A co z tradycjami szamańskimi? Bo tam chyba znowu inaczej? Tzn. duch który przeszkadza to często nie jest zły z natury, tylko zagubiony albo skrzywdzony - i wtedy egzorcyzm to nie tyle 'wypędzenie' co jakieś pogodzenie? Dobrze to rozumiem?
Ten wątek z negocjacją z duchem mnie trochę zatrzymuje, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czyli szaman może wejść w trans, porozmawiać z bytem który 'siedzi' w człowieku i ustalić co ten byt chce? I to jest metoda? Bo to brzmi... zupełnie inaczej niż wyobrażałam sobie egzorcyzm.
Słuchajcie, to mi otwiera zupełnie nową perspektywę na samo słowo 'egzorcyzm'. Bo my przez całą rozmowę używamy go jakby to był jeden typ działania, a okazuje się że mamy co najmniej trzy różne filozofie: wypędzenie wroga, naprawienie relacji z Bogiem i negocjacja z zagubionym bytem. Czy jest w ogóle jakiś sens mówić o tym jednym słowem?
Mam pytanie może głupie, ale - skoro tyle razy padło że osoba musi być aktywna, musi chcieć, musi współpracować - to co jeśli ktoś jest dzieckiem albo niemowlakiem? Są tradycje które egzorcyzmują dzieci? I jak to działa bez tej 'woli'?
Sieć relacji jest leczona... to jest coś co mi zostanie. Bo zupełnie inaczej to stawia całe pytanie o skuteczność - bo nie pytasz czy ta jedna osoba wyzdrowiała tylko czy relacje wokół niej wróciły do równowagi. I może właśnie dlatego w tych tradycjach rytuały są zbiorowe, nie prywatne?
Ten wątek z rytuałami dla dzieci to mnie bardzo ciekawi. Anastazy56 wspomniał że podczas chrztu jest wbudowany taki uproszczony egzorcyzm - ale czy to znaczy że Kościół zakłada że każde nowo narodzone dziecko jest w jakiś sposób narażone? To brzmi dość poważnie jak na rytuał który traktujemy jako uroczystość rodzinną.
To jest właśnie jedna z tych rzeczy, które współczesna katecheza mocno wycisza, ale teologia jest tu dość jednoznaczna. Chrzest oczyszcza z grzechu pierworodnego i odcina człowieka od władzy szatana nad nim - to nie jest metafora, to ontologiczny fakt w ramach tej doktryny. Egzorcyzm chrzcielny jest częścią tego samego działania. Dziecko nie jest 'opętane', ale jest pod wpływem struktury, którą chrzest zrywa. To subtelna, ale ważna różnica.
Czytam to i trochę mnie zastanawia - jeśli chrzest ma taki wymiar exorcystyczny, to co z dziećmi które nie są chrzczone? W tej logice są one 'nieuchronnione'? Nie chcę być złośliwa, ale to jest pytanie które samo się nasuwa i ciekawi mnie jak tradycja sobie z nim radzi.
Poczekajcie, bo chcę się upewnić że rozumiem. Limbus to coś innego niż czyściec i coś innego niż piekło? Bo ja zawsze myślałam że jest niebo i piekło i tyle, a tu nagle wychodzi że były jeszcze jakieś inne miejsca?
mnie zastanawia czy w tradycjach wschodnich też jest coś podobnego - tzn. czy dzieci wymagają jakiegos oczyszczenia po urodzeniu? Bo pamietam że w hinduizmie są rytuały jamskar związane z noworodkiem ale nie wiem czy to ma wymiar egzorcystyczny czy to bardziej powitanie dziecka w rodzine i wspolnocie
a w islamie? jest jakiś rtuał zaraz po urodzeniu? bo wiem ze jest azan szeptany do ucha ale nie wiem czy to ma taki wymiar ochrony przed złem czy to cos innego
To znaczy że we wszystkich tych tradycjach jest jakieś przekonanie że narodziny to moment szczególnego zagrożenia duchowego? Jakby wejście na świat samo w sobie otwierało jakiś rodzaj luki?
To jeśli tak patrzeć to złe oko to też trochę forma wejścia czegoś w człowieka, tylko nie przez demona tylko przez ludzkie spojrzenie? I wtedy rytuały odpędzania uroku to też rodzaj egzorcyzmu? Mam wrażenie że to pojęcie robi się coraz szersze.
Wracając do kwestii skuteczności - bo ten wątek z rytuałami ochronnymi dla dzieci i złym okiem prowadzi do pytania, które mnie przez całą tę rozmowę nurtuje. Czy w którejkolwiek tradycji mamy coś co można by nazwać 'pomiarem skuteczności'? Nie w sensie klinicznym, ale w sensie wewnętrznej logiki - po czym ta tradycja sama siebie uznaje że dany rytuał zadziałał?
W tradycji islamskiej jest tu pewna konsekwencja - raqi pyta o konkretne objawy przed i po. Jeśli ktoś skarżył się na koszmary senne, bóle bez przyczyny, niemożność czytania Koranu bez skrajnego dyskomfortu - to są konkretne punkty odniesienia. Oczywiście to nie jest badanie kontrolowane, ale jest pewna próba operacjonalizacji. Co cię boli, czy nadal boli, jak boli - to jest rozmowa która się odbywa.
Ale jak raqi 'obserwuje reakcję ciała' to trochę brzmi podobnie do tego co robi egzorcysta katolicki który patrzy na konwulsje i wymioty jako znak że demon reaguje. Czy w islamie są jakieś określone fizyczne przejawy obecności dżinna?
Czyli właściwie żadna tradycja nie ma sposobu na odróżnienie 'prawdziwego' opętania od stanu psychicznego który wygląda identycznie? Mówię to bez złośliwości - naprawdę pytam czy ktokolwiek próbował to systematycznie rozróżniać.
A co z tradycjami gdzie w ogóle nie ma takiego rozróżnienia - gdzie szaman mówi że choroba to zawsze coś duchowego i to nie jest alternatywa dla leczenia tylko jedno i to samo? Czytałam że w niektórych kulturach syberyjskich nie ma nawet słowa na chorobę czysto fizyczną.
To znaczy że egzorcyzm zakłada że coś złego weszło do człowieka, a szamanizm że coś dobrego z niego wyszło? Jeśli tak to to jest naprawdę fundamentalna różnica w tym jak rozumie się człowieka.
Słucham tego i zastanawiam się czy te dwa modele mogą się nakładać. Bo znam kogoś kto praktykuje i mówi że czasem to jest inwazja a czasem utrata - i że to widać w symptomach. Czy w jakiejkolwiek tradycji jest coś takiego że masz oba mechanizmy jednocześnie?
Chcę wrócić do kwestii skuteczności bo ona cały czas ucieka. Arnold59 pytał o to wcześniej, Damellaa odpowiedziała częściowo o islamu. A co z katolicyzmem - czy jest jakaś dokumentacja przypadków, cokolwiek co można by sprawdzić?
I właśnie tu jest ten impas. Bo jeśli tradycja mówi że wymaga się złego rodzaju dowodu, to rozmowa się zamyka. Ale z drugiej strony mnie interesuje co sama tradycja uważa za sukces - czy mają wewnętrzne kryteria? Nie pytam o naukowe potwierdzenie, pytam o to jak oni sami oceniają że to zadziałało.
W notatkach mam że w niektórych afrykańskich tradycjach - konkretnie w praktykach związanych z kultem zar w Etiopii i Sudanie - sukces rytuału jest definiowany przez negocjację, nie wypędzenie. Duch nie jest usuwany tylko 'ugłaskany' i staje się czymś w rodzaju patrona. Sukces to stabilność i koniec objawów, a nie wygnanie.
Czyli rozróżnienie nie jest dobre/złe tylko raczej czy duch jest twój czy obcy? I egzorcyzm jest właściwie tylko dla tych obcych, intruzów?
To co powiedział Anastazy56 na końcu brzmi jak klucz do całej tej dyskusji - że egzorcyzm jako kategoria po prostu nie pasuje do tradycji gdzie duch może być sojusznikiem. Ale to mnie zastanawia: czy w katolicyzmie jest jakakolwiek przestrzeń na coś takiego? Że jakiś duch może być obecny w człowieku i nie być wrogiem?
Wracam do pytania Arnolda o kryteria sukcesu - bo myślę że ten wątek z duchem-sojusznikiem kontra intruzem bezpośrednio na nie odpowiada. Jeśli tradycja definiuje sukces jako 'intruz wypędzony', to musi mieć sposób na zidentyfikowanie intruza. A jeśli nie ma - to cały protokół wisi w powietrzu. Damellaa, w tym kulcie zar - jak rozpoznawano że dany duch to intruz a nie coś co zawsze było z tą osobą?
A co z sytuacją kiedy ktoś ma kilka takich... obecności jednocześnie? Bo w szamanizmie syberyjskim czytałam że szaman może stwierdzić że ktoś ma i skradzioną duszę i jakiegoś złego ducha przy okazji. Czy to w ogóle jest możliwe w innych tradycjach czy każda z nich zakłada że to jest jedna sprawa na raz?
