A co z tradycjami, gdzie w ogóle nie ma tego podziału na bliskie i dalekie? Czy jest jakaś religia, gdzie Bóg albo bogowie są po prostu wszędzie równo i nie ma żadnej hierarchii dostępu? Pytam, bo mi się wydaje, że ta cała architektura - pośrednicy, progi, poziomy - zakłada, że do czegoś wyższego jest trudniej dojść.
To znaczy, że hierarchia dostępu jest może bardziej ludzkim problemem niż boskim? Że to my potrzebujemy pośredników, progów, stopni - nie dlatego że bogowie są niedostępni, ale dlatego że my nie umiemy inaczej?
Trochę mi to przypomina tę postać z tarota - Księżyc albo Gwiazda - gdzie coś jednocześnie odsłania i zasłania. Czy w tradycjach, gdzie bogini ma tę podwójną naturę, ma ona jakieś szczególne obrzędy? Tzn. czy praktykuje się coś inaczej wobec bóstwa, które jest i zasłoną i drogą?
To co Ulcia napisała jest ważne. Słyszałam podobne zarzuty wobec niektórych zachodnich szkół tantry, że kobieta staje się sposóbm rytuału, a nie jego uczestniczką z prawdziwego zdarzenia. Ale nie wiem, czy to wina tantry jako systemu, czy po prostu konkretnych nauczycieli i grup.
Wracam do tego, bo Kinia trafnie zauważyła, że zaczynamy dryfować. Pytanie o to, gdzie bogowie 'mieszkają', jest związane z pytaniem o dostęp - kto może się do nich zbliżyć i przez co. I tu się pojawia wątek, który chciałem poruszyć: w tradycjach monoteistycznych Bóg jest z definicji wszechobecny, a mimo to buduje się całą architekturę pośrednictwa. Świątynia, kapłan, sakrament. Dlaczego, skoro Bóg jest już wszędzie?
To jest pytanie, które zadawałam sobie jako dziecko w kościele. Skoro Bóg jest wszędzie, po co iść do kościoła? Dostałam odpowiedź, że kościół to miejsce szczególnej obecności. Ale to brzmi jak sprzeczność - wszechobecny, ale gdzieś bardziej?
Nie zgadzam się z tym redukcyjnym podejściem. Pracuję z energiami od dłuższego czasu i czuję różnicę między miejscami. To nie jest tylko moja uwaga - jest coś obiektywnego, co sprawia, że w jednym miejscu medytacja idzie lepiej, a w innym jest opór. Jak to wyjaśnić samą 'psychologią uwagi'?
Przepraszam, że się wtrącę, ale to jest pytanie, które też sobie zadaję - kiedy idę do kościoła albo do lasu, i w obu czuję coś innego, to jak mam to rozróżnić? Czy jedno jest 'prawdziwsze' niż drugie?
To jest naprawdę celna obserwacja i wracamy w niej do sedna tematu. Kościół projektuje transcendencję architekturą - wysokie sklepienia, oś pionowa, światło z góry. Las jest horyzontalny, otacza, jest gęsty. To nie jest przypadek, że różne tradycje budowały swoje miejsca kultu tak, żeby sama przestrzeń wywoływała odpowiednie poczucie bóstwa. Shinto też to robi inaczej - torii wprowadza w przestrzeń sakralną stopniowo, nie skokiem.
To co Leopold napisał o torii jest dla mnie bardzo mocne. Sama próg, brama jako granica świętości - to jest właśnie ta 'architektura dostępu', o której mówił wcześniej. I zastanawiam się, czy w tradycjach, gdzie bogini jest bardziej immanentna, ta architektura w ogóle istnieje, czy ona jest niepotrzebna, bo bogini jest już tutaj?
To co Kinia napisała o skrzyżowaniu dróg mnie zatrzymało. Skrzyżowanie jako miejsce styku - to jest chyba jedno z najbardziej archaicznych wyobrażeń przestrzeni sakralnej, które jest dosłownie wszędzie. Słowianie, Grecy i Hekate, Yoruba i Eshu, voodoo... Czy to znaczy, że wyobraźnia religijna niezależnie od kultury wytwarza te same 'węzły dostępu' do sacrum?
To rozróżnienie, które Kinia postawiła, jest kluczowe dla całego tematu. Miejsce immanentne to takie, gdzie bóstwo jest 'zadomowione' - należy do tego miejsca, jest jego częścią. Miejsce dostępu to coś innego - jest cienkie, przepuszczalne, ale bóstwo jest gdzie indziej. W tradycjach gdzie bogini jest immanentna, każde miejsce mogłoby być jej ciałem. Ale skrzyżowanie jest wyjątkowe - dlaczego, skoro wszystko jest jej?
Może dlatego, że nie wszystkie miejsca są jednakowo 'gęste'? Nawet jeśli bogini jest wszędzie, to jak w fizyce - są miejsca zagęszczenia i rozrzedzenia. Skrzyżowanie jest zagęszczeniem, bo dochodzi do niego kilka 'strumieni'.
Mam wrażenie, że cały czas krążymy wokół pytania, które Leopold postawił na początku - czy bogowie są 'gdzie', czy 'jak'. I może odpowiedź zależy od tego, czy bogini jest bytem osobowym, czy zasadą. Bo jeśli jest zasadą, to pytanie gdzie mieszka jest bez sensu. A jeśli jest osobą, to ma jakiś adres, nawet jeśli symboliczny.
Przepraszam, bo może to naiwne pytanie, ale jak to możliwe, że coś jest jednocześnie zasadą i osobą? Dla mnie to tak, jakby miłość była i siłą natury, i kimś, z kim możesz porozmawiać. Czy w hinduizmie naprawdę tak to tłumaczą, czy to my to tak upraszczamy?
Mnie zastanawia coś innego - wróćmy do żeńskich bóstw, bo trochę odpłynęliśmy. Czy w tradycjach, gdzie bogini jest immanentna, kobiety mają faktycznie większy dostęp do sacrum? Tzn. czy immanencja bogini przekłada się na status kobiet w tej tradycji? Bo mi się wydaje, że nie zawsze.
Rozalinka postawiła pytanie, które jest kluczowe i które wykracza poza typologię transcendencja-immanencja. To jest pytanie o to, kto kontroluje dostęp do sacrum. Można mieć boginię w centrum panteonu i jednocześnie zamknąć kobietom dostęp do rytuału. I odwrotnie - można mieć surowego boga patriarchalnego, a kobiety mogą być głównymi nośniczkami praktyki religijnej w domu, jak w wielu tradycjach żydowskich czy prawosławnych.
To co Leopold napisał jest ważne i trochę smutne. Więc gdzie bogini 'mieszka' w tych tradycjach, gdzie kobieta jest wykluczona z publicznego rytuału? Czy ona jest wtedy bardziej w sferze prywatnej, domowej? Może właśnie immanencja w domowym ognisku, a nie w świątyni?
Ale czy ta 'ukryta' bogini jest immanentna z wyboru, czy z konieczności? Bo jeśli z konieczności, to immanencja jest tu wymuszona przez opresję, a nie wynikająca z natury bóstwa. I to mi się wydaje ważne rozróżnienie.
Poczekajcie - czy to znaczy, że możemy mieć bóstwo immanentne, które jest 'blisko' w sensie ontologicznym, ale 'daleko' w sensie dostępu rytualnego? To trochę paradoks, nie? Coś jest w ziemi, w ciele, wszędzie wokół, ale żeby to dotknąć, musisz przejść przez bramę.
A co z tradycjami, gdzie nie ma inicjacji, a dostęp jest dla każdego? Myślę o wiejskich kultach słowiańskich, o takich prostych rzeczach jak ofiara na rozstaju albo wstążka na drzewie. Czy tam bogini jest bardziej immanentna, bo nie ma bramkarzy?
Ale chwila - jeśli dostęp jest dla każdego i nie ma żadnego rytuału przejścia, to skąd wiadomo, że naprawdę coś się wydarzyło? Znaczy, nie chcę brzmieć sceptycznie, ale czy brak 'bramkarza' nie oznacza też braku weryfikacji? Jak odróżnić kontakt z bóstwem od własnej wyobraźni, jeśli nie ma żadnej struktury?
To ciekawe co Ewunia powiedziała, bo sugeruje że kryteria autentyczności są różne w różnych tradycjach. Ale wróćmy do tego co Leopold napisał wcześniej o immanencji jako potencjale - czy to znaczy, że w tradycjach bez inicjacji ten potencjał jest stale 'aktywny', jakby otwarty krąg, a w tradycjach inicjacyjnych jest zamknięty i otwiera się tylko w określonych momentach?
Mlecznia to dobrze ujęła, ale chciałbym dodać jeszcze jedno rozróżnienie. Jest różnica między 'zawsze aktywny dla wszystkich' a 'aktywowany przez samą czynność życia'. W tradycji, gdzie praca w polu jest rytuałem, nie potrzebujesz inicjacji, bo sam akt orania ziemi jest kontaktem. Ciało pracujące jest rytuałem. To jest głęboka immanencja.
To co opisujesz przypomina mi koncepcję z bioenergii, gdzie każda czynność fizyczna angażuje pole energetyczne. Nie wiem, czy to właściwe porównanie, ale mam wrażenie, że te tradycje, gdzie praca jest rytuałem, uznawały ciało za naturalny łącznik z tym co boskie. Czy w którychś tradycjach było to explicite powiedziane, że ciało jest świątynią nie metaforycznie, ale dosłownie?
I tu wracamy do żeńskich bóstw, bo w tantrze właśnie Shakti - żeńska energia, żeńskie bóstwo - jest tym, co jest w ciele. Shiva jest transcendentny, nieruchomy, Shakti jest immanentna, jest ruchem samym w sobie. Czy to nie jest ciekawe, że znowu żeńskość jest przypisana do immanencji, a męskość do transcendencji?
A co z grecką Ateną? Ona jest boginią mądrości, strategii, jest córką Zeusa, rodzi się z głowy - to jest bardzo 'mentalne', bardzo 'transcendentne' bóstwo. Nie jest Ziemią, nie jest ciałem. Czy to znaczy, że starożytni Grecy mieli inny model niż ten schemat Matka Ziemia i Ojciec Niebo?
