Mam wrażenie, że to jeden z tych snów, o których trudno mówić, bo sam język nie daje rady opisać tego, co w nim przeżyłam. Śniło mi się, że siedzę naprzeciwko kogoś - nie widziałam twarzy, może nie było twarzy w ogóle - i rozmawiałyśmy. Tylko że żadna z nas nic nie mówiła. Nie było gestów, nie było mimiki. A jednak wiedziałam dokładnie, co ta osoba mi przekazuje. Nie słowa, nie zdania - raczej całe pakiety sensu, które po prostu we mnie lądowały. Jakby ktoś wsadzał mi do głowy gotowe rozumienie. I to było absolutnie naturalne, jakby tak powinno być. Budzę się i przez chwilę naprawdę nie rozumiem, dlaczego w rzeczywistości muszę używać słów. Mam zapisane w dzienniku snów, że tuż po przebudzeniu napisałam: 'milczenie jako nośnik'. I nie wiem skąd mi się to wzięło. Czy ktoś miał coś podobnego? Nie chodzi mi o sny z telepaty - bardziej o ten rodzaj przekazu, który omija wszystkie zmysły.
To brzmi jak coś, co ja bym nazwała przekazem bez medium. Bo zazwyczaj nawet w snach telepatycznych jest jakiś nośnik - albo wzrok, albo dźwięk z oddali, albo dotyk. A ty piszesz, że nic z tych rzeczy nie było. Nie masz wrażenia, że ta 'osoba' to mogła być ty sama, tylko jakaś inna warstwa siebie? Pytam, bo u mnie takie sny, gdzie nie ma twarzy, często okazują się rozmową z czymś wewnętrznym, nie zewnętrznym. Ale równie dobrze może to być coś zupełnie innego.
To co opisujesz to w niektórych tradycjach nazywa się przekazem dharani albo po prostu transmisją poza słowami. W zen jest takie pojęcie - ishindenshin - przekazywanie umysłu przez umysł, bez języka. I co ciekawe, wiele osób opisuje właśnie takie sny na ścieżce medytacyjnej, nawet jeśli nie praktykują zen. Jakby pewien poziom pracy z umysłem otwierał ten kanał. Spellbound, czy ty w tym śnie miałaś poczucie, że to coś ważnego zostaje ci przekazane, czy raczej była to taka zwykła wymiana, jak rozmowa przy kawie?
Ja miałem raz coś podobnego, choć nie wiem czy to ta sama kategoria. We śnie siedziałem przy kimś i nagle wiedziałem całą jego historię - nie opowiedzianą, tylko jakby przeniesioną do mnie en bloc. Wszystko naraz. I jak się obudziłem, to wiedziałem że COŚ wiedziałem, ale nie co. Zostało mi tylko emocjonalne echo. Mam wrażenie, że to może być kwestia tego, że nasz umysł na jawie nie ma pojemności żeby przetrzymać informację w tej formie, w jakiej do nas dociera we śnie. Jak próbujesz przelać wodę do naczynia, które ma inny kształt.
Z perspektywy energetycznej to co opisuje Spellbound bardzo mi się kojarzy z aktywną szóstą czakrą podczas snu - ajna. Kiedy jest otwarta, komunikacja przestaje potrzebować nośnika fizycznego. Ale chciałam zapytać - czy w tym śnie czułaś jakieś odczucia fizyczne? Ciepło, mrowienie, nacisk w okolicach czoła albo gardła? Bo to mogłoby dużo powiedzieć o tym, który ośrodek energetyczny był aktywny.
Słucham tego i próbuję sobie wyobrazić jak to w ogóle wygląda. Bo okej, przekaz bez słów, bez gestów - ale skąd wiesz, że w ogóle tam była inna istota? Może to był sen o własnej myśli, która po prostu się rozwijała? Nie chcę podważać, naprawdę pytam, bo sama nie potrafię odróżnić kiedy we śnie 'coś' jest prawdziwe a kiedy to tylko moje własne projekcje.
Kolczasta dotkęłaś czegoś istotnego. Skąd w ogóle bierze się w śnie to poczucie odrębności drugiego bytu? To jest pytanie, które zadawali sobie mistycy od bardzo dawna. I odpowiedź, do której wielu dochodziło, brzmi mniej więcej tak: inność jest odczuwana, nie wywnioskowana. Nie myślisz 'to musi być ktoś inny' - po prostu czujesz obecność jako coś, co nie jesteś ty. To wewnętrzne kryterium. I Spellbound, sądząc po tym jak to opisujesz, masz to poczucie bardzo wyraźne.
Mam w notatkach podobny przypadek - własny, sprzed jakiegoś czasu. Opisałam go wtedy jako 'wymiana bez kanału'. Nie wiedziałam jak to nazwać. To co mnie uderzyło to fakt, że we śnie taki przekaz nie wymagał czasu. Zdanie w rzeczywistości trwa sekundy, a tu całe skomplikowane znaczenie przychodziło naraz. Jak jeden błysk. Simma, czy ty to kojarzyłaś z jakimś konkretnym typem snu - lucidnym, astralnym, czy raczej kategoria osobna?
Przeczytałam ten wątek dwa razy i ciągle mam jedno pytanie. Czy ten przekaz, który 'ląduje' bez słów - czy wy go potem jakoś rozumiecie na jawie? Bo to co opisuje Spellbound, że niby coś ważnego, ale nie wiadomo co, trochę mnie niepokoi. Jakby ktoś dał mi prezent zapakowany i zabrał przed otwarciem. Co z tego, że coś dostałam?
To co Jasnowidka opisuje bardzo do mnie przemawia. Jakby treść snu nie była przeznaczona dla świadomego umysłu, tylko dla głębszej warstwy, która podejmuje decyzje bez naszego udziału. Trochę jak instrukcja obsługi wpisana bezpośrednio w oprogramowanie, z pominięciem interfejsu użytkownika. Choć to może zbyt techniczne porównanie jak na forum ezoteryczne.
Słucham was i trochę mi się kręci w głowie. Ja mam prostsze pytanie - jak wy w ogóle pamiętacie te sny? Bo ja jak mam coś intensywnego, to zaraz po obudzeniu jest mgła. Spellbound, czy ty od razu piszesz po przebudzeniu, czy dajesz sobie chwilę? Próbowałam z dziennikiem snów ale zawsze zanim złapię za długopis, już połowa znika.
Ten problem z zapamiętywaniem jest według mnie wbudowany w naturę takiego przekazu. Słowo ma kształt, obraz ma kształt, dźwięk ma kształt - a czyste znaczenie bez nośnika? Umysł nie ma szuflady na takie rzeczy. Dlatego to odpada przy przebudzeniu jak sen, z którego nie możesz przypomnieć sobie nic konkretnego, tylko wiedzę że był intensywny. Spellbound, chciałam zapytać - czy ta istota bez twarzy była dla ciebie neutralna emocjonalnie? Czy czułaś do niej coś, jakiś rodzaj relacji?
Ten opis bliskości bez konkretnej tożsamości bardzo mi się kojarzy z tym, co niektórzy opisują jako kontakt z przewodnikiem. Nie w sensie postaci z imieniem i historią, ale czegoś, co jest przy tobie. Zaufanie bez uzasadnienia, bliskość bez historii - to dość charakterystyczne. Czy miałaś wcześniej jakiś kontakt z ideą duchowych przewodników, czy to dla ciebie nowe terytorium?
Zostając przy tym motywie ciszy jako nośnika - mam pytanie do wszystkich. Czy wasze takie sny zdarzają się losowo, czy macie wrażenie, że jest jakiś kontekst, który je poprzedza? Bo u mnie zauważyłam wzorzec: te sny pojawiają się po dniach, kiedy dużo milczałam na jawie. Nie wiem czy to przypadek, ale zaczęłam to notować.
To co Kaja obserwuje jest dla mnie spójne z czymś, o czym pisali mistycy różnych tradycji - że cisza nie jest brakiem, tylko stanem aktywnym. Jeśli traktujesz milczenie jako rodzaj praktyki, to może sen po prostu kontynuuje to, co zaczęłaś na jawie. Ale mam pytanie do wszystkich tutaj: czy sądzicie, że można ten typ snu wywołać intencjonalnie, czy raczej on przychodzi kiedy chce?
Ale jak to w ogóle wygląda praktycznie - te 'warunki'? Bo słyszę 'milczenie' i 'cisza jako praktyka' i nie bardzo rozumiem co to znaczy wieczorem przed snem. Siedzisz i nic nie robisz? Nie słuchasz muzyki? Czy chodzi o coś bardziej formalnego?
Wiesia i Jasnowidka dotykają czegoś, nad czym sam siedzę. Bo mój sen z 'wiedzą en bloc' zostawił po sobie coś podobnego - przez kilka dni po nim inaczej reagowałem na pewne sytuacje. Jakby miałem dodatkowe tło. Tylko że nie pamiętam co konkretnie wiedziałem we śnie, więc nie wiem jak to opisać.
Przyznam że ta rozmowa trochę mnie przerasta ale staram się nadążyć. Mam jedno bardzo konkretne pytanie: czy ktokolwiek z was próbował po takim śnie siedzieć spokojnie i po prostu nie analizować - żeby zobaczyć czy coś samo wypłynie? Bo może właśnie analizowanie to przeszkoda?
Okej ale powiem wprost - ja jak mam sen z kimś bliskim i wiem że coś mnie nie mówi, to mnie to bardziej frustruje niż usatysfakcjonowuje. Jak mam dostać jakiś przekaz a i tak nie wiem co to był, to po co w ogóle? Czy naprawdę w tym jest jakiś sens?
Wracając do tego co Spellbound mówiła o leżeniu bez analizy - mnie interesuje moment między snem a jawą, zanim analiza w ogóle wejdzie. Czy u kogoś jest tam coś fizycznego? Ja czasem mam przy takich snach mrowienie w okolicach czoła jeszcze zanim się w pełni obudzę. Jakby ajna się zamykała po aktywności w nocy.
Też mam pytanie, może banalne, ale czy to mrowienie co Majka opisuje zdarza się tylko przy tym typie snu, czy przy innych też? Bo zastanawiam się czy to nie jest po prostu coś związanego ze sposobem wybudzania się.
Mnie zastanawia jedno. Mówimy dużo o tym, że treść znika albo jest nieprzetłumaczalna. Ale czy to może znaczyć, że ten 'przekaz' w ogóle nie był skierowany do nas? Że my tylko byliśmy przy czymś, a nie odbiorcami?
Ale to by oznaczało, że część nas funkcjonuje niezależnie od świadomości i ma własne relacje, własne wymiany. Trochę to rozbija poczucie, że wiem kim jestem. Nie mówię, że to złe - po prostu dosyć radykalne.
I wracam do początku: może właśnie po to są takie sny. Nie żeby dać nam instrukcję, ale żeby pokazać, że jest w nas coś, czego na co dzień nie słyszymy. To milczenie ze snu - może to jest głos tej głębszej warstwy, która nie potrzebuje słów, bo działa inaczej niż nasza codzienna świadomość.
To co Spellbound napisała na końcu - że milczenie ze snu to głos głębszej warstwy - siedzę przy tym od rana. Bo jeśli tak, to znaczy, że na co dzień ta warstwa po prostu… czeka? Jak ona daje o sobie znać poza snem, czy tylko wtedy ją słychać?
Przepraszam, ale mam wrażenie, że im więcej czytam, tym mniej rozumiem. Mówimy o 'warstwie', 'głębszym poziomie', 'wiedzy bez formy' - czy ktoś może powiedzieć normalnie, co to konkretnie znaczy? Czy ta warstwa to coś jak dusza, podświadomość, coś zupełnie innego?
Wracam do pytania Wiesi, bo mnie też to nurtuje. U mnie ta 'głębsza warstwa' dała znać pewnego razu nie przez sen, tylko przez moment absolutnego spokoju przy kawie. Nagle wiedziałem coś o pewnej sytuacji bez żadnego rozumowania. Nie słyszałem głosu, nie było obrazu. Ale wiem, że to było to samo co po tamtym śnie.
