Wracając do tego co powiedział Gerwazy73 o nowych tradycjach - bo ta kwestia mi wisi - może kryterium nie jest wiek tradycji, tylko czy zakłada wyjście poza siebie? To znaczy czy jej twórca wskazuje na coś co go samego przekracza, jakiś tekst, jakieś prawo, jakieś doświadczenie które może mieć każdy. Bo fałszywy prorok jest zawsze centrum, wszystkie drogi prowadzą do niego, nawet jak mówi że prowadzą do boga.
To co mówi Augur o wskazywaniu na coś ponad siebie to ciekawe kryterium, ale mam z nim problem. Bo każdy twórca nowej tradycji może powiedzieć 'ja tylko przekazuję odwieczną mądrość' albo 'to nie moje słowa, to głos Boga'. I formalnie spełnia to kryterium, prawda? Skąd mamy wiedzieć czy naprawdę wskazuje na coś ponad siebie, czy tylko udaje że to robi?
Nie, żadnej takiej historii nie było. I to jest chyba odpowiedź sama w sobie.
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie że cały czas rozmawiamy o zewnętrznych kryteriach - struktura, historia, możliwość odejścia. Ale co z samą nauką? Czy treść tego co ktoś głosi w ogóle ma znaczenie przy ocenianiu czy jest fałszywym prorokiem, czy tylko to jak się zachowuje?
Może właśnie ta granica to znowu ten warunek wolności wyjścia? Mnich który chce odejść z klasztoru odejdzie bez konsekwencji, nikt go nie zastraszy, nie zrujnuje mu reputacji ani nie powie rodzinie żeby go wykluczyła. Czy to w tej grupie o której piszecie jest możliwe?
Wracam do pytania Plejadki o treść nauczania, bo mnie to gryzie. Są tradycje bardzo różne co do formy a podobne co do esencji, i odwrotnie. Czy ktoś zna jakiś przykład gdzie treść była jawnie toksyczna ale forma wyglądała idealnie? Bo mam wrażenie ze zwykłe wyjasnienia idą od formy do treści, a może powinno byc odwrotnie.
Trochę zgubilam wątek - może ktoś mi wyjaśnić praktycznie? Jeśli ktoś dopiero rozważa dołączenie do jakiejś grupy duchowej i nie ma jeszcze doświadczenia, to na co ma w ogóle zwracać uwagę? Bo tu padło dużo kryteriów i mam wrażenie że każde z nich ma wyjątek.
To kryterium które dał Hilek jest chyba najkonkretniejsze ze wszystkiego co padło w tym wątku. Ale zastanawiam się - a co ze wspólnotami które z definicji tworzą intensywne życie wewnętrzne, jak właśnie klasztory, ashraamy, wspólnoty intentional communities? Tam to zwężenie kręgu jest wbudowane w model i niekoniecznie jest złe.
Myślę że wróciłem do punktu startowego tego wątku, ale już z inną głową. Tytuł mówi o rozróżnianiu fałszywego proroka i po tej rozmowie widzę że żadna tradycja nie ma na to niezawodnej metody. Każda propozycja kryterium miała wyjątek. Czy to znaczy że to jest nierozwiązywalne, czy że rozwiązanie jest zawsze probabilistyczne i kontekstowe?
...i właśnie dlatego pytam - może rozpoznawanie fałszywego proroka jest po prostu zadaniem, które tradycje tylko udają że rozwiązały? Każda z nich ma swoje testy, kryteria, procedury. A jednak w każdej z nich ktoś kiedyś przeszedł przez wszystkie bramki i okazał się katastrofą.
Ale to mnie zastanawia - bo izolacja jako taka pojawia się przecież w tradycjach które chyba nikt nie nazwałby fałszywymi. Pustelnicy, anachoreci, zakony klauzurowe. Czy izolacja sama w sobie jest jakimś sygnałem ostrzegawczym czy raczej nie?
Właśnie to mnie uderzyło kiedy słuchałam tej rozmowy. Byłam w grupie gdzie mówiono otwarcie o 'oczyszczeniu umysłu z ego', co brzmiało jak praktyka medytacyjna. A w praktyce 'oczyszczenie z ego' oznaczało po prostu tłumienie wszystkich wewnętrznych głosów które cokolwiek kwestionowały.
Wracając do różnych tradycji - czy ktoś wie czy np. w islamie jest jakiś sformalizowany sposób weryfikacji kogoś kto ogłasza się prorokiem? Bo islam jest chyba najbardziej jednoznaczny w kwestii że po Mahomecie nie ma już proroków, a jednak ruchy mesjanistyczne pojawiały się i pojawiają.
Czytam to od dłuższego czaus i mam jedno pytanie do które nikt nie odpwiedział wprost - co z tymi tradycjami które nie maja żadnej struktury weryfikacji, sa całkiem poziome, i mówią że każdy jest swoim własnym prorokiem? Czy tam problem fałszywego proroka w ogóle istnieje?
Czyli żadna struktura nie jest bezpieczna - pionowa daje proroka który może nadużyć władzy, pozioma daje każdemu wolność łącznie z wolnością do skrzywdzenia siebie? Jakoś nie mam wrażenia że to jest przełomowe odkrycie, bo chyba to samo można powiedzieć o demokracji i autorytaryzmie.
A mnie zastanawia coś innego - czy te tradycje które proponują izolację, robią to z jakiegoś konkretnego powodu teologicznego, czy to po prostu historyczny wypadek, że tak się złożyło? Bo np. anachoreci wczesnochrześcijańscy szli na pustynię z bardzo konkretnego powodu: świat był dla nich miejscem pokus. Ale to nie jest to samo co 'odetnij się od rodziny żeby nie zatruwała twojej energii'.
Ale czy nie jest tak że każda poważna tradycja duchowa wymaga w jakimś sensie odejścia od 'normalnego' życia? Buddyzm mówi żeby nie przywiązywać się do świata, chrześcijaństwo że nie możesz służyć dwóm panom, sufizm ma swoje etapy oderwania. To chyba struktura samej duchowości a nie sygnał ostrzegawczy?
Dobra ale wróćmy do fałszywych proroków bo mi się wydaje że trochę odpłynęliśmy. Czyli mamy: izolacja jako mechanizm kontroli. Ale co z samą weryfikacją proroka zanim jeszcze ktokolwiek kogoś odizoluje? Czy są jakieś wspólne sygnały wczesne które różne tradycje identyfikują?
I co ciekawe, fałszywi prorocy o których mówi Biblia często mieli właśnie dobre wyniki przepowiedniowe - Bałaam, prorocy Baala. Skuteczność proroctw nie jest więc wystarczająca. Biblia dodaje drugie kryterium: do jakiego boga cię prowadzi. Jakość teologiczna ważniejsza niż trafność.
Ale jak mam ocenić dokąd mnie prowadzi skoro jestem na początku drogi i nie znam końca? To brzmi jak rada dla kogoś kto już i tak wie wystarczająco dużo żeby ocenić.
Czytam ten wątek od początku i to co napisała Mistika teraz - że wybiła ją tęsknota, konkretna i ludzka - wydaje mi się ważniejsze niż wszystkie kryteria teologiczne razem wzięte. Może to jest właśnie to czego żadna tradycja nie uczy wprost jako narzędzia weryfikacji, a powinna.
Myślę że Plejadka ma rację że to nie jest kryterium które można uogólnić, ale Cesarzowna wskazała na coś realnego - że wyście z manipulacji często nie jest intelektualne. Jest emocjonalne, cielesne, relacyjne. I to może być argument za tym żeby w kontekście fałszywych proroków mniej pytać 'jakie masz kryteria teologiczne' a więcej 'czy masz kogoś poza systemem do kogo jesteś przywiązany'.
Ale zaraz, bo to kryterium działa w dwie strony, nie? Jeśli serio wchodzisz w jakąkolwiek tradycję duchową, to z definicji zmieniasz się i tracisz kontakt z częścią dawnych znajomych bo po prostu żyjesz inaczej. Jak odróżnić zdrowq transformację od izolacji narzuconej przez grupę?
Wracając do tematu fałszywych proroków - czy ktoś zna tradycje które mają jakiś formalny proces weryfikacji, coś więcej niż 'poczekaj czy przepowiednia się spełni'? Bo to o czym mówimy to wszystko są kryteria osobiste, subiektywne. Czy gdzieś istnieje coś bardziej instytucjonalnego?
W judaizmie rabinicznym jest podobny mechanizm - smicha, ordynacja przekazywana przez mistrza uczniowi. I też ten sam problem: autorytet opiera się na ciągłości, nie na treści. Możesz mieć pełną dokumentację linii przekazu i głosić coś co wspólnota uzna za fałsz.
Ciekawi mnie czy buddyzm tybetański nie jest tutaj wyjątkiem. Tam rozpoznawanie tulku, czyli reinkarnowanego lamy, jest procesem bardzo sformalizowanym - testy, przepowiednie, komitety mnichów. To jest może najbardziej rozbudowany system instytucjonalnej weryfikacji duchowego autorytetu jaki znam. I też nie jest odporny na nadużycia jak pokazały różne skandale ostatnich dekad.
Jakie skandale? Nie kojarzę, możesz powiedzieć o co chodzi? Bo to brzmi istotnie dla tego co tu omawiamy.
