Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co widzę coraz częściej w różnych grupach praktykujących - mianowicie nad tym, czy i w jakim stopniu dzieci powinny uczestniczyć w rytuałach, które dorośli traktują jako swoją praktykę. Nie mówię tutaj o żadnym jednym systemie, bo to dotyczy i wiccan, i praktykujących zgodnie z różnymi tradycjami słowiańskimi, i rodzin, gdzie jeden z rodziców pali kadzidło i wystawia kamienie, a drugi patrzy z boku. Mam wrażenie, że to temat, który polaryzuje bardziej niż większość innych - jedni uważają, że dzieci powinny być z tym od początku, bo to naturalna część życia rodziny, inni, że to narzucanie im czegoś, na co nie mają jeszcze własnego zdania. Co wy na to? Jak to wygląda u was w praktyce?
No to zależy od tego, co rozumiemy przez uczestnictwo. Jest duża różnica między tym, że dziecko siedzi przy stole podczas rodzinnego rytuału przesilenia, bo tak zawsze było, a tym, że ktoś świadomie prowadzi je przez jakiś konkretny rytuał z oczekiwaniem, że ono to poczuje tak samo jak dorosły. Pierwsze - uważam za normalne. Drugie - już bym ostrożniej podchodził. Moje dzieci od małego widziały, że pracuję z runami, ale nigdy nie próbowałem ich w to wciągać. Jak będą chciały, zapytają. Jedna zresztą zapytała, jak miała z jakieś dwanaście lat.
Ale czy to w ogóle jest problem, jeśli dziecko jest przy rytuale i po prostu patrzy? Ja wychowałam się w domu, gdzie babcia robiła różne rzeczy - świece, zioła, odczynianie uroku - i nikt nad tym nie filozofował. Byłam przy tym, pomagałam zbierać zioła, to było po prostu życie. Nikt mi nie tłumaczył co to jest, po prostu było. I nie mam poczucia, że coś mi to zrobiło złego.
No właśnie tu jest clue - kiedy to jest po prostu życie, a kiedy staje się rytuałem z ciężarem symbolicznym, który dziecko ma poczuć i przetworzyć. Twoja babcia zbierała zioła i paliła świece. To jest jedno. Ale jeśli rodzic zasiada z dzieckiem do ceremonii inicjacyjnej, oczekując że tamto to przeżyje tak samo intensywnie - to już zupełnie inna historia. Granica jest płynna i myślę, że właśnie dlatego ten temat jest tak niejednoznaczny.
Przepraszam, że wchodzę z takim pytaniem, ale a co z bezpieczeństwem w tym wszystkim? Nie chodzi mi o żadne straszenie, ale jak dziecko jest przy rytuale, który ma jakiś ładunek energetyczny - to czy to nie wpływa na nie w sposób, na który nie jest przygotowane? Słyszałam różne opinie i nie wiem co o tym myśleć.
A ja mam inne pytanie - czy w ogóle powinniśmy zakładać, że dzieci tego nie czują? Bo mój syn mając cztery lata mówił rzeczy, które po prostu nie pasowały do tego, co mógł wiedzieć. I jak zapytałam go kiedyś dlaczego lubi być przy tym jak medytuję, powiedział że jest mu wtedy cicho w głowie. Może one są bardziej otwarte na te rzeczy niż my myślimy?
Znam rodziny, gdzie dzieci są wciągane w rytuały praktycznie od niemowlęcia i doroślejąc albo to odrzucają z furią, albo przejmują bez żadnego własnego przemyślenia, bo po prostu nie znają niczego innego. Jedno i drugie wydaje mi się problematyczne. To trochę jak z religią zresztą - dziecko wychowane w katolicyzmie często albo zostaje katolikiem z przyzwyczajenia, albo buntuje się spektakularnie. Pytanie czy chcemy takiej dynamiki z ezoteryką.
Mam trochę inne doświadczenie z tym tematem - pracuję z czakrami od lat i moja córka pytała mnie kiedyś o to co robię. Zamiast tłumaczyć jej co to jest czakra i jak działa, po prostu zapytałem ją jak się czuje w różnych miejscach ciała. I ona sama zaczęła opisywać rzeczy, które brzmiały jak opis przepływu energii - ale własnymi słowami, bez żadnego mojego wpływu. Myślę, że czasem mniej tłumaczenia, a więcej pozwalania na obserwację daje coś znacznie głębszego.
Jest jeszcze jedna kwestia, o której mało kto mówi wprost - a mianowicie, że niektóre rytuały mają charakter inicjacyjny z definicji i po prostu nie są przeznaczone dla dzieci. Nie dlatego, że są niebezpieczne, ale dlatego, że wymagają pewnego rodzaju gotowości psychicznej i życiowego doświadczenia, żeby cokolwiek z nich wynieść. Inicjacje w tradycjach szamanistycznych, rytuały przejścia w różnych systemach - one istnieją właśnie dlatego, że mają sens wyłącznie w określonym momencie życia. Mieszanie tego z rytuałami codziennymi, do których dzieci mogą naturalnie należeć, to moim zdaniem błąd, który robią nawet doświadczeni praktycy.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje od początku - kto decyduje, który rytuał jest inicjacyjny, a który jest codziennym? Bo z zewnątrz, dla kogoś kto nie jest w tej tradycji, każde zapalanie świecy z intencją może wyglądać jak coś poważnego. Jak rodzic ma tę granicę wyznaczyć?
Właśnie wróciłam do tego tematu po przerwie i zauważam, że rozmawiamy głównie o dzieciach jako biernych obserwatorach albo uczestnikach. A co z rytuałami, które w tradycjach są wprost przeznaczone dla dzieci - jak różne obrzędy przejścia, nadawanie imion, obrzędy przy pierwszym zębie czy przy dojrzewaniu? W wielu kulturach to właśnie dziecko jest centrum rytuału, a nie dodatkiem do praktyki dorosłego. To chyba zupełnie osobna kategoria?
Właśnie wróciłam do tego tematu po przerwie i zauważam, że rozmawiamy głównie o dzieciach jako biernych obserwatorach albo uczestnikach. A co z rytuałami, które w tradycjach są wprost przeznaczone dla dzieci - jak różne obrzędy przejścia, nadawanie imion, obrzędy dojrzewania? Tam dziecko nie obserwuje, tam jest głównym bohaterem. I to chyba inna rozmowa niż ta, którą tu prowadzimy?
To jest bardzo istotne rozróżnienie. Rytuały inicjacyjne dla dzieci - i mówię tu o tradycyjnych, nie o wymyślonych na kolanie w ostatnich dekadach - były zawsze projektowane z myślą o konkretnym momencie w życiu dziecka. Słowiańskie postrzyżyny, celtyckie nadawanie imienia przed wspólnotą, szamanistyczne rytuały wejścia w wiek sprawczy - to nie były ceremonie, przy których dziecko przypadkowo siedziało. To były obrzędy zaprojektowane dla niego, przez wspólnotę, która rozumiała, że dziecko w danym momencie życia potrzebuje zakotwiczenia. To zupełnie inna logika niż 'czy mogę zabrać córkę na mój rytuał'.
A czy masz jakieś źródła do tych słowiańskich postrzyżyn? Pytam serio, bo znam tę nazwę, ale nigdy nie zagłębiałam się w to, jak ten rytuał wyglądał w praktyce. Wiem, że chodziło o pierwsze strzyżenie, ale co dalej - kto uczestniczył, co oznaczał, w jakim wieku?
I właśnie to jest przykład rytuału, który miał sens dla dziecka, bo był przez wspólnotę rozumiany i przeprowadzany przez kogoś z autorytetem. Nie przez rodzica, który sam akurat praktykuje - przez starszego, który to robił, bo tak wynikało z tradycji. Pytanie, czy my dzisiaj, w kontekście indywidualnych praktyk, możemy w ogóle powiedzieć, że robimy coś analogicznego. Bo brakuje nam wspólnoty, która by to obramowała.
To jest chyba najciekawszy wątek w tej rozmowie. Bo jeśli brakuje wspólnoty, to rytuał staje się bardzo prywatny - i wtedy rodzic jest jednocześnie celebransem, starszym i jedynym świadkiem. Czy to w ogóle działa tak samo? Pytam szczerze, bo sama praktykuję i nigdy nie miałam wokół siebie grupy, która by to potwierdzała.
Słucham i mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się wokół legitymizacji - kto ma prawo przeprowadzać rytuały, kto jest starszym, czy jest wspólnota. Ale może to jest pytanie ze świata, który już nie istnieje? Tradycja się urywa, a życie idzie dalej. Rodzice praktykoją co praktykoją i dzieci widzą to. Czy naprawdę musimy mieć zatwierdzonego starszego żeby to miało sens?
A czy ktoś z was miał dziecko, które samo zapytało o jakiś rytuał albo samo chciało coś przeprowadzić - nie z inicjatywy rodzica? Bo moja córka jakiś czas temu powiedziała, że chce 'coś zrobić' na pożegnanie z przyjaciółką, która wyjeżdżała za granicę. I sama wymyśliła coś z kamieniami, ze świecą i z kartką. Nie od nas, nie z żadnej tradycji.
To co Zaneczka pisze jest udokumentowane w psychologii - Jean Piaget opisywał myślenie magiczne u dzieci jako fazę normalnego rozwoju, ale późniejsze badania Boyera i Bergera pokazały, że rytualizacja zachowań redukuje lęk u dzieci niezależnie od treści rytuału. Dzieci tworzą rytuały ochronne spontanicznie. Więc pytanie nie brzmi 'czy wprowadzać dzieci w rytuały', tylko 'jakie rytuały i z czyjej inicjatywy'.
To mi się klei z tym co Bernadka pisała wcześniej o babci i ziołach. Tam nie było pytania 'czy dziecko jest gotowe na ezoterykę' - tam było zwykłe życie, które miało wymiar symboliczny. I może właśnie ta naturalność jest czymś, czego nam dziś brakuje. Zamiast zastanawiać się czy dziecko może być przy rytuale, może lepiej zapytać czy nasze życie w ogóle ma rytualny wymiar na co dzień - przy stole, przy wejściu do domu, przy pożegnaniu.
Ale to jest inne pytanie niż to co nas tu zajmuje, prawda? Bo jedno to codzienne gesty z symboliką, a drugie to konkretne rytuały z intencją, z ładunkiem, z otwieraniem przestrzeni - jak to ktoś wcześniej powiedział. I mnie właśnie ta druga kategoria niepokoi w kontekście dzieci. Nie kwiatki na stole, tylko coś, co ma realnie coś zmieniać.
Myślę, że Jagusia pyta o coś innego - nie o to czy babciny rytuał był autentyczny, tylko o to czy dziecko może być nieprzygotowane na pewne energie albo doznania. I to jest pytanie, na które nikt tu nie odpowiedział wprost. Czy faktycznie istnieje coś takiego jak 'za wcześnie' energetycznie, nie tylko mentalnie?
To pytanie Orlikowej mnie zatrzymało - czy dziecko może być nieprzygotowane na pewne energie albo doznania. Bo ja się właśnie tego boję najbardziej. Nie chodzi mi o to, że babcine rytuały były złe albo nieskuteczne, tylko że babcia wiedziała co robi i miała to jakoś... osadzone. A jeśli rodzic sam dopiero się uczy i jeszcze ciągnie dziecko do tego razem - to jak to może wyglądać od strony dziecka? Ono nie ma punktu odniesienia, nie ma nikogo, kto by mu powiedział, że to co czuje jest normalne albo nie.
Mam wrażenie, że mieszamy dwie rzeczy. Jedno to pytanie o wpływ psychologiczny na dziecko - i tu można szukać badań. Drugie to pytanie o to, czy dziecko powinno uczestniczyć w sensie energetycznym, inicjacyjnym. I te dwa pytania mają zupełnie inne odpowiedzi, albo przynajmniej wymagają innego podejścia. Czy ktoś chce się skupić na którymś z nich, bo ta rozmowa leci jednocześnie po obu torach?
Dokładnie to miałem na myśli otwierając ten temat. W tradycjach inicjacyjnych - i mówię tu o szamanizmie syberyjskim, o afrykańskich rytuałach przejścia, ale też o europejskich praktykach ludowych - inicjacja dziecka nigdy nie była wyłącznie symboliczna ani wyłącznie psychologiczna. Ona miała zmieniać status dziecka w oczach wspólnoty i w oczach sił, które ta wspólnota uznawała. Te dwa wymiary były nierozłączne. Pytanie tylko, czy gdy robimy coś samodzielnie, bez tej struktury, w ogóle jesteśmy w tej samej rozmowie.
Ale to jest właśnie to, co mnie od początku tej rozmowy niepokoi. Zakładamy, że jeśli nie mamy wspólnoty i starszego, to 'nie jesteśmy w tej samej rozmowie'. A może to jest inna rozmowa - nie gorsza, tylko inna? Praktyki się zmieniają, konteksty się zmieniają. Może prywatny rytuał z dzieckiem przy świecy nie jest tym samym co inicjacja plemienna i nie trzeba go mierzyć tą miarą.
To jest dobre pytanie, bo sama się nad tym zastanawiam. Kiedy coś przestaje być rytuałem, a zaczyna być tylko ceremonią? I czy ta granica ma znaczenie, kiedy angażujemy w to dziecko? Bo dziecku jest chyba wszystko jedno jak to nazwiemy - ono reaguje na atmosferę, na stan rodzica, na obecność czegoś poza normalną codziennością.
