Przeprojektować to mocne słowo. Ja bym raczej powiedziała - jak go pogłębić do tego stopnia, żeby był niezależny od jednej konkretnej modalności. Bo część tradycji to już robi - nie dlatego, że myślała o dostępności, tylko dlatego, że angażowała wiele zmysłów jednocześnie. Kadzidło i dzwon i świece i tekst to nie jest dekoracja - to jest właśnie ta redundancja, która sprawia, że wystarczy kilka kanałów, żeby całość zadziałała.
To jest piękne w teorii, ale chcę zapytać o praktykę - czy ktokolwiek z was faktycznie widział, jak to działa? Nie jako myśl, tylko jako doświadczenie. Bo ja mam tendencję do ładnych teorii, które potem w praktyce okazują się bardziej skomplikowane.
To jest chyba najlepszy argument za tym, że adaptacja jest możliwa bez utraty sensu. Że finalny stan jest podobny, tylko droga inna. Ale czy to wystarczy? Pytam, bo nie wiem - może dla jednych wystarczy, dla innych nie.
To pytanie Karii mnie zatrzymało. Bo właściwie - czym jest ta "wystarczalność"? Czy chodzi o to, że osoba wykonująca rytuał czuje, że coś się wydarzyło? Że stan się zmienił? Czy o to, że zmiana jest "taka sama" jak u kogoś, kto szedł przez rytuał klasyczną drogą sensoryczną? Bo to są zupełnie różne kryteria.
Nie wiem, czy "faworyzują" to dobre słowo. Ale faktycznie - szkoły, które używają technik takich jak trataka, skupienie na punkcie, ograniczają wzrok celowo, żeby wejść głębiej. A jeśli ktoś nie ma tej dominacji wzrokowej z natury, to może rzeczywiście trafia na inną ścieżkę od razu, bez konieczności jej aktywnego ograniczania.
I to jest właśnie ta kwestia, która mnie ciągnie przez całą tę dyskusję - że mówimy o adaptacji, jakby chodziło o zachowanie czegoś w obliczu straty. A może w ogóle nie o to chodzi. Może chodzi o to, że różne konfiguracje sensoryczne prowadzą do różnych rytuałów, które mają tę samą głębokość strukturalną, tylko inny kształt.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale nie rozumiem jednego - jeśli rytuał ma "tę samą głębokość strukturalną", to co to w ogóle znaczy? Jak to sprawdzić? Bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że używacie pojęcia, które jest trudne do uchwycenia.
Słucham i mam pytanie praktyczne - wróćmy na chwilę do tej synchronizacji grupowej, którą poruszałam. Bo to jest konkretny problem: jeśli rytuał ma kilka warstw sensorycznych i jedna osoba ma inną konfigurację, to jak ona wchodzi w synchronizację z grupą? Czy jest jakiś mechanizm, który to umożliwia, czy to zawsze jest trochę "obok"?
Shangie pyta o celowe użycie ograniczenia, i to mnie od razu cofa do praktyk, które znam z kontekstu formalnej izolacji rytualnej - np. vigil, czuwanie w ciemności, odosobnienie przed inicjacją. Tam celowa deprywacja wzrokowa i słuchowa jest wbudowana w strukturę, nie jest wyjątkiem. Ale jest między tym a niepełnosprawnością sensoryczną jedna zasadnicza różnica, którą rzadko się artykułuje wprost: osoba robiąca vigil w ciemności wie, że to minie. Jest horyzont czasowy i wyjście. Mózg inaczej przetwarza tymczasowe ograniczenie niż trwałe. I tu mam pytanie do wszystkich - czy to ma znaczenie dla jakości rytuału? Czy ten element "tymczasowości" jako kontrast z normalnym stanem jest częścią tego, co działa? Bo jeśli tak, to adaptacja dla osoby trwale niewidzącej musi być czymś zupełnie innym niż po prostu "ten sam rytuał bez wzroku".
