Zaczęłam ostatnio drążyć temat inicjacji w różnych tradycjach i im więcej czytam, tym bardziej uderza mnie, że wszędzie pojawia się ten sam schemat: oddzielenie od dotychczasowego życia, przejście przez próbę i narodziny jako ktoś inny. Bar micwa, bierzmowanie, inicjacja w plemieniu Ndembu opisana przez Turnera, nawet sufickie wejście na ścieżkę - wszędzie to samo. Tylko forma się zmienia. Chciałam zapytać, czy wy też macie wrażenie, że to coś wbudowanego w ludzką psychikę, czy raczej religie po prostu kopiują od siebie wzorce?
No właśnie, ale czy te wszystkie rytuały rzeczywiście coś zmieniają w człowieku, czy to tylko teatr? Bo bierzmowanie przeszedłem jak każdy w podstawówce i szczerze mówiąc nie poczułem żadnego przełomu. Może problem w tym, że już nie ma tej prawdziwej próby, tylko formalność?
To jest bardzo delikatne pytanie, bo ajawaska to nie jest zamiennik inicjacji, to jest narzędz... przepraszam, to jest element konkretnej ścieżki w tradycjach amazońskich i sam w sobie niczego nie inicjuje, jeśli nie ma za tym mistrza, intencji i wspólnoty. Znam osoby, które przeszły kilkanaście ceremonii i duchowo stoją w miejscu, bo nie wpisały tego w żaden szerszy kontekst. Z drugiej strony słyszałam o przypadkach, gdzie jedno przeżycie faktycznie było prawdziwym punktem zwrotnym. Więc może nie chodzi o samą substancję ani o tradycję, tylko o gotowość przechodzącego?
Czytam was i mam pytanie trochę z innej strony - w religiach abrahamowych te rytuały przejścia mają bardzo konkretny wiek. Bar micwa w 13. roku życia u chłopców, bierzmowanie w różnym wieku zależnie od tradycji, ale zazwyczaj nastolatki. Czy to biologiczne? Tzn. czy starożytni 'trafili' w jakiś naturalny próg dojrzewania, czy to bardziej kwestia ekonomii - w danym wieku młody człowiek był już użyteczny dla wspólnoty?
A ja się zastanawiam, czy jest coś takiego w ogóle dla kobiet - jakaś inicjacja typowo żeńska? Bo wszystko, o czym tu piszecie, brzmi bardzo... chłopięco. Te próby w buszu, symboliczna śmierć, walka. Czy w tradycjach jest coś, co dotyczyło tylko kobiet?
To ciekawe, bo brzmi jakby te kobiece inicjacje były bardziej naturalne, bo przywiązane do ciała, do krwi, do konkretnego momentu biologicznego. Mężczyźni musieli sobie wymyślać próby, bo ich ciało im nic nie podpowiadało, prawda?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może naiwne, ale - czy te wszystkie tradycyjne inicjacje miały jakiś element, który dzisiaj nazwalibyśmy 'duchowym przebudzeniem'? Tzn. czy chodziło tylko o status społeczny, czy też o realne spotkanie z jakimś wymiarem transcendentnym? Bo jak słucham opisu tych obrzędów, to brzmi jak celowo wywołany stan zmienionej świadomości.
To skoro nie da się tego rozdzielić, to co mamy teraz? Bo my mamy tylko status bez przebudzenia. Chrzest, bierzmowanie, ślub - to wszystko jest teraz głównie na zdjęcia i dla rodziny. Brzmi trochę beznadziejnie, nie?
Właśnie o to mi chodziło wcześniej i cieszę się, że Sybilka to podniosła. Myślę, że brakuje nam teraz czegoś, co można by nazwać autorytetem inicjatycznym - kogoś lub czegoś, co mówi 'tak, teraz jesteś po drugiej stronie'. Bez tego można chodzić na dziesiątki ceremonii i nigdy nie przekroczyć progu, bo nie ma nikogo, kto by ten próg zdefiniował i potwierdził przejście.
Może głupie pytanie, ale - czy ślub nie jest właśnie takim rytuałem przejścia, który nadal działa? Bo tam jednak jest publiczne świadectwo, zmiana statusu, jest jakaś powaga. Albo pogrzeb dla rodziny? To znaczy czy nie mamy tych rytuałów, tylko nie nazywamy ich inicjacjami?
Myślę, że dla niektórych ludzi takim momentem może być poważna choroba albo śmierć kogoś bliskiego. To brzmi ponuro, ale właśnie te doświadczenia często opisuje się jako coś, po czym jest się 'innym człowiekiem'. Nie zaplanowane, nie zrytualizowane, ale skuteczne. Czy to nie jest inicjacja życia?
Ontologiczna pozycja - ale czy nie brzmi to trochę jak społeczna kontrola poprzez rytuał? Tzn. jeśli nie przeszłeś tego, co my wszyscy, to nie masz głosu. To może być też sposób wykluczenia, nie?
Ale wracając do tego, co Nocnica pisała o kobiecych inicjacjach - ona wspomniała o izolacji i naukach od starszych kobiet. Czy ktoś zna konkretne tradycje, gdzie ten rytuał był szczególnie rozbudowany? Bo mam wrażenie, że to naprawdę mało znany obszar.
Misteria Eleuzyjskie to akurat bardzo ciekawy przypadek, bo były otwarte i dla mężczyzn, i dla kobiet, i dla niewolników - co na starożytność było zaskakująco inkluzywne. Ale rdzeń był kobiecy, Demeter i Kora, i cały mit opierał się na zejściu i powrocie, co dosłownie odpowiada strukturze inicjacyjnej van Gennepa. Choć muszę przyznać, że nie wiem, czy Eleuzis było adresowane konkretnie do kobiet jako inicjacja dojrzałości.
A propos kykeon i psychoaktywnych substancji - czy to nie jest właśnie ten brakujący element, który odróżnia 'prawdziwe' przebudzenie od ceremonii tylko dla oka? Czy tradycje używające substancji w rytuale były skuteczniejsze w sensie inicjacyjnym?
Okej, ale wracając do ziemi - dla kogoś kto żyje w Polsce w XXI wieku i nie należy do żadnej konkretnej tradycji, co jest realistyczne? Bo mam wrażenie, że ta rozmowa krąży między 'inicjacja tradycyjna była niesamowita' a 'współcześnie nie ma jak jej odtworzyć'. To co my mamy robić?
Znam kilka osób, które same sobie stworzyły rytuały przejścia i opisywały je jako bardzo znaczące. Jedna po rozwodzie zrobiła coś na kształt symbolicznego oczyszczenia - kilkudniowy odosobnienie, spalenie listów, napisanie nowych intencji. Inna po ukończeniu doktoratu zamiast typowej imprezy poprosiła bliskich o świadectwa - co w niej widzą, czego jej życzą. To brzmi prosto, ale obie mówiły, że coś się naprawdę 'zamknęło i otworzyło'. Czy to jest inicjacja?
Ale czy ta trójstopniowość w wicca to nie jest jednak dość arbitralny podział? Tzn. ktoś to wymyślił w XX wieku, Gardner skompilował z różnych źródeł. Gdzie w tym autentyczność, którą tak bardzo cenimy w tradycjach rdzennych?
Czekajcie, bo zgubiłam wątek. Mówiliśmy o tym, że kobiecych inicjacji jest mało opisanych, a potem Wierzbina mówiła o Sunrise Ceremony. Chcę zapytać - czy w tradycjach słowiańskich w ogóle były jakieś obrzędy przejścia dla dziewcząt, bo nigdzie tego nie widzę?
Jest jeszcze jeden trop słowiański, który mnie ciekawi - sobótkowe obrzędy i wianki. Część badaczy twierdzi, że pierwotnie noc Kupały była związana z przejściem dziewcząt w kobiecość, puszczanie wianku po wodzie jako symboliczne pytanie o 'przyszłego mężczyznę', ale też jako rytualne oddanie dziewictwa naturze. Jak myślicie, czy to jest uzasadniona interpretacja czy trochę na siłę?
Właśnie ta kwestia świadomego tworzenia znaczenia mnie kręci i jednocześnie niepokoi. Bo jak ktoś sam postanawia, że coś jest jego inicjacją, to czy to jest rzeczywiście inicjacja czy tylko deklaracja? To jak gdybym powiedziała, że sama się mianowałam lekarką - chęci dobre, ale coś istotnego brakuje.
Mam pytanie do Nocnicy albo Wierzbiny, bo zgubiłem się trochę - mówiliście o van Gennepie i trzech fazach inicjacji. Ale on pisał w 1909 roku o obrzędach przejścia w ogóle, nie tylko inicjacjach. Czy każde przejście statusowe to już inicjacja, czy inicjacja to tylko specyficzny typ? Bo mam wrażenie, że czasem tej granicy nie pilnujemy w tej rozmowie.
Słucham tej dyskusji od dłuższego czasu i chcę dodać jedną rzecz od strony praktycznej, bo sama uczestniczyłam kilka lat temu w rekonstruowanym rytuale przejścia w grupie kobiet. Trwał trzy dni, była izolacja, poszczenie, były starsze kobiety, które 'przeprowadzały'. I powiem wam szczerze - coś się zmieniło. Nie wiem jak to opisać inaczej. Czy to była 'prawdziwa' inicjacja w sensie, o którym mówi Nocnica? Nie mam pojęcia. Ale zmiana była realna.
Był. Ostatniego dnia każda z nas wracała do grupy, kobiety witały ją po imieniu, ale też mówiły coś w rodzaju nowego imienia czy tytułu. To było bardzo proste, ale... właśnie. Nie potrafiłam tego wcześniej opisać, ale używając tych kategorii, które tu padły - tak, było włączenie w nowy status. Choć cała ta wspólnota liczyła może dwadzieścia osób, nie całą wioskę.
Ale czy to nie jest trochę naiwne zakładać, że 'brak produktu' = autentyczność? Bo przecież można robić rytuał bez certyfikatu i nadal manipulować ludźmi. Izolacja, poszczenie, emocjonalne napięcie - to brzmi też jak klasyczny schemat resetu psychologicznego, który sekty stosują całkiem świadomie.
Właśnie - 'co się dzieje po' to jest klucz. Sekta zamyka cię w sobie po przejściu. Prawdziwa inicjacja otwiera cię na coś większego, na wspólnotę, na odpowiedzialność, na nową rolę. To jest moim zdaniem podstawowa różnica.
To pytanie Inwokacji mnie zatrzymało, bo to jest chyba jeden z centralnych problemów całej naszej rozmowy. Chcemy inicjacji, ale boimy się fałszywych bram. I to jest sytuacja, której starożytne systemy nie znały w tej formie - wtedy byłeś urodzony w tradycji albo nie, nie było rynku inicjacji. Teraz ten rynek istnieje i to zmienia wszystko.
