Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co chyba każdy praktykujący przerabia prędzej czy później - czy zapisywać rytuały, czy zostawić je w głowie? Mam zeszyt, w którym trzymam notatki od kilku lat i z jednej strony to jest złoto, bo widzę jak coś ewoluowało, mogę wracać do starych wersji. Ale z drugiej - czasem jak siadam i zaczynam czytać własne zapiski przed rytuałem, to czuję się jakbym odrabiała lekcje, a nie robiła coś, co ma dla mnie znaczenie. Nie wiem, czy to kwestia formy notatek, czy w ogóle samego podejścia.
To jest dobre pytanie, bo ja przeszedłem przez obie skrajności. Przez długi czas zapisywałem dosłownie wszystko - każdy krok, każde słowo, kolejność świec, czas, fazę księżyca. I w którymś momencie zauważyłem, że bardziej przejmuję się tym, żeby zrobić dokładnie tak jak napisałem, niż samym rytuałem. Jakby notatka stawała się ważniejsza od intencji. Teraz zapisuję tylko efekty i ogólne wrażenia, a sam przebieg trzymam w pamięci.
Właśnie, to jest sedno. Zapis to zawsze snapshot - utrwala moment, w którym coś napisałaś, z tą konkretną wiedzą, w tym konkretnym stanie. Jak się zmieniasz, stary zapis może być nie tylko nieaktualny, ale wręcz przeszkadzać, bo trzyma cię przy dawnym rozumieniu. Dlatego u mnie zeszyty są raczej dziennikowe niż instruktażowe. Piszę co robiłam, jak to czułam, co się potem działo - ale nie jako przepis do powtórzenia, tylko jako materiał do analizy.
A jak to wygląda u was z samą konsekwencją? Bo dla mnie problem z trzymaniem w pamięci jest taki, że zaczynam "upraszczać" rytuały - najpierw pomijam jedną świecę, potem jakiś krok, potem nagle robię coś zupełnie innego i nie wiem kiedy to się stało. Zapiski przynajmniej pozwalają mi zobaczyć kiedy coś zaczęłam zmieniać i czy to była świadoma decyzja czy zwykłe lenistwo.
To ciekawa analogia z językami, ale trochę chybiona moim zdaniem. Przy języku chodzi o to, żeby materiał był żywy i używany na co dzień. Rytuały z definicji robimy rzadko, często raz na jakiś czas, więc "uczenie przez zanurzenie" nie za bardzo wchodzi w grę. Chyba że ktoś robi rytuały codziennie - wtedy tak, pamięć wystarczy.
Ja w ogóle nie pomyślałam o tym, że to może być kwestia częstotliwości. Robię pewne rzeczy codziennie i ich w ogóle nie zapisuję, po prostu weszły w nawyk. A te rzadsze, ważniejsze - tam faktycznie zaglądałam do notatek za każdym razem. Może to jest podpowiedź sama w sobie.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym nikt tu nie wspomniał - dziedziczenie. Jeśli kiedykolwiek chcesz komuś przekazać to co robisz - córce, uczennicy, komukolwiek - to przekaz ustny gubi się w pokoleniu. Są tradycje, które rozpadły się właśnie dlatego, że trzymały wszystko w głowie i wystarczyło że jedna osoba odeszła bez ucznia. To nie jest argument za zapisywaniem dla siebie, ale za zapisywaniem w ogóle.
Słucham tej rozmowy i mam takie proste pytanie - czy ktoś z was miał sytuację, że wrócił do zapisanego rytuału po długiej przerwie i stwierdził, że to co napisał jest zupełnie nie do poznania? Że tamta wersja siebie pisała jakby dla kogoś obcego?
Zastanawiam się czy w ogóle jest jedna odpowiedź na to pytanie, bo wydaje mi się, że to bardzo zależy od tego, z jakiej tradycji korzystasz. W niektórych systemach zapis jest integralną częścią praktyki - grimoire to nie jest notatnik, to część rytuału samego w sobie. W innych system jest czysto inicjacyjny i ustny, i zapisywanie czegokolwiek byłoby wręcz nie na miejscu. Więc pytanie może być źle postawione jeśli abstrahujemy od kontekstu.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że może warto oddzielić dwie rzeczy - sam rytuał od jego dokumentacji. Czyli można zapisywać obserwacje i odczucia bez zapisywania kroków, albo zapisywać kroki jako punkt wyjścia, a potem pozwalać sobie od nich odchodzić. Pytanie tylko, czy to nie jest zbyt skomplikowane na co dzień.
No to wychodzi na to, że część z nas prowadzi coś w rodzaju dziennika doświadczeń, a część trzyma tylko suche instrukcje. Mnie ciekawi coś innego - czy ktoś w ogóle wraca do tych zapisów regularnie? Bo ja mam zeszyt, który zapełniam, ale szczerze mówiąc otwieram go może raz na kilka miesięcy. Zaczynam się zastanawiać czy to w ogóle ma sens.
Akurat do mnie to pytanie trafia. Wracam, i to często. Ale nie po to, żeby wykonywać rytuał z kartki - raczej żeby zobaczyć skąd przyszłam i gdzie jestem teraz. To bardziej funkcja archiwalna niż instruktażowa. Chociaż czasem, przy bardzo konkretnych sprawach związanych z datami i fazami księżyca, sprawdzam co robiłam rok czy dwa lata temu w tym samym czasie.
Zorka, ale to by oznaczało, że format nie ma znaczenia - czy piszesz w zeszycie, czy na kartce, którą wyrzucasz. Ważny byłby tylko akt pisania. Czy to ma sens w kontekście rytuałów, gdzie często forma ma znaczenie?
Wracając do tego co mówiła Zorka o samym akcie pisania - jest coś w tej idei. W tradycji hermetycznej pisanie w Księdze Cieni ma bardzo konkretne znaczenie: sam akt transkrypcji był częścią nauki, nie tylko jej dokumentacją. Mnisi kopiujący teksty też o tym wiedzieli. Ale to zakłada pisanie odręczne, nie wpisywanie w Worda czy telefon.
Ja mam mieszany system - notatki robię w telefonie zaraz po, bo wtedy jestem jeszcze w stanie coś sensownego napisać, a potem przepisuję do zeszytu. Wiem że brzmi jak podwójna robota, ale w trakcie przepisywania często dochodzę do wniosków, których nie miałam przy pierwszym zapisie. Jakby drugi raz przetrawiałam to samo doświadczenie.
Słuchajcie, mam takie pytanie trochę z boku - czy wy w ogóle piszecie co nie wyszło? Bo mam wrażenie, że w zeszytach ezoterycznych łatwo wpaść w pułapkę dokumentowania tylko sukcesów albo tylko tego co "zadziałało". A to chyba fałszuje obraz.
A jak w ogóle oceniacie czy coś "wyszło"? To chyba jest najtrudniejsze do zapisania, bo kryteria są tak rozmyte. Mam na myśli - po czym poznajesz że rytuał zadziałał, jeśli efekty są rozłożone w czasie?
Myślę że to jest serce tej całej dyskusji - nie chodzi o to czy zapisywać kroki, tylko o to czy masz materiał do refleksji po czasie. Można trzymać kroki w głowie, ale bez jakiegoś śladu tego co się działo, trudno wyciągać wnioski na dłuższą metę. Chyba że ktoś ma naprawdę wyjątkową pamięć i samodyscyplinę.
Ja nigdy się nad tym nie zastanawiałam i chyba właśnie dlatego mam ten bałagan z formatami i podwójnym przepisywaniem. Zaczęłam pisać bo "tak się robi", nie dlatego że wiedziałam po co mi to konkretnie.
O tym selekcjonowaniu - ja mam odwrotny problem. Piszę absolutnie wszystko, nawet rzeczy które są kompletnie nieistotne, i potem nie mogę znaleźć niczego w tym natłoku. Też nie jest idealne.
Wracając do pytania Zorki o cel - ja zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle warto mieć jeden określony cel dla całego zeszytu. Może lepiej żeby każdy wpis miał swój własny, mały cel? Coś w stylu: ten wpis jest po to żeby wyrzucić z siebie emocje, a ten żeby opisać co widziałam, a ten żeby porównać z poprzednim rokiem.
A zastanawialiście się nad tym co się dzieje jak nie prowadzisz żadnych zapisków przez dłuższy czas, a potem wracasz do rytuałów? Ja miałam kilkumiesięczną przerwę i miałam wrażenie że zaczynam trochę od nowa, bo nie miałam do czego wrócić.
Słuchajcie, a co z tymi co w ogóle nie lubią pisać? Bo ja mam znajomą która zajmuje się rytuałami od lat i ona w życiu niczego nie zapisuje, mówi że papier ją blokuje. I wydaje się że jej to działa. Czy to jest wyjątek który potwierdza regułę, czy może ta cała dyskusja zakłada że pisanie jest konieczne?
Myślę że są ludzie którzy mają coś w rodzaju bardzo dobrej pamięci ciała. Nie muszą zapisywać bo rytuał wchodzi do nich na poziomie ruchowym, oddechowym, nie wiem jak to nazwać. Papier ich blokuje bo zmusza do werbalizacji czegoś co u nich działa przedwerbalnie. Ale to nie znaczy że nie mają swojego systemu.
To jest smutna obserwacja, ale chyba prawdziwa. Zapis jest w pewnym sensie rozmową z sobą z przyszłości. Piszę po to żeby ta ja-za-trzy-miesiące miała do kogo wrócić.
Czy ktoś z was kiedyś pisał notatki z rytuałów i potem je czytał ze wstydem? Pytam serio, bo ja kilka razy miałam wrażenie że to co zapisałam brzmi żenująco w stosunku do tego co czułam w trakcie. I zastanawiam się czy to problem z językiem, czy z tym że zapis jednak coś spłaszcza.
Dokładnie to. I tu wracamy do pytania Zorki z początku - po co piszesz. Jeśli piszesz żeby mieć dokładny opis, to słaby zapis jest porażką. Jeśli piszesz żeby przetrawić, to nawet bełkot jest sukcesem bo zmusił cię do tego żebyś siedziała z tym doświadczeniem trochę dłużej.
