To jest chyba najlepsza rzecz powiedziana w tym wątku od dawna. Pytanie o osobę głuchą w rytuале nie jest pytaniem specjalnym - ono ujawnia, co w rytuałe jest substancją, a co jest opakowaniem, do którego się przyzwyczailiśmy.
Tylko że zwyczaj i substancja nie są rozłączne. Pewne rzeczy są zwyczajem dlatego, że działają od pokoleń i ta powtarzalność jest właśnie tym, co je czyni skutecznymi. Nie wszystko, co można usunąć, powinno być usunięte. Trochę się nie zgadzam z tym rozbrajaniem formy jak z kartki śmieci.
Masz na myśli konkretny przykład? Bo bez przykładu to jest abstrakcja. Co jest niesubstytucyjne w tradycji, którą znasz?
I teraz to jest ciekawy przykład, bo śpiew gardłowy to też wibracja czaszki, klatki piersiowej, przestrzeni zatokowej. Osoba głucha, która stoi blisko albo kładzie rękę na klatce wykonawcy - odbiera to inaczej, ale odbiera. Nie wiem, czy to jest "to samo", ale nie wiem też, czy musi być to samo.
W Tuva i Mongolii śpiew gardłowy jest sposobem komunikacji z duchami gór i wody - nie z uczestnikami rytuału. Więc pytanie, czy osoba głucha "słyszy" albo nie, jest tu trochę obok sedna. Ona nie musi słyszeć, bo ten dźwięk nie jest do niej kierowany. Kierowany jest gdzie indziej.
To jest rozróżnienie, które pojawia się też w tradycji tybetańskiej - są elementy przeznaczone dla widzących, słyszących, czyli dla uczestników w sensie świadków, i są elementy przeznaczone dla przestrzeni, dla bóstw, dla struktury samego rytuału. Lama nie modyfikuje tych drugich dla nikogo. Pierwsze - owszem, zależnie od sytuacji.
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale skąd wiadomo, do której kategorii należy dany element? Jak to się rozstrzyga w praktyce? Bo dla mnie jako osoby z zewnątrz ta granica nie jest oczywista.
Mam takie doświadczenie z prowadzenia - że właśnie momenty, kiedy coś nie mogło zadziałać standardowo, były momentami największej klarowności co do tego, co właściwie robię. Raz miałem sytuację, że osoba na wózku nie mogła wykonać części gestów - i zmusiło mnie to do zastanowienia, czy te gesty są konieczne dla intencji, czy są po prostu tym, czego się nauczyłem. Część okazała się konieczna, część nie.
Zostawiłem dla pozostałych, ale wyjaśniłem grupie przed, że ta konkretna forma gestu nie jest jedyną formą, że można go wykonać mentalnie. To było ciekawe, bo kilka osób powiedziało po, że ta wersja mentalna była dla nich głębsza niż fizyczna. Czego się nie spodziewałem.
To jest coś, o czym rzadko się mówi - że dostosowanie dla jednej osoby może zmienić doświadczenie całej grupy w sposób, którego nikt nie przewidział. Niekoniecznie gorszy. Czasem lepsza forma wyłania się właśnie dlatego, że ktoś wymusił pytanie.
Pytanie do Faddiego, bo mnie to szczypie - co znaczy "działa gorzej"? Bo jeśli miarą jest subiektywne odczucie uczestników, to mamy problem, bo to jest zawsze zmienne. Jeśli miarą jest spójność z tradycją - to jest inne kryterium. A jeśli miarą jest coś, co prowadzący czuje w trakcie - to jest jeszcze trzecia skala. I nie wiem, czy da się powiedzieć "rytuał nie zadziałał" bez ustalenia, względem czego mierzymy.
No właśnie, i tu jest pies pogrzebany. Bo ja pytam to trochę prowokacyjnie, ale mam na myśli konkretną rzecz - że czasem dostosowanie jest po prostu gorsze formalnie. Powiedzmy, że rytuał wymaga okrążenia ognia trzy razy zgodnie z ruchem słońca. Osoba niewidoma robi to z pomocą prowadzącego, ale gubi rytm, zatrzymuje się, traci płynność. Czy to dalej jest ten rytuał?
W kontekście tradycji, gdzie rytuał ma działać przez precyzję - tak, płynność może być warunkiem. W Brahmanach, tych staroindyjskich tekstach dotyczących rytuału, mówi się wprost, że błąd w wykonaniu może nie tylko osłabić rytuał, ale spowodować skutek odwrotny do zamierzonego. To nie jest estetyka - to jest przekonanie, że forma jest nośnikiem treści. Zmień formę, zmieniasz treść.
I wrócimy znowu do problemu przekazu. Bo w tradycji z żywą linią - mistrz decyduje, uczeń wykonuje, jest ktoś, kto ma autorytet do modyfikacji. Ale jeśli działasz poza taką strukturą, to kto? Ty sam? Na jakiej podstawie? Na podstawie tego, że "czujesz, że tak jest dobrze"?
A jak się dochodzi do tego rozumienia, skoro nie ma mistrza? To trochę paradoks - żeby wiedzieć, co modyfikować, trzeba rozumieć, a żeby rozumieć, potrzeba kogoś, kto wyjaśni. Jak to działa w praktyce?
Mam pytanie, bo siedzę i czytam i coś mi się kręci w głowie - rozmawiamy o adaptacjach dla konkretnych osób, ale czy ktoś z was miał sytuację, gdzie to nie była kwestia niepełnosprawności, tylko np. przestrzeni? Bo ja raz prowadziłam coś w bardzo małym pokoju, gdzie część gestów była fizycznie niemożliwa, i to był podobny dylemat. Nie mogłam okrążyć czegokolwiek, bo nie było miejsca. I też musiałam zdecydować, co jest rdzeniem.
Dobra, ale wracając do osoby niedowidzące - bo trochę odpłynęliśmy - jest jedna rzecz, o której jeszcze nie rozmawialiśmy. Mianowicie orientacja w przestrzeni podczas rytuału. Wiele praktyk zakłada, że wiesz, gdzie jest wschód, zachód, gdzie jest ołtarz, gdzie stoisz w stosunku do centrum. Osoba niewidoma od urodzenia może mieć zupełnie inną mapę przestrzeni. Co wtedy?
To mnie zastanawia, czy w ogóle rytualne kierunki świata są wizualne w swojej istocie. Bo w końcu wschód to nie jest punkt w przestrzeni, który widzisz - to jest kierunek, który rozumiesz. Możesz go mieć skodowany przez kompas, przez pozycję słońca, przez dotyk. Forma wejścia w tę wiedzę jest drugorzędna.
No i teraz ciekawe - czy to samo dotyczy głuchoty? Bo dźwięk w rytuale jest często traktowany jako most między stanem zwykłym a zmienionym. Dzwon, gong, bęben - nie jako dekoracja, ale jako coś, co przestawia. Jeśli ktoś nie słyszy, ale czuje wibrację - czy jest przestawiany w ten sam sposób? Nie wiem, czy jest na to odpowiedź.
To właśnie jest pytanie, przy którym nie ma dobrej odpowiedzi i myślę, że dobrze, że tak jest. Bo gdybyśmy wiedzieli dokładnie, jaki kanał sensoryczny wywołuje jaki stan - moglibyśmy to optymalizować. A rytuał chyba nie jest do optymalizowania. Jest do robienia, w tej konfiguracji, którą masz.
I to jest właśnie ten moment, w którym temat adaptacji dla osób niedowidzących czy niesłyszących przestaje być kwestią techniczną. Jeśli rytuał to kontakt - to zmysły są bramą, ale bram może być wiele. Jeśli rytuał to analogia symboliczna - to symbole mogą być zakodowane w różnych modalnościach. Ale jeśli ktoś rozumie rytuał czysto jako precyzyjne odtworzenie formy - to adaptacja go boli, bo dla niego forma jest treścią.
Właśnie. I mam wrażenie, że dużo nieporozumień w tej rozmowie bierze się stąd, że mówimy "rytuał" i każdy ma inne założenie bazowe. Może zanim pójdziemy dalej z konkretnymi adaptacjami - warto było spytać, o jakim typie rytuału w ogóle rozmawiamy? Bo to, co działa przy medytacyjnym obrzędzie solowym, niekoniecznie ma przełożenie na rytuał wspólnotowy, gdzie synchronizacja grupy jest częścią samego działania.
Przy tej kwestii orientacji - myślę, że wzrok jest dla większości ludzi dominujący, ale nie konieczny. Propriocepcja, pamięć ciała, dotyk - to są rzeczy, które działają niezależnie. Ten niewidomy, o którym mówiłem, twierdził, że po jakimś czasie znaczniki dotykowe stały się niewidoczne - w sensie przestały być świadome. Po prostu wiedział. Tak jak ty "wiesz", gdzie jest ołtarz, nie myśląc o tym.
Zaraz, bo nie do końca rozumiem - jak to "przestały być świadome"? Że przestał ich świadomie szukać, ale były? Czy że jego ciało zapamiętało układ i już nie potrzebował nawet znaczników?
To jest interesujące, bo to sugeruje, że rytualna przestrzeń jest przede wszystkim przestrzenią wyuczoną, zapamiętaną - nie percypowaną na bieżąco. A to by oznaczało, że modalność sensoryczna, przez którą się uczy, ma mniejsze znaczenie niż to, czy nauka w ogóle nastąpiła. Wzrok, dotyk, słuch - różne drogi do tej samej mapy.
Słucham tej rozmowy i myślę o czymś trochę innym - a mianowicie, że my tutaj głównie mówimy o adaptacji od strony osoby, która prowadzi albo wykonuje rytuał. Ale co z grupą? Miałam sytuację, gdzie na pewnym spotkaniu była osoba niesłysząca i problem był nie w niej, tylko w reszcie - bo reszta nagle nie wiedziała, jak się zachować. Taka dezorientacja, że "robimy to głośno czy cicho, czy tłumaczymy każdy krok".
I to chyba jest najszczersza odpowiedź na pytanie z tytułu wątku - adaptacja rytuału dla jednej osoby nieuchronnie zmienia go dla całej grupy. Niekoniecznie na gorsze, ale zmienia. Więc to nie jest kwestia "jak dostosować rytuał do osoby X", tylko "jak przeprojektować rytuał, żeby działał dla różnych konfiguracji sensorycznych jednocześnie".
