A mnie ciekawi coś innego - czy ktoś robił rytuały stricte finansowe w sensie ukierunkowane na pieniądze, nie tylko na spokój i równowagę? Bo cała ta rozmowa idzie bardzo w stronę psychologiczną, że rytuał pomaga psychicznie, ale pierwotne pytanie było chyba o to czy są jakieś rytuały specjalnie pod kryzys gospodarczy. Czy ktoś próbował czegoś konkretnego?
W kontekście rytuałów finansowych to jest w ogóle stary i nierozwiązany temat. Większość tradycji miała jakieś formy przyciągania dostatku - od prostych gestów z solą i chlebem w słowiańskich tradycjach domowych, przez bardziej rozbudowane rytuały lunarne, po współczesne podejścia wywodzące się z hoodoo czy folk magic. Ale jeśli przeczytasz te tradycje uczciwie, to żadna z nich nie zakładała że rytuał zastępuje działanie. To zawsze był element składowy czegoś szerszego.
Glozka, no tak, ale to właśnie mnie drażni w tej całej dyskusji o rytuałach finansowych - że zawsze kończymy na 'zmieniło moje podejście do pieniędzy'. Okej, ale czy ktoś naprawdę zauważył jakiś wymierny efekt? Cokolwiek. Nowa praca, klient, znajomy zadzwonił z propozycją. Nie mówię że to musi działać jak bankomat, ale czy jest jakaś historia gdzie coś konkretnego się wydarzyło po takim rytuale?
To co Weronka mówi mnie jakoś uderza. Że rytuał zmienia nie tyle sytuację co to jak przez nią przechodzisz. Ale to by trochę odpowiadało na moje wcześniejsze pytanie o długi kryzys - bo jeśli chodzi o uwagę i postawę, to można to podtrzymywać miesiącami. Gorzej jak myślimy że rytuał ma zmienić coś na zewnątrz, bo to jest trudniej utrzymać jako oczekiwanie przez rok.
Słucham tej dyskusji o sprawczości i mam takie wrażenie że moje pisanie - to o którym wcześniej mówiłam - mieściło się gdzieś pomiędzy. Nie myślałam że to zmieni coś na zewnątrz, ale nie robiłam tego też tylko dla spokoju. Chyba pisałam żeby mieć wrażenie że cokolwiek robię, że nie siedzę tylko biernie. Czy to jest rytuał czy zwykłe radzenie sobie?
Wezuwianit, to brzmi znajomo. U mnie ze świeczką było podobnie - na początku bardzo konkretna prośba, potem to się jakoś rozmyło w coś bardziej ogólnego. Nie wiem czy to jest naturalne czy to było poddanie się.
Teodozja, to rozróżnienie jest dla mnie ważne bo przez długi czas miałam poczucie winy że moje rytuały 'straciły ostrość'. Że zamiast konkretnej intencji mam jakieś ogólne siedzenie z kawą i świeczką. A może to po prostu jest inny etap, nie gorszy. Choć nadal nie do końca wiem jak myśleć o tym żeby to miało jakikolwiek sens poza samym uspokojeniem.
Glicynia, to co mówisz o poczuciu winy za 'brak ostrości' - czy to przychodziło z zewnątrz, od kogoś kto ci mówił jak to 'powinno wyglądać', czy raczej od siebie samej miałaś jakieś wyobrażenie co jest prawidłowym rytuałem?
To nieuchwytne to mnie też prześladuje. I teraz myślę że może właśnie w kryzysie to jest szczególnie dojmujące, bo w kryzysie chcesz żeby wszystko miało cel i działało. A rytuał który 'tylko' pozwala ci siedzieć z ogniem wydaje się luksusem albo stratą czasu.
Ale poczekajcie - czy ktoś próbował rytuałów związanych z konkretnym aspektem finansowym, nie tylko ogólnie 'dostatek'? Na przykład przed ważną rozmową o pracę, przed podpisaniem umowy, coś takiego? Bo to brzmi jak coś między rytuałem a przygotowaniem i zastanawiam się czy to by działało inaczej niż to ogólne.
Naparstnica, właśnie o to mi chodziło gdy pisałam ten temat - coś między rytuałem a przygotowaniem. Bo niby kamień w kieszeni to nie jest żaden wielki akt magiczny, ale to że byłaś skupiona na spotkaniu - to mogło wynikać z tego małego przygotowania. Zastanawiam się tylko czy to skupienie to był efekt kamienia, czy efekt tego że napisałaś to zdanie wcześniej.
A wracajac do tego co mowiła Naparstnica o spotkaniu biznesowm - czy ktos miał może ryutał przed rozmową o podwyżkę? Bo to chyba czesto spotykana sytuacja kryzysowa, nie ogolny kryzys ale taki osobisty, gdy sie boisz tej rozmowy
To pytanie o regularność wraca co chwilę w tej dyskusji i myślę że to naprawdę zależy od tego jak definiujemy rytuał. Anthropolodzy jak Turner czy van Gennep pisali głównie o rytuałach przejścia - jednorazowych, ale bardzo intensywnych. Regularność jest raczej cechą rytuałów cyklicznych, liturgicznych. Rozmowa o podwyżkę może być właśnie takim jednorazowym przejściem - z jednego stanu do drugiego.
Słucham o tym przejściu i myślę o czymś innym - czy te nasze rytuały w kryzysie finansowym nie są właśnie próbą stworzenia progu, granicy między tym co teraz a tym co chcemy żeby było? Że sama czynność rytualna wyznacza moment przed i po, nawet jeśli zewnętrznie nic się nie zmieniło.
Ale wracając do tematu kryzysu - bo trochę odpłynęliśmy - czy ktoś zna jakieś tradycje gdzie rytuały ekonomiczne są traktowane bardzo poważnie, nie tak hobbystycznie jak u nas? Nie mówię że to co robimy jest niepoważne, ale gdzieś indziej to może być część kultury, nie wyjątek od niej.
To z tym bankiem brzmi trochę jak historia miejska. Czy ktoś ma jakieś konkretne źródło? Bo chętnie bym poczytała, naprawdę.
Ale wracajac do tego co mnie pierwotnie zastanawiało - te rytualy biznesowe w Azji sa czymś zupelnie normalnym i nikt sie nie pyta 'ale czy to działa'. A u nas jak ktoś powie że robi rytuał przed rozmową o podwyżkę to jest dziwak. Skąd ta różnica kulturowa?
Mam poczucie że trochę idealizujemy to podejście azjatyckie. Znam ludzi z Tajwanu i Hongkongu i oni sami mówią że te rytuały biznesowe bywają formalnością, że się je wykonuje bo 'tak się robi', a nie z głębokiego przekonania. Więc może nie ma aż takiej różnicy z tym teatrem korporacyjnym co Seba opisywał.
Mnie to pytanie o formalizm versus przekonanie pojawia się też w zupełnie innym kontekście - modlitwy. Rodzice wysyłali mnie do kościoła i odmawiałam różaniec mechanicznie jako dziecko. Jakaś część mnie jednak coś w tym robiła, nawet bez 'wiary w pełnym sensie'. Nie wiem czy to argument za ex opere operato czy po prostu dowód że dzieci się nudzą.
Właśnie o to chciałam zapytać od dawna w tym wątku - czy ktoś próbował jakichś afirmacji albo mantr konkretnie w kontekście finansowym i miał jakiś wynik, dobry albo zły? Bo dużo rozmawiamy teoretycznie a mało o tym co ktoś faktycznie robił i co z tego wyszło.
Próbowałam afirmacji finansowych przez kilka tygodni. Wynik był taki że przestałam, bo czułam że powtarzam coś co jest sprzeczne z tym co rzeczywiście myślę o swojej sytuacji i to było bardziej frustrujące niż pomocne. Może robiłam coś nie tak, może po prostu to nie dla mnie.
nie do końca - Wood i jej zespół mówili o tym że afirmacje mogą działać inaczej w zależności od punktu wyjścia. Dla kogoś kto ma neutralny stosunek do swojej sytuacji afirmacja może być mostem. Dla kogoś kto ma bardzo negatywny - może raczej nasilać ten dysonans. Ale nie jestem pewna czy to przekreśla sens rytuałów w ogóle, bo rytuał to nie tylko afirmacja.
Właśnie - rytuał może zawierać afirmację ale nie musi. I chyba te rytuały które tu opisywaliśmy, kamień Naparstnicy albo wyobrażenie Silarii, działały inaczej niż powtarzanie zdań. Coś w tym cielesnym, fizycznym aspekcie jest inne.
