Przepraszam, że wchodzę trochę z boku, ale mam pytanie ogólniejsze. Cały czas mówimy o tym, która bogini jest gdzie - w ziemi, w niebie, w ciele, poza ciałem. Ale czy samo pytanie 'gdzie mieszka bóstwo' nie jest trochę zbyt ludzkie? Znaczy, my operujemy kategoriami przestrzeni, bo w niej żyjemy. Czy tradycje, które te bóstwa czciły, naprawdę myślały o tym w kategoriach 'mieszka gdzieś konkretnie'?
To co Leopold mówi bardzo zmienia perspektywę tej całej dyskusji o immanencji i transcendencji. Jeśli to są kategorie nałożone z zewnątrz, to może cały nasz schemat 'boginie immanentne, bogowie transcendentni' to jest też nasze późniejsze czytanie, a nie coś co było w pierwotnej praktyce? Mam wrażenie, że może rozmawiamy bardziej o tym, jak my teraz rozumiemy te tradycje, niż o tym, jak rozumieli je ludzie którzy w nich żyli.
A wracając do tego o czym mówiłam wcześniej - czy możemy jednak wyciągnąć jakieś wnioski z tego, że ten schemat żeńskość-immanencja pojawia się tak często? Nawet jeśli to nie jest coś, co było pierwotnie 'w' tych tradycjach jako teoria, to fakt, że boginie ziemi są zazwyczaj kobiece - to musi coś znaczyć, nie? Czy to jest obserwacja biologiczna przeniesiona na mitologię? Kobieta rodzi, ziemia rodzi - to proste skojarzenie?
Geb! Właśnie miałam to powiedzieć. W Egipcie jest odwrotnie - Geb to ziemia i jest bogiem, a Nut to niebo i jest boginią. To jest dosłowne odwrócenie tego schematu który omawiamy. Co to zmienia w całej tej dyskusji, bo chyba coś istotnego?
