotowało się czerwoną ryżową zupę i świętowało. A w Afryce Południowej są całe tygodnie izolacji dla dziewcząt. To jest przepaść w porównaniu z tym, że moja mama po prostu mi dała podpaskę. Ale szczerze - nie wiem, czy bym chciała żeby było jakieś wielkie rytualne wydarzenie wokół czegoś tak intymnego. Jak to wygląda u was?
A wracając do początku tej części rozmowy - Stefcia pytała o żałobę, Inwokacja_D o poród, Grazynka58 o menstruację. I mi wychodzi, że w zasadzie wszystkie biologiczne progi życia kobiety - menstruacja, poród, menopauza - były kiedyś rytualnie obsługiwane, a teraz są albo medyczne, albo niewidzialne. I może właśnie dlatego tyle kobiet szuka inicjacji w kręgach i na warsztatach? Bo te własne biologiczne progi nie zostały odpowiednio przeprowadzone?
To co Pyromantka03 mówi jest trafne i warto dodać, że menopauza jako inicjacja jest chyba najmniej widoczna ze wszystkich - bo o ile narodziny mamy jakoś obsłużone medycznie i społecznie, o tyle menopauza jest do dziś tematem, który się przemilcza albo traktuje jako problem zdrowotny do naprawienia, a nie jako próg. W wielu tradycjach to był moment przejścia do roli starszej kobiety - osoby, która teraz ma autorytet i mądrość. Zamiast tego kobieta dostaje terapię hormonalną i komunikat, żeby udawać, że nic się nie zmieniło. To jest jedno z najlepiej ukrytych zaniechań rytualnych, jakie znam.
W kulturach rdzennych Ameryki Północnej - konkretnie u Navahów - jest Kinaalda, czyli czterodniowy rytuał dla dziewcząt przy pierwszej menstruacji. Ale jest też tradycja Kroonivrou w niektórych społecznościach holenderskich, gdzie wejście w wiek postmenopauzalny jest traktowane jako wejście w mądrość. Tyle że to są wyjątki. W większości zachodnich tradycji menopauza jest na skali między wstydem a medycznym problemem do wyleczenia. Nie ma nawet słowa rytualnego na zakończenie płodności, które byłoby pozytywne.
To mnie uderza, bo van Gennep wyróżniał fazę separacji, liminality i włączenia - i menopauza spełnia wszystkie trzy warunki strukturalnie. Jest wyraźne wyjście z jednej fazy biologicznej, jest długi, dezorientujący czas przejścia - te kilka lat zmian - i jest moment, w którym kobieta staje się kimś innym społecznie i biologicznie. Tylko brakuje tej trzeciej fazy - włączenia, potwierdzenia, ceremonii. I właśnie dlatego wiele kobiet opisuje to jako doświadczenie utraty, a nie wejścia w coś nowego.
Ale czy solowy rytuał naprawdę wystarczy? Bo mi się wydaje, że właśnie ten element świadka - o którym mówiono wcześniej przy sziwie i przy porodzie - jest kluczowy dla tego, żeby przejście miało wagę. Jak sama sobie powiesz 'teraz jesteś kobietą mądrości', to czy twój mózg to kupi bez zewnętrznego potwierdzenia?
Ja mam podobne doświadczenie do Pyromantki - robiłam kilka rzeczy samodzielnie i zawsze zostaje ten niedosyt. Ale też zastanawiam się, czy to nie jest kwestia tego, że nie wychowałyśmy się w tradycji, gdzie takie rzeczy są normalne. Bo ktoś, kto od dziecka widzi, że rytuał ma moc, może mieć inny poziom zaufania do własnych działań niż ktoś, dla kogo to jest nowość ze świec i intencji.
Słucham tej rozmowy i mi się nasuwa pytanie - a co z inicjacjami męskimi w tym kontekście? Bo wcześniej dużo było o biologicznych progach kobiecych, ale mężczyźni mają zwykle inicjacje bardziej zewnętrzne - armia, rytuały bólowe, polowanie. Czy w zachodnich warunkach to też zanikło, czy po prostu zamieniło się w inne rzeczy?
Kwestia inicjacji męskich to osobna i głęboka sprawa. Mircea Eliade pisał, że inicjacja szamańska - często ekstremalnie bolesna - jest warunkiem koniecznym do pełnienia roli pośrednika. Bez symbolicznej śmierci i odrodzenia nie ma autorytetu. I może właśnie dlatego mamy dziś kulturę, gdzie mężczyźni nie wiedzą, kim są - bo brakuje im struktury, która by ich 'zabiła i odrodziła' w sensie symbolicznym.
To jest uproszczenie, ale użyteczne. W Victor Turnerze - który rozwijał van Gennepa - ten element communitas jest wspólny dla wszystkich inicjacji: chodzi o chwilowe wyjście z hierarchii i doświadczenie równości w liminality. I to jest coś, czego naprawdę brakuje we współczesnych zastępnikach inicjacji - zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. Matura jest indywidualnym sprawdzianem, nie communitas.
Ale jeśli dobrze rozumiem to co Nocnica mówi - communitas to ten moment, gdzie wszyscy są w tej samej, bezstrukturalnej przestrzeni razem? Bo jeśli tak, to obozy harcerskie albo pielgrzymki chyba coś z tego zachowują? Pytam, bo byłam kiedyś na pieszej i to było coś zupełnie innego niż codzienna hierarchia, jakby wszystko się równoważyło.
Wracając do tego, co Henio83 i Tadek57 podnosili o inicjacjach męskich - chcę dodać, że w kulturach, gdzie przetrwały rytuały dorosłości dla chłopców, często kluczowym elementem jest celowe odcięcie od matki i świata kobiecego. Symboliczne 'przejście pod opiekę mężczyzn'. To jest struktura, której zachodnia kultura się boi, bo bywa nadużywana, ale jej zupełny zanik zostawia lukę. Mam wrażenie, że dyskusja o tym, czy potrzebujemy nowych rytuałów, jest nieodłączna od pytania, kto miałby je prowadzić i na jakiej podstawie autorytetu.
No właśnie - to jest chyba sedno problemu. Nawet jeśli ktoś chce zrobić coś sensownego, np. jakiś obóz dla nastolatków z prawdziwym przejściem, to kto ma ten autorytet? Kapłan? Tata? Wódz, którego nie ma? W tradycyjnych kulturach był ktoś, kto z definicji miał ten status. Teraz wszyscy jesteśmy równi i nikt nie ma autorytetu, żeby powiedzieć 'teraz jesteś dorosły'.
To co Diablica i Henio83 mówią o autorytecie - to mnie trochę przeraża, bo sugeruje, że bez gotowej tradycji nie da się tego odtworzyć. A ja niekoniecznie w to wierzę. Przecież Kościół też kiedyś 'wymyślił' sakramenty jako strukturę. Czy naprawdę uważacie, że niemożliwe jest stworzenie czegoś nowego, co miałoby realną moc rytuałową? Czy to wymaga bezwzględnie starożytnego rdzenia?
To co Sybilka mówi o inercji - rozumiem, ale mi to brzmi trochę jak argument, że nigdy nic nowego nie może się przyjąć. Przecież te wszystkie negatywne chrzciny i rytuały sezonu wróżbiarskiego w Wicca też kiedyś były nowe i ktoś nie wiedział, jak się zachować. To jest kwestia czasu i powtórzenia, nie źródła, prawda?
Potwierdzam intuicję Norberta - nie mogę sobie przypomnieć niczego w Europie Zachodniej, co przeżyło industrializację jako rytuał dorosłości dla mężczyzn. Może bierzmowanie? Ale to bardziej wyznanie wiary niż próba. Chociaż czekaj - w kulturze góralskiej czy w pewnych środowiskach robotniczych były pierwsze zjazdy górnicze, pierwsze zejście do kopalni z ojcem. Czy to nie spełnia tych kryteriów strukturalnie?
Ale jeśli tak, to czy to znaczy, że współczesne społeczeństwo usługowe po prostu nie ma naturalnych progów, które mogłyby stać się rytuałami? Bo kopalnię rozumiem - jest wyraźna granica między tym, kto zszedł, a tym, kto jeszcze nie. A co jest teraz takim progiem? Pierwsze zebranie w pracy? Pierwsze rozliczenie PIT-u?
Trochę z boku, ale chcę dodać coś osobistego - miałam takie przeżycie na pieszej pielgrzymce, o której wspominałam wcześniej, że jest coś, co działa jak próg. Konkretnie: był moment, kiedy szłam sama kilka kilometrów w środku nocy i coś w środku kliknęło. Nie wiem jak to inaczej opisać. I potem była wspólnota, i był cel. To nie był zaplanowany rytuał, ale retrospektywnie czuję, że coś się we mnie przeszło. Czy to liczy?
To co Jadzieńka opisuje - rozmycie bez kotwicy - to jest chyba jeden z najbardziej konkretnych argumentów za tym, że rytuał nie może być prywatny. I wracam tu do początku dyskusji o menopauzie i o tym, że żeńskie progi są bez communitas. Bo 'kliknięcie' może być autentyczne, może być głębokie, ale jeśli nikt nie powie 'widziałam cię jak przekraczałaś' - to skąd czerpać pewność, że to się naprawdę stało?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie, może naiwne - czy nie można by po prostu umówić się z kilkoma bliskimi osobami i zrobić coś takiego świadomie? Bez żadnej tradycji z góry, tylko powiedzieć: 'chodźcie, będziecie świadkami, że coś się we mnie zmienia'? Bo Sybilka mówi, że potrzeba świadka - no to go sobie wyberz. Czy ja źle rozumiem, dlaczego to nie działa?
To pytanie Grazynki dotyka czegoś centralnego i nie ma tu prostej odpowiedzi. Klasyczna teoria rytuału mówi o trzech rzeczach jednocześnie: formie, wspólnocie i powtórzeniu. Żaden z tych elementów samodzielnie nie wystarczy. Możesz mieć piękną formę, ale bez wspólnoty, która ją rozpoznaje, to teatr dla siebie. Możesz mieć wspólnotę, ale bez powtarzalnej formy - to będzie raczej spotkanie niż obrzęd. I możesz powtarzać w nieskończoność coś, czego forma jest pusta dla uczestników. Dlatego zresztą rytuały trwają - bo spełniają te trzy warunki naraz, często przez pokolenia, i każde kolejne powtórzenie dokłada warstwę znaczenia.
To co Sybilka mówi o narracji - czy to nie znaczy, że właściwie każdy rytuał jest trochę fikcją? W sensie - wierzymy, że sięga głębiej niż sięga, i ta wiara go utrzymuje?
To mi od razu nasuwa pytanie o współczesne substytuty tych fizycznych prób. Przecież nie izolujemy się w buszu, nie pościmy przez tydzień, nie przechodzim przez ból rytualny. Czy taniec na koncercie, maraton, kilkudniowy retreat - to może być funkcjonalnym odpowiednikiem? Czy to za wygodne, żeby zadziałało?
Zostańmy przy tym przez chwilę, bo to ważne rozróżnienie. W każdej tradycji inicjacyjnej, którą znam - od afrykańskich obrzędów dojrzałości przez greckie misteria po kabalistyczne ceremonie - zmiana jest ogłaszana na zewnątrz, nie do wewnątrz. Initiant nie mówi sam sobie 'jestem teraz kimś innym'. Mówi to ktoś z zewnątrz, w imieniu wspólnoty lub sacrum. Biegacz, który sam sobie mówi 'stałem się kimś innym' - to jest przemiana psychologiczna, która jest wartościowa, ale strukturalnie inna.
A co w takim razie z religiami, gdzie inicjacja jest osobista - jak w pewnych nurtach protestantyzmu, gdzie masz mieć osobiste przeżycie nawrócenia i to wystarczy? Tam też jest zewnętrzne ogłoszenie, nawet jeśli przeżycie jest wewnętrzne?
Czytam to i myślę o czymś - czy ktoś z was robił albo uczestniczył w jakimś celowo skonstruowanym rytuale przejścia dla dorosłej osoby, nie jako obrzęd religijny, tylko jako coś świadomego? I czy to zadziałało w tym sensie, że czuliście różnicę po?
