Dokumentacja w katolickich egzorcyzmach istnieje, ale jest traktowana jako poufna dokumentacja kościelna. Diecezjalni egzorcyści prowadzą akta przypadków, które trafiają do biskupa. Amorth wielokrotnie apelował o centralny rejestr w Watykanie - i o ile wiem, przez długi czas taki rejestr po prostu nie istniał albo był bardzo niesystematyczny. To jest poważna luka, bo bez danych nie można ocenić skuteczności czegokolwiek.
A czy w islamie jest jakas dokumentacja rurqy? Bo słyszałam że to jest dużo bardziej rozpostrzechnione niż egzorcyzm kościelny, więcej osob to robi, nie tylko oficjalni kapłani. To chyba musi być jeszcze trudnijsze do śledzenia?
To co Otylijka mówi o dostępności ruqyi przez internet - to mnie trochę niepokoi. Jak ktoś ma poważny problem, trafia na film na YouTube i zaczyna to sam na sobie robić, bez żadnego kontekstu, bez rozeznania. Czy znacie jakieś przypadki gdzie to poszło źle?
Słuchajcie, wracam do czegoś co umknęło w tej dyskusji. Mówiliśmy o kryteriach zakończenia egzorcyzmu i o dokumentacji - ale nie rozmawiamy o tym co dzieje się z osobą po całym procesie. Znajoma, o której pisałam wcześniej, po tygodniach od rytuału zaczęła mieć dziwne sny. Egzorcysta powiedział że to resztkowe działanie, ale ona sama nie wiedziała co z tym zrobić. Czy jest jakiś protokół opieki po egzorcyzmie?
Ta 'pustka po oczyszczeniu' to jest cos o czym mówiła mi ta bioenergetyczka w kontekście czakr - ze po silnym oczyszczeniu pola energetycznego zostaje jakby 'wgłębienie' ktore trzeba wypełnic czymś pozytywnym, bo inaczej ściąga. Nie wiem czy to jest dokładnie to samo ale brzmienie jest podobne. Ona zawsze po takich sesjach robiła coś co nazywała 'zapieczętowaniem'.
A to zapieczętowanie co Wiciokrzew opisuje - to jest jakiś konkretny rytuał, czy bardziej medytacja? Pytam bo czytałam gdzieś o czymś podobnym ale nie wiedziałam że to ma jakąś tradycję za sobą.
To co opisuje Niedziela przez swoją znajomą i co Wiciokrzew nazywa 'wgłębieniem' - to w rycie egzorcyzmu tradentynckiego jest wprost zaadresowane. Stary ryt ma po właściwym egzorcyzmie modlitwy ochronne, które mają charakter konstruktywny, a nie tylko destruktywny. Niestety nowy ryt z 1999 roku jest w tej kwestii dużo uboższy i to jest jedna z krytyk które egzorcyści kierują pod jego adresem.
Przepraszam że wchodzę trochę z boku, ale czytam tę dyskusję i zastanawia mnie jedna rzecz - czy ta pętla o której Otylijka mówi, może działać też w drugą stronę? Tzn. czy osoba która JEST opętana (lub myśli że jest) może przez samo uczestnictwo w rytuale zacząć czuć się lepiej, nawet jeśli nic 'nadprzyrodzonego' się nie stało?
A ja sie zastanawiam czy w islamie to działa tak samo - tzn. czy sama recytacja koranicznych wersów ma efekt niezaleznie od wiary lekarza? Bo ruqya moze robic kazdy wierny, ale co jesli robi to osoba ktroa sama nie jest zbyt głeboka w wierze? Czy to wtedy 'działa'?
To rozróżnienie które Damellaa przywołuje - moc w tekście versus moc w prowadzącym - przewija się w zasadzie przez wszystkie tradycje egzorcystyczne. W hermetyce jest analogiczna dyskusja o tym czy słowa inkantacji działają 'mechanicznie' czy wymagają zainwestowanej woli. Ciekawe że różne nurty dochodzą do różnych wniosków mimo podobnego materiału praktycznego.
Ale czy to nie jest trochę nierozstrzygalna dyskusja z definicji? Nie ma jak oddzielić słów od woli osoby która je wypowiada, bo zawsze jest jakaś intencja. Nawet mechaniczne recytowanie czegoś oznacza przynajmniej intencję recytowania.
To co Cynamonka mówi o wyłączeniu aktywnego umysłu przypomina mi coś co czytałam o Thetahealing - tam też chodzi o osiągnięcie stanu theta gdzie umysł analityczny się wycisza i intencja może 'wejść głębiej'. Nie wiem czy to ma związek z egzorcyzmem ale mechanizm brzmi podobno podobnie.
Wracając jeszcze do tego zapieczętowania po rytuale - czy ktoś wie jak to jest w ruqyi? Tzn. czy po sesji jest jakiś element który ma 'chronić' to co zostało oczyszczone, czy kończy się po prostu na wersach Koranu?
Słuchajcie, to co mówi Anastazy o ruqyi jako nawyk, i to co Cynamonka wcześniej mówiła o ziołach i przedmiotach ochronnych - to obydwa systemy zakładają, że egzorcyzm nie kończy się na samym rytuale wypędzenia. To jest ciągły proces utrzymania czegoś. Ale to też znaczy, że granica między egzorcyzmem a po prostu regularną praktyką duchową jest bardzo rozmyta, nie?
To co Niedziela napisała na końcu naprawdę mnie uderzyło - że egzorcyzm to nie jednorazowy akt tylko proces. Bo ja w kontekście słowiańskim właśnie tak to rozumiem, zamawianie chorób albo odprowadzanie złego było zawsze częścią ciągłej relacji z pewnym porządkiem. Ale mam pytanie do bardziej znających się na chrześcijańskim rytuale - czy tam to jest formalnie zaplanowane jako proces, czy bardziej zależy od indywidualnego egzorcysty?
Nie mogę nie wtrącić przy tej trójce i siódemce 🙂 - trójka to wibracja zakończenia i domknięcia cyklu, siódemka to pełnia. W kontekście egzorcyzmu to ma sens symboliczny, bo trzy powtórzenia zamykają otwarte 'wejście', a siedem buduje ochronną całość. Ciekawe że tak wiele tradycji dochodzi do tych samych liczb niezależnie od siebie.
To mnie zastanawia - czy te liczby to realna technika czy bardziej efekt psychologiczny? Znaczy, jeśli ktoś wie że ma przyjść czterdzieści razy, to może sam się motywuje żeby wytrwać? I efekt bierze się z wytrwałości, nie z magii liczby?
Ale zatrzymajmy się na chwilę, bo mi umknęło coś z wcześniejszych postów - mówiliśmy o tym że egzorcyzm to proces, ale co to właściwie znaczy dla osoby która przez niego przechodzi? Czy między sesjami ona musi coś robić, czy jest tylko biernym uczestnikiem?
To mnie bardzo ciekawi, bo jeśli chodzi o duchy, to często słyszę że 'musisz chcieć żeby odeszło' - jakby wola osoby miała kluczowe znaczenie. Ale jeśli ktoś jest naprawdę mocno w tym uwikłany, to czy ta wola jest w ogóle dostępna? Czy można chcieć wyzwolenia i jednocześnie nie być w stanie go przyjąć?
A co z tradycjami gdzie w ogóle nie ma tej diagnozy? Tzn. w rytuałach afrykańskich czy szamańskich - tam ktoś sprawdza czy to 'naprawdę' duch czy może choroba psychiczna, czy od razu się działa?
Dokładnie to. I tu jest może najważniejsze napięcie w całym tym temacie - każda tradycja egzorcystyczna ma wbudowane własne kryterium skuteczności. Dla katolicyzmu skuteczność to ustąpienie objawów i powrót osoby do życia sakramentalnego. Dla szamana - przywrócenie równowagi w relacji z duchami. Dla psychiatry - remisja objawów. Pytanie nie brzmi 'który system ma rację', tylko co te systemy mierzą i czy w ogóle mierzą to samo.
Przepraszam że się wtrącę, bo jestem zupełnie zielona w tym temacie, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem - tzn. mówimy teraz o tym, że egzorcyzm może 'działać' w każdej tradycji, ale każda inaczej definiuje co znaczy że zadziałał? Czy dobrze to uchwyciłam?
To jest pięknie powiedziane przez Niedzielę, ale chcę dodać jeden haczyk - relacja osoby po egzorcyzmie też jest silnie ukształtowana przez oczekiwania tej tradycji. Ktoś kto wychodzi z rytu katolickiego i mówi 'poczułam ulgę', opisuje swoje doświadczenie językiem który otrzymała od tej tradycji. To nie jest argument że jej ulga jest nieprawdziwa - jest jak najbardziej prawdziwa - ale to co opisuje nie jest neutralnym dowodem na działanie rytu niezależnie od kontekstu.
I koło się zamknęło - wracamy do początku dyskusji o tym czy moc jest w tekście czy w prowadzącym, ale teraz widzę że jest jeszcze trzeci element - w osobie która przez to przechodzi. I może właśnie to napięcie między tymi trzema biegunami jest tym co sprawia że egzorcyzm w każdej tradycji wygląda inaczej, ale jakoś działa.
W katolicyzmie istnieje coś co można by nazwać teologią nieudanego egzorcyzmu - choć to nie jest oficjalny termin. Amorth pisał wprost, że brak efektu nie obala faktu opętania, ale wskazuje albo na niewystarczające dyspozyq̇je osoby, albo na to, że walka jeszcze trwa. Rytuał nie jest jednorazowym aktem jak operacja, tylko fragmentem dłuższego procesu duchowego. Czy to niefalsyfikowalne? Tak. Ale to samo można powiedzieć o modlitwie wstawienniczej.
właśnie sie zastanawiam czy ta różnica w podejściu nie wynika z tego jak każda tradycja rozumie sama nature opetania. Bo jezeli dżin jest bytem który 'wchodzi' i 'wychodzi' i jest to wyjasnialne w kategoriach koranicznych, to moze latwiej tez ustalić kiedy wyszedł albo kiedy go nie bylo. A w katolicyzmie szatan jest bytem który walczy o duszę człowieka i to jest jakby bardziej egzystencjalne, mniej 'techniczne'. Czy ktoś to inaczej rozumie?
Dobry trop, Wiciokrzew. Mam wrażenie że to jest właśnie różnica między ontologiami. W islamie dżinn to stworzenie z własnym bytem, oddzielne od człowieka - interwencja jest więc w gruncie rzeczy 'usunięciem obcej obecności'. W katolicyzmie diabelska ingerencja to nie tyle oddzielna istota siedzącą w środku ile zaburzenie relacji z Bogiem, które manifestuje się przez ciało. Stąd sakramenty są centralnym elementem terapii, nie tylko rytuałem wypędzania.
