Temat, który mnie od dawna intryguje porównawczo, bo egzorcyzm pojawia się dosłownie w każdej większej tradycji, a mimo to rzadko zestawiamy te praktyki obok siebie. W katolicyzmie mamy Rituale Romanum z 1614 roku i jego nowszą wersję z 1999, gdzie egzorcysta musi mieć specjalne upoważnienie biskupa. Ale co mnie bardziej interesuje to struktura samego rytuału - jest tam wyraźny podział na błagania, nakazy i modlitwy, i ten schemat pojawia się też gdzie indziej. W islamie ruqya to recytacja konkretnych sur Koranu, zwłaszcza Al-Fatiha, Al-Baqara i Al-Falaq, z podobnym założeniem: słowo Boże wypędza to, co nie powinno być. Ktoś tu miał bliższy kontakt z którąś z tych tradycji i może powiedzieć, jak to wygląda od środka, nie z książki?
Ja akurat miałam do czynienia z czymś, co pewnie można by nazwać egzorcyzmem, choć nie w kościele. Moja babcia, bardzo religijna kobieta, kiedy miałam jako dziecko nawracające koszmary i coś, czego nie umiem do dziś opisać - takie uczucie ciężaru w nocy - zabrała mnie do starszej kobiety ze wsi. Ta robiła coś z wodą święconą, ziołami i modlitwą, ale nie po łacinie, tylko po polsku, swoimi słowami. Teraz się zastanawiam, czy to był egzorcyzm czy coś innego? Bo nie wyglądało to jak to z filmów.
Cynamonka ma rację, ale warto to rozwinąć. Problem z porównywaniem egzorcyzmu katolickiego i na przykład ruqyi w islamie albo właśnie polskiego zamawiania polega na tym, że każda z tych tradycji inaczej definiuje, co właściwie się wypędza. W katolicyzmie mamy precyzyjną teologię opętania: diabet zajmuje ciało, wola człowieka jest ograniczona, ale nie zniszczona. W islamie dżinn może wejść w człowieka na skutek czarów, strachu albo zaproszenia, i nie każdy dżinn jest zły - ale zły wymaga ruqyi. W tradycjach szamańskich znowu mówimy często o zgubieniu duszy, a nie o intruzie. To zupełnie różna ontologia. Czy ktoś tu zna którąś z tych ram od środka, nie tylko z lektury?
a propo szamanizmu - czy to nie jest tak, ze szaman nie wypedza ducha ale negocjuje z nim? Bo jak czytałam to nie zawsze chodzi o wypchnięcie, tylko o jakies porozumienie. Mogę się mylić bo czytam dosc pobieżnie.
Mam zapisane w notatkach porównanie trzech tradycji i jedna rzecz mnie zawsze uderza: w katolicyzmie, islamie i w wielu tradycjach afrykańskich jest jeden wspólny element - egzorcysta musi mieć autorytet. Nie może to być ktokolwiek. W katolicyzmie to uprawnienie od biskupa, w islamie to wiedza i pobożność, w tradycjach yoruba to inicjacja. Skąd ten warunek? Czy to znaczy, że bez autorytetu rytuał po prostu nie działa, czy że może być niebezpieczny dla osoby, która go przeprowadza?
to jest ciekawe co mowisz Anastazy bo ja sie spotkałam z czyms podobnym przy pracy z czakrami - nie chodzi o to ŻEBY przeprowadzić rytuał oczyszczenia, ale czy masz do tego własnciwe uziemienie i ochronę. Jak raz próbowałam pomagać koleżance bez odpowiedniego przygotowania to sama miałam potem bardo ciężkie dwa tygodnie. Czy w tych tradycjach egzorcystycznych mówi się o ochronie prowadzącego?
Mam pytanie może naiwne, ale czy nie jest tak, że egzorcyzm działa głównie dlatego, że wierzący w niego wierzy? Znaczy czy nie jest to bardziej efekt placebo albo autosugestii niż realne wypędzanie czegoś? Bo jak patrzę na te wszystkie rytuały z zewnątrz to wyglądają jak bardzo silne narzędzia psychologiczne raczej.
Szczerze to jestem sceptyczna wobec całej tej dyskusji, ale właśnie to ostatnie zdanie Otylijki mnie zatrzymało. Czy naprawdę są udokumentowane przypadki, gdzie ktoś nie wiedział, że nad nim przeprowadzany jest egzorcyzm i mimo to coś się zmieniło? Bo to by zmieniało całą moją ramę rozumienia.
Czytam ten wątek i zastanawiam się nad czymś innym - każda z tych tradycji ma chyba jakiś odpowiednik liczb lub formuł, które muszą być powtórzone określoną ilość razy. W islamie surah Al-Baqara recytuje się przez trzy dni. W katolicyzmie są trójki, siódemki. Czy to przypadek czy jest jakiś głębszy wzorzec dotyczący liczb w rytuałach wypędzania?
Wracając do tego, co ta kobieta robiła nad moim dziecięcym łóżkiem - pamiętam, że coś recytowała trzy razy i za każdym razem odwracała się w inną stronę. Czy to ma jakieś znaczenie to odwracanie?
Hej, dopiero czytam ten temat i jestem trochę przytłoczona ilością tradycji. Chciałam zapytać - jeśli ktoś czuje, że ma przy sobie coś negatywnego, jakiś ciężar czy obecność, ale nie jest z żadnej konkretnej tradycji religijnej, to co może zrobić? Czy jest jakiś bezpieczny sposób, który nie wymaga bycia wtajemniczonym?
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że wszyscy obchodzimy jedno konkretne pytanie z daleka - czy ktoś z was miał bezpośredni kontakt z egzorcyzmem, nie z opisem z książki, nie z filmem, tylko naprawdę? Bo ja znam osobę, która uczestniczyła w czymś, co katoliccy egzorcyści nazywają sesjami modlitewno-uwolnieniowymi - nie pełny egzorcyzm, ale coś pomiędzy - i to co opisywała kompletnie nie mieściło mi się w głowie. Nie wiem co o tym myśleć do dziś.
Ta osoba, o której mówiłam, twierdziła, że w pewnym momencie straciła poczucie czasu i słyszała głos, który nie był jej własnym głosem. Kapłan prowadzący egzorcyzm nie tłumaczył jej nic wcześniej, powiedział tylko, że będą się modlić. Mówię to, bo wcześniej Radosława pytała o przypadki bez wiedzy osoby - tu nie chodziło o niewiedzę, ale o minimalny briefing. I mimo to coś się stało, co ona opisuje jako 'wyjście czegoś'.
Niedziela, to brzmi bardzo intensywnie. Czy ta osoba miała potem jakieś skutki uboczne, tak to nazwijmy? Bo czytałam, że po niektórych rytuałach oczyszczających człowiek czuje się bardzo wyczerpany przez kilka dni. Zastanawiam się, czy to jest część procesu czy może coś poszło nie tak.
Ten wątek o zmęczeniu po egzorcyzmie jest naprawdę ciekawy, bo pojawia się we wszystkich tradycjach. W katolickich relacjach egzorcystycznych - na przykład u Gabriele Amortha - mówi się o 'kryzysie oczyszczającym'. W tradycji islamskiej po intensywnej ruqyi osoba też bywa wyczerpana, czasem przez kilka dni. Mam pytanie do Niedzieli - czy wiesz, z jakiej konkretnie tradycji był ten kapłan? Czy to był ksiądz, pastor, czy coś innego?
Ten szczegół ze spokojem jest bardzo istotny. W tradycji katolickiej od średniowiecza dyskutowano, czy egzorcysta ma podchodzić do demona z autorytetem i pewną surowością, czy z chłodną pewnością. Rituale Romanum z 1614 roku przestrzega wyraźnie przed dialogiem z demonem, przed daniem mu przestrzeni do kłamstwa. Więc ten 'spokój jak do rozmowy' może być dobrym instynktem albo może być czymś poza ortodoksją. Niedziela, czy wiesz, czy ten kapłan coś mówił, pytał, czy wyłącznie recytował?
To co mówisz o pytaniach na początku - to brzmi jak rozeznanie, które w katolickim protokole jest formalnie oddzielone od właściwego egzorcyzmu. Rozeznanie ma wykluczyć chorobę psychiczną albo neurologiczną. Kanonicznie bez rozeznania egzorcyzmu nie powinno się w ogóle przeprowadzać. Ale w praktyce, szczególnie poza oficjalnymi strukturami diecezji, to bywa skrócone do minimum.
Ale chwila - czy nie jest tak, że ten cały protokół psychiatryczny jest narzucony zewnętrznie, z zewnątrz systemu religijnego? Znaczy, z perspektywy wierzącego w opętanie samo pytanie 'czy to choroba psychiczna' jest już zakwestionowaniem jego wiary. Nie mówię, że dobrze, tylko pytam - jak to pogodzić wewnętrznie?
Mam wrażenie ze to co mówi Anastazy jest kluczem do całej tej dyskusji. Bo jak rozmawiałam z bioeenergetyczką która pracuje z trudnymi przypadkami, ona zawsze najpeirw pyta o historię medyczną. Mówi że ciało sygnalizuje to samo inaczej niż duch. Nie wiem czy to ortodoksja czy nie, ale ma sens.
przepraszam ze wchodzę tu z boku ale mam pytanie do Wiciokrzew - co to znaczy ze ciało sygnalizuje inaczej? Czy chodzi o jakieś konkretne objawy ktore widać fizycznie? Bo jak gdzies czytałam to podobno są takie sygnały jak niechęc do symboli religijnych ale to brzmi trochę jak stereotyp filmowy.
A mnie zastanawia coś innego w tej dyskusji - mówimy cały czas o diagnozowaniu, o rozeznaniu, o protokołach. Ale w tradycjach, gdzie liczby i rytm mają znaczenie, samo ustalenie KIEDY przeprowadzić rytuał jest częścią skuteczności. W magii słowiańskiej są dni sprzyjające i niesprzyjające. Czy w egzorcyzmach też jest jakiś kalendarzowy wymiar, czy to zupełnie pomijane?
Dodam do tego co Damellaa mówi - w polskim zamawianiu jest taka logika, że rytuał musi być przeprowadzony przed wschodem słońca albo po zachodzie. Pogranicze dnia i nocy to czas, kiedy granice między sferami są cieńsze. To akurat mocno koresponduje z gaelicką koncepcją 'thin places', miejsc i momentów, gdzie zasłona jest bardziej przezroczysta. Różne kultury, ten sam model.
Wracając chwilę do pytania Siodemki - to co opisujecie z kalendarzem to jedna warstwa, ale jest jeszcze inna: w wielu tradycjach czas trwania egzorcyzmu jest nieokreślony i to jest celowe. Amorth pisał o przypadkach, które trwały miesiące, lata. W tradycji afrykańskiej rytuały oczyszczające mogą rozciągać się na kilka kolejnych nocy. Pytanie do tych, co mają tu większe doświadczenie praktyczne - czy znacie przypadki, gdzie to trwało bardzo długo i czy intensywność rosła czy malała?
Z relacji egzorcystów katolickich, które są udokumentowane - na przykład w książkach Jimmiego Invina albo właśnie Amortha - intensywność zazwyczaj nie jest liniowa. Są okresy jakby remisji i nawrotów. Amorth opisywał to jako 'taktykę' bytu, który się wycofuje, żeby potem wrócić silniej. Oczywiście można to interpretować zupełnie inaczej - jako dynamikę psychologiczną, falowanie objawów. Ale z perspektywy tych tradycji długi czas trwania jest wpisany w logikę oporu.
To co Otylijka napisała o remisji i nawrotach - to mnie trochę przeraża szczerze mówiąc. Czyli jak ktoś przechodzi przez egzorcyzm i czuje się przez jakiś czas lepiej, to nie znaczy że to koniec? Skąd w ogóle wiadomo, że to już 'po wszystkim'?
Mam w notatkach coś, co może być tutaj ważne - w tradycji afrykańskiej, konkretnie w systemach wywodzących się z Joruba, rytuały wypędzania duchów mają wyznaczony z góry czas trwania powiązany z konkretnym cyklem. Jak cykl mija i problem nie ustąpił, to nie kontynuuje się tego samego rytuału, tylko wraca się do wróżby, bo diagnoza była prawdopodobnie błędna. To mi się wydaje bardzo rozsądne podejście - błąd diagnostyczny, nie eskalacja.
To rozdzielenie ról jest ciekawa rzecz, bo bioenergetyczka o której wcześniej pisałam robiła podobnie - jak miała przypadek który nie postępował, to polecała go innej osobie do ponownej oceny. Mówiła że człowiek który jest za blisko przypadku traci 'czystość percepcji'. Nie wiem jak to się nazywa fachowo ale intuicyjnie to ma sens.
