Temat, który chciałem poruszyć od dawna, bo ile razy słyszę słowo dżihad w telewizji, to od razu wiadomo, że będzie o wojnie i terroryzmie. A tymczasem rozmawiałem kiedyś z muzułmaninem z Bośni i on mi powiedział, że przez całe życie prowadzi dżihad i nigdy nie podniósł ręki na nikogo. To mnie zastanowiło. Czy ktoś wie więcej o tym podziale na wielką i małą dżihad? Bo mam wrażenie, że to jest jeden z najbardziej przekręconych terminów w ogóle.
Temat jak najbardziej na miejscu. W islamskiej teologii ten podział jest rzeczywiście fundamentalny, choć nie wszyscy uczeni go uznają za jednako ważny. Wielka dżihad, czyli al-jihad al-akbar, to walka z własnym nafsem - można to przetłumaczyć mniej więcej jako ego, niższe pożądania, skłonności do zła. Mała dżihad, al-jihad al-asghar, to walka zewnętrzna, militarna. Ciekawe jest to, że ten podział pochodzi podobno z hadisu, który część uczonych sunnickich uważa za słaby, czyli niezbyt wiarygodny przekaz. Czy ktoś wie, jak to dokładnie wygląda w tradycji szyickiej?
Ale zaraz, jeśli część uczonych kwestionuje ten hadis o wielkiej dżihadzie, to czy to nie oznacza, że to rozróżnienie jest jakimś późnym wymysłem? Pytam serio, bo chciałbym zrozumieć, jak to wygląda od środka, a nie z zewnętrznej propagandy.
Muszę powiedzieć, że to mnie trochę zaskakuje. Zawsze kojarzyłam islam z rygorystycznym prawem i zewnętrznymi nakazami, a tu nagle coś, co brzmi jak introspekcja i praca nad sobą. To bardziej mi przypomina medytację czy ascezę chrześcijańską niż to, co media pokazują. Czy ta wewnętrzna dżihad ma jakieś konkretne praktyki, techniki, czy to bardziej postawa?
No właśnie, ale mnie zastanawia jedno - skoro sami muzułmanie mają ten wewnętrzny spór o to, która dżihad jest ważniejsza, to jak to wygląda w sunnitach kontra szyici? Bo rozumiem, że to dwie bardzo różne tradycje teologicznie, prawda?
Ja w ogóle nie wiedziałam, że jest taki podział w islamie, że szyici i sunnici mogą inaczej to rozumieć. Myślałam, że to jedna religia z jedną interpretacją. Możecie jakoś prosto wyjaśnić, skąd ten podział się wziął i czy on wpływa właśnie na rozumienie dżihadu?
To jest ciekawy punkt, bo rozumiem, że jeśli w teologii szyickiej decyzja o dżihadzie militarnym jest tak skomplikowana i właściwie zawieszona, to ta wewnętrzna walka staje się tym ważniejsza w codziennym życiu wierzącego. Czy to znaczy, że szyizm jest z natury bardziej mistyczny niż sunnityzm?
A czy ktoś wie, jak salafici i wahhabici podchodzą do tego podziału? Bo mam wrażenie, że właśnie oni najgłośniej krzyczą o dżihadzie w sensie militarnym i może dlatego ta interpretacja jest tak dominująca w mediach.
Tu muszę dorzucić coś istotnego, bo Tomir ma rację co do chronologii, ale to jest bardziej złożone. Salafici różnią się między sobą. Są salafici quietyści, którzy odrzucają dżihad militarny w obecnych warunkach prawie całkowicie i skupiają się właśnie na oczyszczeniu wiary i praktyki. Są dżihadyści-salafici, którzy interpretują go agresywnie. Wahhabizm saudyjski jest swoistym amalgamatem, który zależnie od kontekstu politycznego oscylował między tymi biegunami. Więc wrzucanie ich do jednego worka też nie jest uczciwe.
Słucham tej rozmowy i mi się przypomniało, że kiedyś czytałam, że w islamie jest coś w rodzaju walki z duchami zła, dżinami. Czy to też jakoś wiąże się z tym pojęciem dżihadu wewnętrznego, czy to zupełnie osobna sprawa?
Mam pytanie praktyczne, może trochę z innej strony - jeśli dżihad wewnętrzny to praca nad sobą, walka z ego i wadami, to czym to się różni od tego, co my robimy w samorozwoju albo medytacji? Pytam, bo szczerze te sufickie stacje duchowe, o których Runiarka mówiła wcześniej, brzmią bardzo podobnie do tego, co w jodze albo buddyzmie. Czy to jest przypadek?
To mnie właśnie ciekawi w takich porównaniach - podobne mapy, różne cele. Wracając do samego dżihadu, chciałam zapytać, czy ta militarna interpretacja jest w ogóle teologicznie uzasadniona w klasycznym islamie, czy to zawsze było instrumentalizowane przez polityków i władców?
No to wracając do tego, co Runiarka napisała o klasycznej jurysprudencji - mnie zastanawia jedna rzecz. Jeśli ta militarna forma była skodyfikowana jako prawo z regułami, ochroną cywilów i tak dalej, to co się stało, że te reguły zaczęły być ignorowane? Bo to chyba nie jest tylko kwestia wahhabizmu?
Dobre pytanie, ale myślę, że tu jest kilka warstw. Po pierwsze, klasyczne prawo islamskie powstawało w kontekście państwowości - kalif miał wyłączność na ogłoszenie dżihadu. Kiedy znikły kalifaty i pojawiły się ruchy niepaństwowe, te mechanizmy kontroli się posypały. Po drugie, kolonializm zrobił swoje - zachód niszczył instytucje, które te reguły podtrzymywały. To nie jest prosta linia od wahhabizmu do terroryzmu.
Ale czekajcie, bo mnie ciekawi coś innego. Skoro w szyizmie ta militarna dżihad jest właściwie zawieszona do czasu powrotu imama, to jak to działa np. w Iranie po 1979? Bo Chomeini chyba jakoś to inaczej rozwiązał?
A wracając do tej wewnętrznej dżihad - zastanawiam się, czy wśród zwykłych muzułmanów, nie teologów, nie sufich, to pojęcie w ogóle żyje w codzienności? Czy to akademicka sprawa?
To bardzo dobre pytanie, bo można mieć piękną teologię, która jest czysto papierowa. Czy ktoś tu miał kontakt z muzułmanami, którzy faktycznie używają tego pojęcia w zwykłej rozmowie?
Ja miałam koleżankę z Maroka i ona raz mówiła właśnie o tym, że stara się zrobić dżihad z samą sobą, żeby nie wybuchnąć na kogoś w pracy. Używała tego słowa zupełnie naturalnie, jakby powiedziała 'praca nad sobą'. Wtedy nie wiedziałam w ogóle, o co jej chodzi, ale teraz po tej rozmowie to mi się układa w całość.
Ja się też zastanawiam, czy ta walka z własnym nafsem, o którym wcześniej pisała Runiarka, to nie jest po prostu to, co chrześcijanie nazywają walką z pokusą albo ascezą. Czy jest jakaś różnica poza nazwą?
To brzmi dla mnie jak buddyjska praca z umysłem, szczerze. Czy ktoś wie, czy sufizm miał kontakt z buddyzmem? Bo te podobieństwa są chyba za duże, żeby być przypadkowe.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam takie proste pytanie, może głupie - skoro dżihad wewnętrzny jest ważniejszy, to dlaczego islamskie państwa i organizacje prawie nigdy o tym nie mówią, a tylko o tym militarnym? Czy to jest kwestia tego, że ta militarna wersja jest po prostu politycznie użyteczna?
Dokładnie! I mam wrażenie, że to jest sedno całego problemu z tym tematem. Ta wewnętrzna dżihad jest jakby prywatna, a militarna jest publiczna i mobilizująca. I politycy zawsze wolą to, co mobilizuje.
No właśnie, to porównanie z krucjatami dobrze pokazuje, że to nie jest coś specyficznego dla islamu, ale coś specyficznego dla religii wplątanych w politykę. Mam pytanie do Cohena - czy w klasycznym islamie była w ogóle jakaś próba rozdzielenia tej sfery religijnej od politycznej, czy to zawsze było razem?
Klimcia_S pytała o próby rozdzielenia religii od polityki w klasycznym islamie - to jest temat, do którego można by pisać całe tomy, ale dam skrót. Były takie próby, i to niejeden raz. Al-Ghazali w XI wieku próbował właśnie przenieść ciężar islamu do środka - na serce, na intencję, na moralność. Jego 'Ihja ulum ad-din', czyli Odrodzenie nauk religijnych, to w gruncie rzeczy jest manifest tej wewnętrznej drogi. Ale polityka zawsze wracała tylnymi drzwiami. Califat - to nie był tylko symbol duchowy, to była władza. I te dwie rzeczy nigdy nie dały się naprawdę rozplątać.
Mnie najbardziej uderza w tej rozmowie jedno - że my w ogóle rozmawiamy o islamie jak o monolicie, a tymczasem wychodzi, że to są chyba ze trzy albo cztery zupełnie różne religie w jednej nazwie. Sunnici, szyici, sufi, wahabici, doktryna wilajat al-fakih... To jakby powiedzieć 'chrześcijaństwo' i myśleć, że to jedno.
No i to jest właśnie to, co mnie interesuje od początku tego wątku - bo w mediach mówi się 'islam mówi to' albo 'islam zakazuje tamtego', jakby to była jedna spójna instrukcja obsługi. A tu widzę, że nawet w kwestii dżihadu nie ma zgody między uczonymi tej samej tradycji.
Właśnie to mnie uderzyło, kiedy rozmawiałam z tą koleżanką z Maroka - ona nie odwoływała się do żadnej doktryny, żadnych szkół. Po prostu używała słowa, bo tak się mówiło w jej domu, od dziecka. To był język emocji i moralności, nie teologii. Czy to nie jest właśnie ta 'żywa' tradycja, o którą pytał Tomir?
