Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, o czym rzadko się mówi w kontekście rytuałów - mianowicie o tym, co robimy, gdy osoba uczestnicząca w rytuale nie widzi albo nie słyszy. Większość opisów, które gdziekolwiek czytam, zakłada pełną sprawność sensoryczną. Świeca tu, dźwięk gongu tam, wzrokowa koncentracja na symbolu. Ale co, jeśli ktoś jest niewidomy od urodzenia i nigdy nie miał wizualnego obrazu płomienia? Czy rytuał oparty na obserwacji ognia w ogóle ma sens w tej formie, czy raczej trzeba go przebudować od podstaw? Nie mówię o uproszczeniu ani o jakiejś wersji 'dla niepełnosprawnych' - mówię o tym, że może różne konfiguracje sensoryczne po prostu prowadzą do różnych, równoważnych praktyk. Ciekawa jestem, czy ktoś miał bezpośrednie doświadczenia albo pracował z kimś, kto jest niedowidzący lub niesłyszący.
To jest temat, który gdzieś z tyłu głowy kłębił mi się od dawna, ale nigdy nie sformułowałem go tak wprost. Mam znajomego, który stracił wzrok kilkanaście lat temu - nie jest praktykującym w sensie rytualnym, ale rozmawialiśmy o tym, jak zmienił się jego stosunek do przestrzeni po utracie wzroku. Mówił, że zaczął "myśleć dotykiem" w sposób, którego wcześniej nie znał. I to mnie uderzyło - bo wiele rytuałów, które zakładamy jako wizualne, ma swój odpowiednik dotykowy, który po prostu nie jest eksponowany. Węzły, powierzchnie kamieni, temperatura wosku. Może to nie substytut, tylko inna wejściowa ścieżka do tego samego miejsca.
Tylko że tu pojawia się pytanie, które mnie zawsze trochę zatrzymuje: czy rytuał jest zestawem czynności, czy stanem, do którego te czynności prowadzą? Bo jeśli to drugie, to forma sensoryczna jest wtórna. Ale jeśli pierwsze - jeśli samo wykonanie określonej sekwencji ma znaczenie - to modyfikacja sensoryczna zmienia rytuał w coś innego. I nie wiem, czy "coś innego" jest tutaj lepsze czy gorsze, po prostu inne.
Trochę się gubię w tej rozmowie - czy wy mówicie teraz o tym, że rytuał może być przeprowadzony bez żadnego z tradycyjnych elementów i nadal być "tym samym rytuałem"? Bo to brzmi jak coś, co zmienia w ogóle definicję tego, co robimy. Przepraszam, może zadaję zbyt podstawowe pytanie, ale nie rozumiem, gdzie jest granica.
Zastanawiam się nad czymś innym - czy pracowaliście kiedyś z osobą niewidomą od urodzenia, czy tylko z tymi, którzy stracili wzrok później? Bo to jest fundamentalna różnica. Ktoś, kto widział przez dwadzieścia lat, ma zasoby wizualne w pamięci. Może w czasie rytuału wywoływać obrazy wewnętrzne, których nigdy nie miał ktoś urodzony bez wzroku. Wyobraźnia wizualna u osób niewidomych od urodzenia działa zupełnie inaczej - badania to potwierdzają. Ich "wyobrażenie" przestrzeni jest topograficzne, dotykowe, dźwiękowe. To nie deficyt, po prostu inny model świata.
Ja mam bardzo słabą wyobraźnię wizualną - nie jestem pewna, czy to pełna afantazja, ale "widzenie oczami wyobraźni" nigdy u mnie nie działało tak, jak opisują inni. Przez lata myślałam, że po prostu robię coś źle. W pewnym momencie zamiast wizualizować zaczęłam opisywać sobie sytuację w głowie, jakbym czytała prozę. "Jest ciepło, czuję piasek pod stopami, słyszę wodę." I to działa lepiej niż jakakolwiek próba tworzenia obrazu. Więc de facto przetłumaczyłam modalność z wizualnej na narracyjno-kinestetyczną i rytuały stały się bardziej moje.
Wchodzę w ten temat, bo jest jeden aspekt, który mi tu trochę umyka w tej rozmowie: tradycje rdzenne. W wielu z nich rytuał NIE jest w pierwszej kolejności wizualny. Ceremoniel dźwięku - tam nie patrzysz, słuchasz i śpiewasz. Rytuały potu w wigwamie, rytuały w ciemności - wzrok jest celowo wykluczany, żeby wzmocnić inne kanały. Niewidomy uczestnik w takiej ceremonii nie jest w żaden sposób na gorszej pozycji niż inni. Jest może nawet lepiej przygotowany do ciemności. Więc ta europejska obsesja wizualności w magii jest kulturowa, nie fundamentalna.
Przepraszam, że się wtrącam, ale - czy te rytuały z tradycji rdzennych mogą w ogóle być dostosowywane przez kogoś z zewnątrz? Rozumiem, że to jest szersza dyskusja, ale skoro mówimy o modyfikowaniu rytuałów, to czy możemy modyfikować coś, co nie jest "nasze"? Bo to wydaje mi się ważne - nie wszystko nadaje się do przerabiania.
Wracając do pytania o niesłyszących - bo mi to siedzi w głowie od początku. Są opisy z tradycji wedyjskiej, gdzie mantra działa przez wibrację, nie przez słyszalny dźwięk. Mówi się o "parze" - pierwotnym dźwięku, który istnieje zanim stanie się słyszalny. W tym modelu niesłyszący, który wydaje dźwięk krtanią, wykonuje rytualny akt na poziomie, którego my słyszący może nawet nie docieramy. To radykalnie inna perspektywa niż "biedny niesłyszący, jak mu pomóc".
Dobra, ale zejdźmy trochę na ziemię - bo ta rozmowa zaczyna się od bardzo praktycznego pytania, a poszliśmy dość wysoko. Jeśli ktoś ma prowadzić grupowy rytuał i wie, że jedna osoba nie słyszy albo słabo widzi, to co konkretnie zmienia w strukturze? Nie mówię o całkowitej przebudowie filozoficznej, tylko o praktycznych decyzjach. Pytam, bo to realny problem, który może spotkać każdego prowadzącego.
Ciekawe, że nikt nie powiedział jeszcze o świetle. Nie o wizualizacji, tylko o fizycznym świetle - jego zmianie, wygaszeniu, zapaleniu. To jest kolejny marker czasowy, który działa niezależnie od słuchu. A dla osoby niedowidzącej - czy zmiana natężenia światła jest odczuwalna? Pytam serio, bo nie jestem pewien.
Przepraszam, wtrącę się - bo ja nie rozumiałam, że "niedowidzący" to taki szeroki zakres. Myślałam, że to znaczy "prawie niewidomy". A tu wychodzi, że to jest cała skala. To w takim razie jak w ogóle podchodzić do przygotowania rytuału grupowego, skoro nie wiadomo, kto co widzi i słyszy?
Praktyka solowa to w ogóle inny obszar, bo tam adaptacja jest naturalna i ciągła. Nikt ci nie mówi "zrób to dokładnie tak". Sam budujesz formę pod siebie. Mnie bardziej interesuje to napięcie, które pojawia się w kontekście grupowym - kiedy jest tradycja, jest prowadzący, jest jakaś ustalona kolejność. I nagle ta osoba musi jakoś wejść w strukturę, która nie była tworzona z myślą o niej.
Shangie dotknęła czegoś ważnego - ale chcę to rozwinąć w inną stronę. W tantrze kaszmirskiej jest pojęcie spanda - tętnienie, pulsacja jako podstawa wszystkiego. Nie dźwięk, nie obraz, właśnie pulsacja. I to jest coś, co jest dostępne przez ciało, przez skórę, przez oddech. Zastanawiam się, czy tradycje, które budują swoje praktyki na spanda, nie są po prostu bardziej inkluzywne z założenia, nie z wyboru.
Nie podważa, tylko przesuwa ciężar. Tamte tradycje byłyby może trudniejsze do dostosowania dla kogoś, kto nie czuje własnego ciała - ktoś z neuropatią obwodową, z dysocjacją somatyczną. To wróci do tego samego miejsca: każda forma ma swoich wykluczonych, jeśli nie wychodzisz od rozmowy z konkretną osobą.
Chcę zapytać coś może naiwnego, ale - czy wy mówicie teraz, że nie ma czegoś takiego jak "dostępny rytuał"? Że zawsze ktoś będzie wykluczony? Bo to brzmi przygnębiająco.
Byłam raz na warsztacie prowadzonym przez kogoś, kto miał w grupie osobę głuchoniemą. Prowadząca zrobiła coś prostego - każde przejście między etapami rytuału było zapowiadane trzema sposobami jednocześnie: dźwiękiem, gestem i zmianą ułożenia ciał w przestrzeni. Nie robiła osobnej wersji dla osoby głuchoniemej. Robiła po prostu bogatszą wersję dla wszystkich. I efekt był taki, że cała reszta grupy też weszła głębiej, bo miała więcej zakotwiczenia.
Dobra, ale tu pojawia się kwestia, którą chcę poruszyć - bo to nie jest oczywiste. Czy ta "bogatsza wersja dla wszystkich" nie rozmywa czasem intencji? Mam na myśli: jeśli rytuał był pierwotnie budowany na ciszy i skupieniu wywoływanym przez jeden konkretny dźwięk, to dodanie gestów i ruchu zmienia jego charakter. Nie mówię, że na gorszy - mówię, że to jest już inny rytuał.
I do tego bym dodał jedno - czy rytuał, który wyklucza kogoś obecnego w przestrzeni, naprawdę ma tę samą intencję co rytuał, który go włącza? Forma może być identyczna. Intencja wspólnoty już niekoniecznie.
Nie wiem, czy da się to rozróżnić "w momencie". To raczej wychodzi w refleksji po. Albo przez to, co zostaje w ciele po zakończeniu - i tu wracamy do somatyki, która w tym wątku pojawia się co chwilę z różnych stron.
W niektórych tradycjach tybetańskich jest coś w rodzaju zamknięcia, które nie jest tylko zakończeniem - to pytanie do siebie, czy intencja weszła razem z tobą do rytuału. Nie sprawdzasz, czy rytuał "zadziałał", tylko czy ty byłeś w nim obecny. To jest inne pytanie.
Tylko że "obecność" to też jest pojęcie, które rozumiem różnie w zależności od kontekstu. Co ono znaczy, jeśli ktoś ma silną dysocjację i naprawdę nie może "być obecny" w zwykłym sensie? Pytam szczerze, bo znam osobę, która miała taki problem z medytacją.
Zapach to jest ciekawy trop, bo to jedyny zmysł, który nie przechodzi przez wzgórze - trafia prosto do ciała migdałowatego. Z tego powodu węch jest często tym, co przywraca kogoś do chwili obecnej szybciej niż cokolwiek innego. I działa niezależnie od słuchu i wzroku. Czy ktoś pracował z tym świadomie w rytuałach grupowych - żywicą, kadzidłem, ziołami - jako główną osią, nie jako tłem?
Ja tak - ale nie z grupą, a solo. Przy pracy z Brigid używałem rozmarinu i przez długi czas to był jedyny marker wejścia w przestrzeń. Bez świec, bez muzyki, tylko zapach i intencja. Nie wiem, czy to można przenieść na grupę - tam pojawia się problem indywidualnych skojarzeń. Jeden zapach może dla kogoś znaczyć zupełnie co innego, nawet traumatycznie.
Tylko że to "część odpowiedzialności po stronie uczestnika" jest łatwe do powiedzenia, gdy ktoś ma zasoby, żeby tę odpowiedzialność wziąć. Osoba, która dopiero zaczyna i nie wie, co ją może boleć - jak ma to zgłosić?
To jest bardzo prawdziwa obserwacja, ale też trochę nieuczciwa wobec realiów. Większość ludzi nie ma dostępu do takiej struktury. Warsztaty weekendowe to jest to, co istnieje. I te warsztaty przyjmują ludzi z różnymi historiami sensorycznymi, neurologicznymi, emocjonalnymi. Więc albo prowadzimy takie spotkania z większą uwagą na wejście, albo akceptujemy, że ktoś zawsze trafi na coś nieoczekiwanego.
Mam wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych problemach naraz i to trochę miesza. Jedno to dostępność dla osób z konkretnym ograniczeniem sensorycznym - niedowidzenie, głuchota. Drugie to ogólna wrażliwość prowadzącego na różnorodność grupy. To się łączy, ale nie jest to samo.
