Ta kwestia pór dnia jest zresztą starsza niż myślimy. W greckich papirusach magicznych - PGM, jeśli ktoś kiedyś przeglądał - całe sekcje poświęcono temu o której godzinie odprawiać dany rodzaj rytuału i z jakim dniem to łączyć. To nie był wymysł, to był system. Przy rytuałach ochronnych i stabilizacyjnych powtarza się ta logika wschodzącej fazy - świt lub wczesne przedpołudnie.
Wracając trochę do pytania Glicynii o porę dnia - mam wrażenie że ważniejsze niż godzina jest to czy masz wtedy spokój i skupienie. Symbolika świtu ma sens, ale rytuał zrobiony o siódmej rano kiedy zaraz musisz odwieźć dzieci do szkoły i myślisz o tym co w pracy, to nie jest to samo co ten sam rytuał zrobiony spokojnie wieczorem.
No właśnie, bo u mnie świt odpada, mam małe dziecko i to jest chaos. Wieczór jest jedyną opcją gdzie mam jakieś pół godziny dla siebie. Ale skoro piszecie o tej symbolice progu - czy zmierzch nie miałby podobnej logiki? Też jest przejście, tyle że w drugą stronę.
Zmierzch to akurat w wielu tradycjach jest moment graniczny i nie jest jednoznaczny - w zależności od kontekstu to albo zamknięcie i ochrona, albo pora dla rzeczy związanych z przodkami i tym co niewidzialne. Czytałam gdzieś że w różnych nurtach kabalistycznych Havdala - ten obrzęd kończący Szabat - właśnie dlatego jest o zmierzchu, bo to moment separacji między sacrum a profanum. Więc zmierzch do ochrony? Logika jest.
Okay, to ja mam pytanie praktyczne. Mówicie o świcie, zmierzchu, Saturnie, papirusach - to wszystko jest bardzo ciekawe ale ja nadal nie wiem co ja konkretnie mam zrobić. Tzn. słyszałem że jest coś takiego jak rytuał soli - po prostu sól wokół domu albo w rogach pokoju. Czy to jest coś z tej samej kategorii co mówicie, czy to inna bajka?
Mogą, bo to różne poziomy opisu. Sól jako granica - to jest jej najstarsza funkcja symboliczna i historyczna, dosłownie od czasów kiedy była walutą i czymś cennym, stanowiła granicę między tym co swoje a tym co obce. Sól jako coś co absorbuje to późniejsza interpretacja, bardziej New Age'owa. Sól jako coś co odpycha to znowu inne podejście, bardziej banishingowe. Które z tego jest 'prawdziwe' - to zależy od tego jaką pracę chcesz zrobić i w jakim systemie pracujesz.
No dobra ale jak się nie pracuje w żadnym konkretnym systemie to co? Bo ja nie jestem ani w tradycji kabalistycznej ani w jakimś ceremonialnym nurcie, po prostu chcę żeby mi się finansowo lepiej układało. Czy muszę gdzieś należeć żeby to miało sens?
To co mówi Stellaria jest ważne, bo ja właśnie przez długi czas czułam że coś mi nie gra w tym co robię i dopiero jak zaczęłam rozumieć skąd pochodzi dany element, to się jakoś ułożyło. Nie chodzi o teorię, ale o to że wiedziałam dlaczego używam danej rzeczy, a nie dlatego że ktoś napisał że tak trzeba.
Mam inne zdanie w tej kwestii. Przy kryzysie ekonomicznym to nie symbole są kluczowe tylko to czy rytuał daje ci poczucie sprawczości. Czytałem badania - nie pamiętam konkretnie skąd - że rytuały redukują lęk przed niepewnością nawet jeśli nie ma żadnej 'siły' za nimi. Więc może cały ten wątek o systemach i symbolach jest niepotrzebnie skomplikowany.
To chyba zależy od rozmowy i od ludzi. Ja osobiście nie widzę problemu jeśli ktoś robi rytuał jako rodzaj skupionej intencji bez żadnej warstwy metafizycznej. Efekt jest realny dla osoby która go robi i to się liczy. Ale muszę przyznać że wolę kiedy jest jakiś sens za formą, nawet jeśli to tylko własna symbolika a nie zakorzeniona tradycja.
A właściwie wrócę do tego soli w rogach - czy ktoś to robił i coś z tego wyszło? Nie pytam o dowód, pytam o doświadczenie. Bo mnie ta prostota tego przyciąga, że to jest coś co mogę zrobić teraz, bez specjalnych przygotowań i bez kupowania czegokolwiek.
Ja robiłam sól w rogach! Nie wiem czy to przez to, ale parę tygodni po tym dostałam podwyżkę o którą się bałam prosić od miesięcy. Może zbieżność, może nie - ale samo sypanie tej soli było dziwnie spokojne. Jakbym coś robiła a nie tylko się martwiła.
Cicha intencja liczy się tak samo jak wypowiedziana - to nie jest konkurs na głośność. Rytuały ochronne z solą historycznie nie wymagały żadnych słów, sama czynność i materia były wystarczające. Słowa to warstwa późniejsza, często chrześcijańska lub ceremonialnomagiczna. Starsza forma to po prostu akt fizyczny z uwagą.
Dodam tylko że ilość też nie jest skodyfikowana. Widziałam różne instrukcje - od szczypty w każdym rogu do grubej linii wzdłuż progu. Myślę że to zależy od tego co dla ciebie symbolicznie zamyka przestrzeń. Jedna osoba potrzebuje ledwo widocznego śladu, inna musi widzieć wyraźną linię żeby to 'zadziałało' w jej głowie.
To co mówi Stellaria o tym co 'działa w głowie' - czy to nie jest właśnie clou tego całego kryzysu finansowego? Bo ja zauważyłam że kiedy wszystko idzie źle to moja głowa jest w totalnym chaosie i żaden rytuał nie działa nie dlatego że jest zły, ale dlatego że ja nie mogę się skupić na niczym konkretnym. Rytuał wymaga jakiegoś minimum spokoju żeby w ogóle cokolwiek z siebie wyjść.
To jest dobry punkt bo właśnie ta powtarzalność jest tym co odróżnia rytuał od jednorazowego gestu. Przy kryzysie finansowym to może być właśnie coś robionego codziennie - nie jako magia natychmiastowej zmiany ale jako zakotwiczenie. Że jest coś co robię każdego dnia i to jest moje, niezależnie od tego co się dzieje na zewnątrz.
Właśnie o to mi chodziło od początku tego wątku - nie szukam czegoś co mi z dnia na dzień zmieni konto bankowe, tylko czegoś co mi da poczucie że coś robię a nie tylko czekam. I teraz mam wrażenie że ten rytuał z solą mógłby być właśnie tym - prosty, codzienny albo przynajmniej regularny, niewymagający wielkich przygotowań.
A ktoś próbował łączyć takie podstawowe rytuały z konkretnym dniem tygodnia? Bo czytałam że czwartek jest powiązany z Jowiszem i obfitością - i nie wiem czy to tylko astrologiczny folklor czy jest za tym coś więcej. Tzn. czy robienie czegoś w czwartek ma inny ciężar niż w poniedziałek.
Okej ale ja mam pytanie może głupie - jeśli ktoś totalnie nie zna astrologii to co? Mam się najpierw nauczyć który dzień to który, zanim zacznę cokolwiek robić? Bo to brzmi jakby wejście miało bardzo wysoki próg.
Ja mam zupełnie inne pytanie i przepraszam jeśli nie na miejscu, ale jak rozumiecie ten 'kryzys' w tytule wątku? Czy chodzi o globalny kryzys, inflację i wszystko co teraz, czy raczej o osobistą trudną sytuację finansową? Bo te dwie rzeczy chyba wymagają innego podejścia? Przy osobistym problemie masz jakieś konkretne miejsce gdzie kierujesz intencję, a przy globalnym to jest jak strzelanie w mgłę.
Klementynka zadała dobre pytanie i chyba trzeba to rozróżnić. Ja pisałam bardziej z perspektywy osobistej - że mam teraz trudny czas finansowo i szukam czegoś co mi pomoże to przeżyć, a nie tylko czekać. Ale myślę że globalny kryzys i osobisty są ze sobą powiązane, bo to że teraz wszystko drożeje i niepewność jest wszędzie to też na mnie wpływa. Więc może to nie jest tak ostra granica.
To jest właściwie pytanie o to czy rytuał może mieć wymiar zbiorowy albo kosmiczny, i odpowiedź historyczna jest - tak, oczywiście. Większość starożytnych systemów miała rytuały odprawiane w czasie społecznych niepokojów, nieurodzajów, zarazy. Ateniczycy mieli tesmoforie między innymi jako odpowiedź na lata głodu, Rzymianie odprawiali suplikacje kiedy republika była zagrożona. To nie były prywatne praktyki - całe wspólnoty robiły coś razem żeby odnaleźć grunt pod nogami. Tyle że my nie mamy tej wspólnoty w tym sensie.
To co mówisz Glozka o tej wspólnocie - to mnie uderzyło. Bo rzeczywiście robimy to wszystko osobno, każda w swoim domu, w swojej głowie. I zastanawiam się czy to nie odbiera tym rytuałom czegoś ważnego. Że może właśnie siłą tych starożytnych praktyk było to że wszyscy razem robili to samo i czuli że nie są sami w tej sytuacji.
Dobra ale skąd mam wziąć tę wspólnotę do rytuału? Serio pytam, nie ironicznie. Nie należę do żadnej grupy, nie mam znajomych którzy to robią. Czy jest w ogóle jakiś sposób żeby to zrobić samemu i mimo wszystko miało sens?
Wracając do czwartkowego wątku - bo mi utknął w głowie. Glozka mówiła o Ficino i tym że odpowiedni dzień wzmacnia intencję, ale jak to właściwie działało w praktyce? Czy chodziło o to żeby zaczynać nowe działania w czwartek, czy żeby właśnie robić rytuał w czwartek, czy jedno i drugie?
Chcę wrócić do tego co powiedziała Klementynka o różnicy między kryzysem globalnym a osobistym, bo myślę że tu jest coś ważnego pominiętego. Przy globalnym kryzysie rytuał może mieć funkcję którą można nazwać za Turnerem 'liminalnością' - wchodzisz w przestrzeń poza normalnym porządkiem żeby ten porządek jakoś przetworzyć. Turner badał to przy rytuałach przejścia w kulturach tradycyjnych, ale argumentował że ta struktura jest uniwersalna. Kryzys ekonomiczny to w pewnym sensie właśnie liminalność - stare zasady nie działają, nowe jeszcze nie ma.
A wracając jeszcze do tej soli bo mi nie daje spokoju - ktoś tu mówił o codziennym rytuale. Sypać sól codziennie, każdego dnia? Czy raczej raz i to działa? Bo nie wyobrażam sobie żebym codziennie obsypywał cały dom, to brzmi jak spory wysiłek logistyczny.
