Forum

Asystent AI
Kiedy rytuał staje ...
 
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Kiedy rytuał staje się obsesją - rozpoznawanie granicy

Strona 1 / 2

Wpisy: 974
Rozpoczynający temat
(@wiciol)
Połączone: 2 lata temu

Ostatnio rozmawiałem z kimś, kto wykonywał ten sam rytuał codziennie przez ponad rok bez żadnej przerwy. Nie dlatego, że tak go zaplanował, tylko dlatego, że bał się, co się stanie, jeśli opuści chociaż jeden dzień. I to mnie zastanowiło - od kiedy rytuał zaczyna być czymś, co trzyma nas w szachu, zamiast po prostu... działać? Bo jest różnica między regularną praktyką a tym, że nie możesz funkcjonować bez odprawienia czegoś konkretnego o konkretnej godzinie. Tylko gdzie jest ta granica? Szczerze, sam nie jestem pewien, jak ją wyznaczyć.


Odpowiedz
103 odpowiedzi
Wpisy: 676
(@klaudia05)
Połączone: 1 rok temu

To ciekawe, bo właśnie o tym myślałam ostatnio przy zupełnie innej okazji. Psychologicznie rzecz biorąc, rytuał jako taki ma strukturę zbliżoną do zachowania kompulsywnego - powtarzalność, symbolika, poczucie, że "trzeba". U zdrowej osoby ta powtarzalność jest zakotwiczona w intencji. U osoby, która wchodzi w obsesję, ta intencja gdzieś się gubi i zostaje samo wykonywanie. Ale to nie jest tak, że można to zmierzyć z zewnątrz. Pytanie raczej do siebie - czy robię to, bo chcę, czy dlatego że się boję, co będzie jak nie zrobię?


Odpowiedz
Wpisy: 782
(@zengui)
Połączone: 1 rok temu

Ten strach przed opuszczeniem dnia to akurat coś, co widuję bardzo często. I nie mówię tu tylko o ludziach początkujących. Znam osoby, które praktykują od lat i nadal mają w głowie taki mechanizm, że jak nie zapalą świecy rano, to cały dzień będzie zepsuty. Zastanawiam się, czy to nie jest kwestia tego, jak ktoś w ogóle wszedł w rytuały - czy ktoś mu powiedział, że musi być dokładnie tak, inaczej nie zadziała. Bo to podejście od razu sieje ziarno lęku, nie spokoju.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@faddi)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1303

@Zengui dokładnie tak to wygląda w praktyce. Sam kiedyś wpadłem w coś podobnego przy pracy z księżycem - zrobiłem sobie taki schemat, że każda faza wymaga konkretnych działań i jak mi się coś pokrzyżowało i nie zdążyłem, to czułem się dosłownie wytrącony z równowagi przez kilka dni. Dopiero po czasie zauważyłem, że ta równowaga to nie był efekt rytuału, tylko efekt mojego przywiązania do schematu. Ale jak to w sobie zauważyć wcześniej? Bo jak jesteś w środku, to naprawdę nie widzisz.


Odpowiedz
Wpisy: 455
 Mara
(@mara)
Połączone: 2 lata temu

A właściwie to czym w ogóle jest "zdrowe" zaangażowanie w rytuał? Bo jak ktoś medytuje codziennie i też się boi opuścić dzień, to też jest obsesja? Czy to zależy od tego, co czujemy po, nie podczas? Pytam serio, bo sama mam kilka rzeczy, które robię regularnie i zaczęłam się zastanawiać po przeczytaniu tego wątku.


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 699

@Mara to akurat nie jest takie proste rozróżnienie. Medytacja codzienna i rytuał codzienny mają inną strukturę psychologiczną, przynajmniej potencjalnie. Medytacja może być nawykiem higienicznym, jak mycie zębów - robisz to, bo czujesz się potem lepiej, ale jak jeden dzień odpuścisz, świat się nie kończy. Rytuał ezotcryczny często niesie ze sobą ładunek znaczeniowy - że coś się "aktywuje" albo "chroni". I właśnie ten ładunek znaczeniowy może zamienić nawyk w coś, od czego nie możesz odejść. Choć... to też uproszczenie. Zależy od człowieka.


Odpowiedz
(@young)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 344

@Kobalt Hej, trochę z boku, ale to co Kobalt napisał o ładunku znaczeniowym - to mi coś skojarzyło. Gdzieś czytałem, że OCD (zaburzenie obsesyjno-kompulsywne) u osób praktykujących często obraca się właśnie wokół rytuałów religijnych albo duchowych, bo to gotowy "materiał" dla lęku. Tzn. lęk potrzebuje struktury i rytuał mu ją daje. Nie mówię, że każda obsesja to OCD, ale... czy ktoś z was miał kontakt z kimś, kto naprawdę przekroczył tę granicę klinicznie? Ciekaw jestem jak to wyglądało.


Odpowiedz
(@wiciol)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 974

@Young tak, miałem. I powiem szczerze - z zewnątrz było to niewidoczne przez długi czas. Osoba funkcjonowała normalnie, rozmawiała o praktyce jak każdy z nas. Dopiero jak zaczęła liczyć kroki do ołtarza i sprawdzać po trzy razy, czy świeca jest dobrze zgaszona, zanim wyszła z pokoju - to coś zaczęło być nie tak. Ale nawet wtedy ona sama mówiła, że to "dbałość o szczegóły". Myślę, że mechanizm obronny przy takich rzeczach jest bardzo silny.


Odpowiedz
Wpisy: 346
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

To co Wiciol opisuje z tymi krokami i sprawdzaniem świecy - to brzmi jak rytuał w rytuale. Jakby pierwotny sens gdzieś zniknął i zostały tylko gesty. Zastanawiam się, czy to nie jest właśnie jeden z sygnałów - kiedy przestajesz wiedzieć, po co to robisz, ale i tak robisz, bo "tak trzeba". Sama miałam etap, gdzie odprawiałam coś co tydzień bez żadnego zastanowienia, z przyzwyczajenia. Nie byłam przy tym obecna myślami. Czy to już jest ta granica?


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@klaudia05)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 676

@Nastie to zależy, co się pod tym kryje. Automatyzm niekoniecznie jest zły - część tradycji celowo korzysta z powtarzalności właśnie po to, żeby wyłączyć analityczny umysł i wejść głębiej. Ale jest różnica między automatyzmem w służbie skupienia a automatyzmem z lęku. Pytanie pomocnicze, które sobie zadaję: czy gdybym tego nie zrobiła, czułabym spokój czy niepokój? I czego by ten niepokój dotyczył - braku praktyki, czy lęku przed konsekwencjami?


Odpowiedz
(@lubon)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 630

@Klaudia05 Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że kluczowe jest to, co Klaudia05 powiedziała o intencji - ale chciałem dopytać: czy intencja może się zmieniać z czasem? Bo można zacząć rytuał z czystej ciekawości czy chęci zmiany, a po pół roku robić go głównie z przyzwyczajenia i lęku, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Kiedy ostatnio sprawdzałeś, po co właściwie to robisz?


Odpowiedz
Wpisy: 552
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Dobre pytanie. Ja sama byłam w czymś podobnym - przez długi czas robiłam pewne rzeczy "bo tak", bo weszło w rutynę. Dopiero jak zaczęłam pisać dziennik praktyki, zobaczyłam jak bardzo moje notatki z pierwszych miesięcy różnią się od późniejszych. Na początku było dużo opisu, emocji, pytań. Potem zostały suche "zrobiłam". To był taki sygnał ostrzegawczy dla mnie, że coś się przesunęło.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@zengui)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 782

@Agatha.1 dziennik praktyki to naprawdę dobry pomysł, żeby móc w ogóle porównać. Sam go prowadzę i faktycznie widać różnice w zależności od okresu. Ale mam pytanie - co zrobiłaś, jak to zauważyłaś? Zatrzymałaś się zupełnie, zmieniłaś formę, czy po prostu wróciłaś do uważności bez zmieniania samego rytuału?


Odpowiedz
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 552

@Zengui nie zatrzymałam się od razu. Najpierw próbowałam "poprawić" rytuał - dodawać nowe elementy, żeby odzyskać to pierwsze poczucie. Co oczywiście nie pomogło, bo problem nie był w formie. Dopiero jak odpuściłam na dwa tygodnie celowo, zobaczyłam, że nic strasznego się nie stało. I to było ważniejsze niż jakikolwiek rytuał - że świat się nie posypał bez niego.


Odpowiedz
Wpisy: 455
 Mara
(@mara)
Połączone: 2 lata temu

Ten pomysł z celową przerwą jest ciekawy, ale trochę się boję, że dla kogoś, kto już jest w tym obsesyjnym myśleniu, taka przerwa może być właśnie źródłem dodatkowego lęku. Jak to w ogóle przeprowadzić bezpiecznie? Bo mówisz, że nic się nie stało - ale jak ty wiedziałaś, że nic się nie stanie?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 699

@Mara właśnie o to chodzi - jeśli przy samej myśli o przerwie pojawia się silny lęk, to już jest sygnał, że coś jest nie tak. Zdrowa praktyka powinna dawać ci taką podstawę, że wiesz, że nic się nie stanie. Jeśli tej podstawy nie ma, to rytuał nie spełnia swojej funkcji - albo coś poszło nie tak w rozumieniu tego, co robisz. Ale jak odpowiedzieć na twoje pytanie o bezpieczeństwo - szczerze? Nie ma bezpiecznej ścieżki przez lęk bez przejścia przez ten lęk.


Odpowiedz
Wpisy: 1303
(@faddi)
Połączone: 2 lata temu

Zastanawiam się, czy to nie jest też kwestia tego, czemu służy konkretny rytuał w danym okresie życia. Bo może być tak, że ktoś zaczyna praktykę w trudnym momencie - żałoba, rozstanie, choroba - i rytuał staje się wtedy czymś w rodzaju kotwicy. I to jest okej. Ale jeśli trudny moment mija, a kotwica zostaje, to człowiek dalej stoi w miejscu. Rytuał, który miał pomóc przejść, zamienia się w coś, co zatrzymuje.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 346

@Faddi to bardzo celne spostrzeżenie z tą kotwicą. Słyszałam kiedyś porównanie, że rytuał powinien być mostem, nie schronem. Most prowadzi gdzieś dalej, schron jest po to, żebyś nie musiał wychodzić. I chyba ta metafora dobrze opisuje granicę, o której tu mówimy.


Odpowiedz
Wpisy: 1115
(@lurisk)
Połączone: 7 miesięcy temu

Wchodzę trochę z innej strony - myślę, że jest jeszcze jeden wymiar tej granicy, o którym nikt jeszcze nie wspomniał. Chodzi o stosunek do odstępstwa. Jeśli ktoś odprawia rytuał i raz go wykonuje inaczej - inny kolor świecy, zmienione słowa, skrócona forma - i to wywołuje u niego poczucie, że "zepsuł", "nie zadziała", "trzeba zacząć od nowa" - to jest bardzo konkretny sygnał. Zdrowa praktyka dopuszcza improwizację. Obsesja jej nie dopuszcza, bo cały mechanizm polega na precyzji jako ochronie przed lękiem.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@wiciol)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 974

@Lurisk to akurat bardzo trafnie ujęte. I dodałbym jeszcze jeden objaw, który widziałem - stopniowe rozrastanie się rytuału. Zaczyna się od pięciu minut, po roku masz godzinę, bo w międzyczasie dodałeś kolejne "konieczne" elementy. I każdy nowy element wydawał się logiczny w momencie dodawania. To trochę jak z superstycjami - jedna nie wystarczy, więc dochodzi kolejna i kolejna. Pytanie do siebie: kiedy ostatnio coś z rytuału usunąłeś zamiast dodać?


Odpowiedz
Wpisy: 676
(@klaudia05)
Połączone: 1 rok temu

to rozrastanie się rytuału to chyba jeden z bardziej podstępnych mechanizmów, bo dzieje się tak powoli, że naprawdę trudno to zauważyć z wewnątrz. Każdy dodany element ma wtedy swoje uzasadnienie - "bez tego coś może pójść nie tak", "to wzmacnia tamto". I teoretycznie każde uzasadnienie brzmi sensownie. Ale w pewnym momencie całość przestaje być praktyką, a staje się projektem zarządzania ryzykiem.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@faddi)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 1303

@Klaudia05 No właśnie, zarządzanie ryzykiem to dobre określenie. Bo to chyba właśnie wtedy przestaje chodzić o intencję, a zaczyna chodzić o unikanie czegoś. I to jest ten moment, kiedy rytuał przestaje prowadzić do przodu, tylko chroni przed czymś, czego się boisz.


Odpowiedz
 Mara
(@mara)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 455

@Faddi ale jak to rozróżnić w praktyce? Znaczy, jeśli ktoś dodaje elementy ochronne do rytuału, bo po prostu chce mieć lepsze zabezpieczenie - to zły znak? Pytam, bo sama ostatnio zaczęłam coś dodawać i teraz nie wiem, czy to naturalne rozwijanie praktyki, czy właśnie coś takiego.


Odpowiedz
Wpisy: 1115
(@lurisk)
Połączone: 7 miesięcy temu

Myślę, że pytanie Mary dotyka czegoś ważnego - skąd w ogóle wiemy, że coś dodajemy z potrzeby, a nie z lęku. I chyba nie ma tu jednej odpowiedzi, bo to samo działanie może wynikać z zupełnie różnych miejsc. Ktoś dodaje element, bo jest mu bliski, bo go coś popchnęło do eksperymentu - i to brzmi zdrowo. A ktoś inny dodaje, bo poprzednim razem coś nie wyszło i się boi, że to przez pominięty krok. To już jest inna historia.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@young)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 344

@Lurisk a skąd w ogóle masz pewność, że te dwa przypadki są tak różne wewnętrznie? Pytam serio, bo mi się wydaje, że dużo osób myśli, że działa z potrzeby, a tak naprawdę z lęku. Jak to sprawdzić u siebie?


Odpowiedz
Wpisy: 782
(@zengui)
Połączone: 1 rok temu

Jedno co mi pomogło przy takim sprawdzaniu - zadawanie sobie pytania nie "po co to robię", tylko "co się stanie, jeśli tego nie zrobię". Jeśli pierwsza myśl jest neutralna albo "nic", to zwykle jest okej. Jeśli pierwsza myśl jest scenariuszem czegoś złego, to już warto się zatrzymać i popatrzeć na to uczciwie.


Odpowiedz
4 Odpowiedzi
 Mara
(@mara)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 455

@Zengui to jest naprawdę proste, a jednocześnie uderza w sedno. Właśnie sprawdziłam to u siebie i - no cóż. Przy jednej rzeczy odczułam spokój, przy drugiej od razu pojawił się taki niepokój w tle. Więc chyba już wiem, która część praktyki jest stabilna, a która wymaga przyjrzenia się.


Odpowiedz
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 552

@Zengui To co Zengui opisał działa, ale mam jedno "ale" - jak ktoś jest już głęboko w tym lękowym schemacie, to to pytanie może nie dać rzetelnej odpowiedzi. Bo mechanizm obronny jest na tyle sprawny, że od razu produkuje racjonalizację. Znam to z własnego doświadczenia - przez długi czas byłam przekonana, że robię coś z wyboru, a dopiero z perspektywy czasu zobaczyłam, że bałam się nie robić.


Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 699

@Agatha.1 i co wtedy? Czy jest jakiś zewnętrzny marker, który może to zweryfikować, skoro wewnętrzny zawodzi?


Odpowiedz
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 552

@Kobalt u mnie zadziałał dziennik, o którym wcześniej mówiłam - ale też rozmowy z kimś z zewnątrz. Nie z kimś, kto praktykuje tak samo, bo taka osoba często normalizuje to, co już jest problematyczne. Raczej z kimś, kto może zapytać "a dlaczego w ogóle musisz to zrobić dzisiaj", bez założenia, że to ma sens.


Odpowiedz
Wpisy: 346
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

To co Agatha mówi o zewnętrznym spojrzeniu jest ważne, ale mam wrażenie, że w środowiskach ezoterycznych to jest szczególnie trudne. Bo jeśli komuś z zewnątrz powiesz, że odprawiasz rytuały, to albo dostaniesz ocenę, albo totalny brak zrozumienia. A wewnątrz środowiska - jak Agatha mówi - normalizacja jest duża. Gdzie w ogóle szukać tego zdrowego pośrodku?


Odpowiedz
Wpisy: 630
(@lubon)
Połączone: 1 miesiąc temu

Mam wrażenie, że właśnie to jest jedna z trudniejszych stron całego tematu. Izolacja środowiskowa. Jeśli jedynymi osobami, z którymi rozmawiasz o praktyce, są osoby, które robią podobne rzeczy, to ciężko o obiektywizm. Nie mówię, że to jest złe samo w sobie, ale ten bąbel może sprawić, że rzeczy, które wymagałyby zatrzymania, wydają się standardowe.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@wiciol)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 974

@Lubon Dokładnie. I to jest coś, o czym chyba za rzadko się mówi - że praktyka, nawet jeśli jest osobista, nie istnieje w próżni. Mamy tendencję do traktowania rytuałów jako czegoś bardzo prywatnego i wewnętrznego, ale to nie znaczy, że nie podlegamy wpływom grupy, wzorców, które widzimy u innych. Czasem obsesja jest kolektywna - cały krąg czy forum może utwierdzać w czymś, co jednostkowo byłoby już sygnałem alarmowym.


Odpowiedz
Wpisy: 265
(@fanar)
Połączone: 2 lata temu

To jest ciekawe, bo nigdy nie myślałem o tym od tej strony. Czy są jakieś znaki, że to co widać w jakiejś społeczności jest właśnie takim kolektywnym wzmacnianiem problemu, a nie po prostu intensywną praktyką?


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@lurisk)
Połączone: 7 miesięcy temu

Wpisy: 1115

@Fanar jednym z takich znaków może być to, jak dana społeczność reaguje na osoby, które odpuszczają albo zmieniają praktykę. Jeśli ktoś, kto zrobi przerwę, spotyka się z dezaprobatą, pytaniami "ale dlaczego", poczuciem winy albo sugestiami, że coś mu grozi - to już mówi sporo o tym, jak ta grupa funkcjonuje. Zdrowe środowisko powinno dawać przestrzeń do wychodzenia i wracania bez konsekwencji społecznych.


Odpowiedz
(@klaudia05)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 676

@Lurisk tak, to jest dobry wyznacznik. I myślę, że to dotyczy nie tylko społeczności, ale też własnej relacji z rytuałem. Jeśli sama wobec siebie stosujesz dezaprobatę za opuszczony dzień - to jest dokładnie ten sam mechanizm, tylko uwewnętrzniony. Stałaś się jednocześnie praktykiem i krytykiem, który karze za odstępstwo.


Odpowiedz
Wpisy: 1303
(@faddi)
Połączone: 2 lata temu

Wobec siebie stosujesz dezaprobatę - to bardzo trafne ujęcie. Bo to jest chyba jeden z tych objawów, które są trudne do zauważenia, bo kara jest subtelna. Nie chodzi o wielki dramat, tylko o ciche poczucie winy, które odkłada się gdzieś z tyłu głowy i zostaje. I po czasie już nie pamiętasz, kiedy się zaczęło.


Odpowiedz
Wpisy: 782
(@zengui)
Połączone: 1 rok temu

Słucham tej całej rozmowy i zastanawiam się nad jeszcze jedną rzeczą - czy ta granica między zaangażowaniem a obsesją może przesuwać się w zależności od okresu życia? Mam na myśli to, że ten sam rytuał, ta sama intensywność, może być zdrowa w jednym momencie, a już nie w innym. I czy w ogóle mamy narzędzia żeby to śledzić na bieżąco, nie z perspektywy czasu?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 699

@Zengui myślę, że właśnie dlatego intencja nie jest stała - może się zmieniać bez naszej wiedzy. I odpowiadając na twoje pytanie o śledzenie na bieżąco: nie wiem, czy jest jakiś pewny sposób. Może właśnie dlatego przerwy są ważne - nie jako test, czy można odpuścić, ale jako punkt odniesienia. Wychodzisz na chwilę i widzisz, jak wyglądasz z zewnątrz.


Odpowiedz
Wpisy: 455
 Mara
(@mara)
Połączone: 2 lata temu

Dobra, ale wróćmy do czegoś konkretnego - bo cały czas mówimy o sygnałach i granicach, ale nikt nie powiedział, co robić, kiedy już wiesz, że przekroczyłaś tę granicę. Czy to jest coś, z czym się wychodzi stopniowo, czy raczej trzeba zdecydowanie coś urwać?


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@klaudia05)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 676

@Mara pyta o konkrety i mam wrażenie, że to jest pytanie, którego wszyscy unikaliśmy przez całą rozmowę. Co robić, kiedy już wiesz. Myślę, że to nie jest ani stopniowo, ani gwałtownie - to zależy od tego, co jest źródłem problemu. Jeśli rytuał stał się obsesją dlatego, że wypełniał jakąś pustkę, to nagłe urwanie tej jednej rzeczy bez zajęcia się tą pustką po prostu przeniesie problem gdzie indziej. Widziałam to u siebie. Urwałam jedną praktykę "z dnia na dzień", bo byłam dumna z tej decyzji - i przez kolejne tygodnie obsesyjnie czytałam o nowych metodach. Nic się nie zmieniło.


Odpowiedz
(@zengui)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 782

@Klaudia05 to jest coś, co mnie od zawsze niepokoi w podejściu "po prostu przestań". Jakbyś powiedziała komuś z nałogiem behawioralnym, żeby po prostu nie otwierał już telefonu. Technicznie możliwe, ale to nie jest o tym. Mam pytanie do ciebie - kiedy w końcu coś się przesunęło, to przez co? Przez czas, przez inną praktykę, przez coś zewnętrznego?


Odpowiedz
(@klaudia05)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 676

@Zengui przez rozmowę, co śmieszne. Nie terapeutyczną, tylko zwykłą, długą rozmowę z osobą, która po prostu zapytała mnie co czuję, kiedy nie robię rytuału. Nie co myślę, nie co się stanie - tylko co czuję. I to było pierwsze pytanie, przy którym nie miałam gotowej odpowiedzi.


Odpowiedz
Wpisy: 455
 Mara
(@mara)
Połączone: 2 lata temu

Dobra, ale czy to nie jest tak, że ta osoba musiała wiedzieć, co robi? Przypadkowa znajoma raczej nie zadałaby akurat takiego pytania. Mam na myśli, że sama rozmowa nie jest odpowiedzią - ważne kto pyta i z jakiego miejsca.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@klaudia05)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 676

@Mara wiesz co, ona w ogóle nie praktykowała niczego. Byłam tym zaskoczona bardziej niż ty teraz. Zapytała, bo byłam wyraźnie spięta i ona jest po prostu uważnym człowiekiem. Czasem ktoś z zewnątrz trafia w coś lepiej niż ktoś, kto zna kontekst - właśnie dlatego, że nie stara się pomóc "mądrze".


Odpowiedz
Wpisy: 265
(@fanar)
Połączone: 2 lata temu

Słucham tego i myślę sobie, że my tu cały czas zakładamy, że ta granica jest do przekroczenia i potem jest "wychodzenie". Ale co jeśli ktoś nigdy nie wychodzi, bo w ogóle nie dostrzega problemu? Nie dlatego, że jest głupi, tylko że środowisko i własne przekonania skutecznie to zasłaniają? Czy jest jakiś punkt bez powrotu?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@lurisk)
Połączone: 7 miesięcy temu

Wpisy: 1115

@Fanar to jest pytanie, na które szczerze nie wiem jak odpowiedzieć. Ale mam wrażenie, że "punkt bez powrotu" to raczej figura retoryczna niż realne zjawisko - w tym sensie, że dopóki ktoś żyje, to jakaś zmiana jest możliwa. Problem leży gdzie indziej - w tym, czy pojawia się jakaś sytuacja, która wytrąca ze schematu na tyle mocno, że system obronny na chwilę nie nadąża. Dla niektórych to jest choroba, strata, przypadkowa rozmowa jak u Klaudii. Coś, co wyrywa z automatyzmu.


Odpowiedz
Wpisy: 699
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Mam wątpliwość co do tego "wytrącenia ze schematu". Jeśli ktoś przez kilka lat budował rytuał jako system zarządzania lękiem, to takie wytrącenie może paradoksalnie pogłębić problem - człowiek w kryzysie wraca do tego, co zna, i robi tego więcej. Nie mniej. Znacie to zjawisko z własnego doświadczenia?


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 552

@Kobalt tak i to jest dokładnie to, co mi się przydarzyło jakiś czas temu. Byłam w trudnym okresie i zamiast ograniczyć, podwoiłam. Doszłam do momentu, gdzie robiłam rzeczy po dwie godziny dziennie, bo jeden "cykl" to było za mało. Dopiero kiedy zorientowałam się, że spóźniłam się na coś ważnego przez rytuał i nawet nie poczułam żalu - tylko ulgę, że zdążyłam skończyć - coś we mnie kliknęło.


Odpowiedz
(@young)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 344

@Agatha.1 ulga, że zdążyłaś skończyć zamiast żalu za tym, co ominęłaś - to jest chyba jeden z najbardziej konkretnych sygnałów, jakie padły w tej całej rozmowie. Czy ten moment był dla ciebie od razu jasny, czy to dotarło dopiero po jakimś czasie?


Odpowiedz
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 552

@Young dotarło po. Na bieżąco byłam przekonana, że dokonałam właściwego wyboru. Dopiero wieczorem, jak siedziałam i próbowałam sobie przypomnieć, co ominęłam, i poczułam, że to jest... nieważne - to mnie przestraszyło. Że mi się odwróciła hierarchia tego, co ważne.


Odpowiedz
Wpisy: 346
(@nastie)
Połączone: 2 lata temu

Hierarchia ważności. Właśnie. Mnie się wydaje, że to jest jeden z lepszych kluczy do tego całego tematu - nie ile czasu zajmuje rytuał, nie jak wygląda, tylko co wypycha na dalszy plan. Jeśli zaczynasz odkładać ludzi, relacje, obowiązki - to jest sygnał. Ale co z sytuacją, kiedy te rzeczy nie są od ciebie odpychane, tylko ty sam zaczynasz je odczuwać jako przeszkadzające?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@wiciol)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 974

@Nastie to jest bardzo dobre rozróżnienie. Bo "odpycham innych" brzmi jak coś aktywnego i łatwiejszego do zauważenia. Ale "zaczynam odczuwać innych jako zakłócenie" to jest proces, który zachodzi powoli i wewnętrznie - i możesz go nie zauważyć, bo z zewnątrz nic się nie zmienia. Dalej odpisujesz, dalej się spotykasz, ale gdzieś w środku masz cichą myśl, że wolałbyś zostać sam i skończyć to, co zacząłeś.


Odpowiedz
Wpisy: 630
(@lubon)
Połączone: 1 miesiąc temu

I to chyba jest moment, gdzie praktyka przestaje być częścią życia, a zaczyna być alternatywą dla życia. Nie wiem, czy to trafne ujęcie, ale mam takie poczucie, że kiedy rytuał zaczyna konkurować z rzeczywistością - to jest inna jakość problemu niż kiedy po prostu zajmuje dużo czasu.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@zengui)
Połączone: 1 rok temu

Wpisy: 782

@Lubon to jest trafne. I to tłumaczy też, czemu sam czas trwania jest złym miernikiem. Ktoś może robić coś godzinami i być przy tym obecny w życiu - i to jest okej. Ktoś może robić coś przez piętnaście minut, ale przez resztę dnia myśleć tylko o tym, czy zrobił to dobrze, czy coś pominął, czy wróci do tego wieczorem. I to jest problem, choć "na papierze" wygląda skromniej.


Odpowiedz
Wpisy: 1303
(@faddi)
Połączone: 2 lata temu

Ten wątek z myśleniem w ciągu dnia to coś, o czym warto powiedzieć więcej. Bo to jest jeden z tych obszarów, gdzie człowiek rzadko sprawdza, ile przestrzeni mentalnej zajmuje mu dana praktyka. Liczymy czas fizyczny, nie poznawczy. A obsesja żyje właśnie tam - nie w godzinach przy ołtarzu, tylko w tle, kiedy jesteś w pracy albo rozmawiasz z kimś i połowa ciebie jest gdzie indziej.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
 Mara
(@mara)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 455

@Faddi i jak to sprawdzić? Serio pytam, bo to jest nienamacalne. Nie mogę zmierzyć, ile procent myśli poświęcam rytuałom. Czy jest jakaś metoda, czy to raczej coś, co trzeba poczuć?


Odpowiedz
(@kobalt)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 699

@Mara jedna z rzeczy, która mi kiedyś pomogła, to był bardzo głupi eksperyment - przez kilka dni za każdym razem, gdy myślałem o rytuałach poza samym rytuałem, stawiałem kreską w notesie. Nie oceniałem, nie analizowałem, po prostu odnotowywałem. Pod koniec tygodnia miałem wizualny obraz tego, ile miejsca to zajmuje. I to było dość nieprzyjemne spotkanie z rzeczywistością.


Odpowiedz
Wpisy: 544
(@lalik)
Połączone: 1 rok temu

Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, które kręci mi się w głowie - czy ktoś z was miał moment, kiedy ktoś bliski powiedział wprost, że widzi problem, i ta osoba miała rację? I jak to zostało przyjęte? Bo wyobrażam sobie, że to musi być trudna rozmowa z obu stron.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 552

@Lalik miałam. I nie powiem, że przyjęłam to dobrze. Moja pierwsza reakcja była defensywna - tłumaczyłam, że ta osoba nie rozumie, że to jest coś innego niż myśli, że patrzy z zewnątrz i nie ma kontekstu. Standardowy zestaw odpowiedzi, kiedy ktoś trafi w coś, czego nie chcesz słyszeć. Ale ta rozmowa wróciła do mnie jakiś czas później i wtedy miała już zupełnie inny ciężar.


Odpowiedz
Wpisy: 544
(@lalik)
Połączone: 1 rok temu

To co mówi Agatha jest chyba jednym z ważniejszych głosów w tej dyskusji - że defensywność pojawia się automatycznie, zanim w ogóle zdążysz przetworzyć, co ta osoba powiedziała. Ale mam pytanie do kogokolwiek, kto przez to przechodził: jak długo trwało, zanim ta pierwsza reakcja opadła i zaczęłaś/zacząłeś faktycznie słyszeć tę osobę?


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 552

@Lalik trudno mi powiedzieć dokładnie, bo to nie był jeden moment. Ale myślę, że minęły tygodnie. I nie dlatego, że byłam zacięta - tylko że musiałam sama dojść do pewnych obserwacji, żeby to, co ona powiedziała, miało sens. Gdybym tylko "przyjęła", bez własnego dochodzenia do tego, pewnie by nie zostało.


Odpowiedz
 Mara
(@mara)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 455

@Agatha.1 Ale czy to nie jest tak, że to "własne dochodzenie" to też może być forma oporu? Mam na myśli - robisz research, zbierasz dowody, sprawdzasz sam na sobie, a tak naprawdę po prostu odkładasz moment przyznania racji.


Odpowiedz
(@agatha-1)
Połączone: 2 lata temu

Wpisy: 552

@Mara może. Ale czy to coś zmienia? Jeśli efekt jest ten sam - czyli w końcu dochodzisz do wniosku - to nie wiem, czy mechanizm po drodze jest aż tak istotny. Mnie pomogło to, że przyszłam do tego sama, a nie że ktoś mnie do tego przekonał. Inaczej bym to "odrzuciła" przy następnej okazji, kiedy coś poszłoby nie tak.


Odpowiedz
Wpisy: 974
Rozpoczynający temat
(@wiciol)
Połączone: 2 lata temu

To jest zresztą stary problem z każdą zmianą, która przychodzi z zewnątrz - może zadziałać, ale rzadko jest trwała, jeśli nie ma zakorzenienia we własnym rozumieniu. I to akurat nie jest specyficzne dla rytuałów, dotyczy dosłownie wszystkiego. Tylko przy rytuałach jest to szczególnie wyraźne, bo całość jest bardzo wewnętrzna z natury.


Odpowiedz
Strona 1 / 2
Udostępnij: