Właśnie dlatego pracuję z krysztalami zamiast z przypadkowymi przedmiotami codziennego użytku, bo kamień możesz zastąpić kamieniem o podobnej energii, jak zgubisz. Taka turmalin albo labradoryt do grounding przy rytuałach rodzicielskich robi dokładnie to samo co chusteczka czy pierścionek, ale jest bardziej świadomym wyborem od początku.
A ja mam konkretne pytanie bo czytam ten wątek już od dłuższego czasu i wciąż nie wiem - ile czasu trzeba na to, żeby taki rytuał progowy czy z przedmiotem w ogóle zaczął działać? Bo nie mogę tak w nieskończoność stać przed drzwiami i nic nie czuć.
Słucham tej wymiany z Wahadlarzem73 i mam inne pytanie do niego - bo ta klamka, ten rytuał progowy, to ma służyć przejściu między jednym stanem a drugim. Ale czy ty w ogóle czujesz, że masz 'dwa stany'? Że jest 'ty w pracy' i 'ty z dziećmi'? Bo jeśli nie czujesz tej granicy, to rytuał nie ma co zaznaczać.
A ja sie zastanawiam, czytajac o Wahadlarzu73, czy może chodzi o to ze rytuał trzeba jakos oznaczyć dla siebie zanim w ogóle zaczniemy go robić? Jak... powiedzieć sobie po co to robię, nie tylko stać i czekac?
Ale jak to 'intencja wyprzedza'? Znaczy że mam siedzieć wieczorem i planować jutrzejsze wejście do domu? To nie brzmi naturalnie.
Mam pytanie do Kunii - bo piszesz o 'dwóch stanach' u Wahadlarza73 i to mnie zatrzymało. Co jeśli ktoś naprawdę nie czuje tej granicy, bo jego praca jest tak bardzo spleciona z życiem rodzinnym? Homeoffice, własna firma, praca zdalna - tam ta granica często po prostu nie istnieje fizycznie. I co wtedy z rytuałem progowym?
Ta zmiana ubrania, o której Kunia mówi - ja to robiłam przez długi czas, nie wiedząc że to rytuał. Wracałam z pracy, szłam do łazienki, zmieniałam ubranie i byłam 'mamą'. To był dosłownie taki reset. Dopiero tutaj rozumiem, że to miało swój sens.
Mycie rąk jako rytuał przejścia - tego się nie spodziewałam w tym wątku, ale ma sens. Przy dzieciach i tak się myje ręce po wejściu do domu z przyzwyczajenia. Może to jest właśnie ten moment, który można świadomie przekształcić? Zamiast wymyślać coś nowego, wziąć coś co już jest?
No dobra, to teraz trochę inaczej podejdę. Przez kilka dni robiłem to mycie rąk świadomie - wchodzę, myję ręce i w głowie mówię sobie 'teraz jestem z dziećmi'. I... coś się zmieniło. Nie wiem czy to placebo, ale dzieci jakby to czują. Córka zaraz podbiega. Chociaż może zawsze podbiegała i ja wcześniej tego nie rejestrowałem.
Ja mam inne pytanie bo gdzieś mi umknęło - te rytuały progowe to jest ogólnie znana praktyka czy coś ezoterycznego? Bo słyszałam gdzieś o jakichś antropologach co badali rytuały przejścia, ale to chyba o zupełnie innych rzeczach.
Liminalność to w ogóle ciekawy temat bo to stan zawieszenia, ani tu ani tam. I właśnie dlatego rytuały progowe są takie ważne dla rodzicielstwa - bo my jako rodzice ciągle żyjemy między rolami. Nigdy do końca nie jesteśmy tylko jedną osobą. Nawet jak jestem w pracy, jestem mamą. Nawet jak jestem z dziećmi, jestem sobą.
To co Wera_T pisze o środku ciężkości - to tak właśnie to czułam ale nigdy nie umiałam tego nazwać. Zmiana ubrania to był mój sposób na przesunięcie tego środka. Nie znikałam z roli mamy w pracy, ale po wejściu do domu stawałam się nią bardziej. Teraz jak o tym myślę, to przez długi czas robiłam to instynktownie, a dopiero teraz rozumiem dlaczego to działało.
Słucham tego wątku od dłuższego czasu i mam jedno zasadnicze pytanie - czy to nie jest tak, że my tu sobie tworzymy całą filozofię wokół zwykłych zachowań? Mycie rąk, zmiana ubrania, stanie przy klamce... ludzie to robili od zawsze bez żadnych rytuałów i też byli dobrymi rodzicami. Kiedy to staje się rytuałem, a kiedy po prostu zachowaniem?
I dodam do tego co Czeslawa08 mówi - ta 'filozofia' którą tu tworzymy nie jest oderwana od praktyki. Rozumienie dlaczego coś robimy zmienia to jak to robimy. Można myć ręce mechanicznie albo z pełną uwagą. Różnica jest mierzalna, nie tylko odczuwalna. Badania nad mindfulness pokazują że te same czynności wykonane z uwagą uruchamiają inne obszary mózgu niż te same czynności na autopilocie.
bardzo dziękuję za to dopowiedzenie, bo ja właśnie się zastanawiałam czy moje mycie rąk to już rytuał czy jeszcze nawyk. Teraz wiem że to zależy ode mnie, nie od samego działania. To zmienia podejście do tego co robię każdego dnia.
Mam pytanie do Malwini i Czesławy08 bo idę tym tropem - czy rytuał może zdegenerować z powrotem w nawyk? Czyli zaczynasz świadomie, przez kilka tygodni masz tę uważność, a potem po prostu myjsz ręce jak zawsze? I co wtedy - trzeba go na nowo 'ożywiać'?
ja tez sie zastanawiam czy są jakiś rytualy specyficznie dla mam? Bo tu duzo jest o wejsciu do domu, progu, zmianie ubrania - ale to wszystko jest jak wraca się z pracy. A ja jestem w domu cały czas z dzieckiem i nie mam tego momentu 'wejścia'. Jak sie oddzielić od ciebie samej kiedy nie wychodzisz?
Słyszę tę rozmowę z Amuletką i mam wrażenie że dotknęłyście czegoś ważnego. Rytuały opisywane w tym wątku często zakładają że jest jakiś wyraźny moment przejścia. A przy rodzicielstwie w trybie 24/7 - czy to przy niemowlęciu, czy przy pracy zdalnej z dzieckiem w tle - ta granica jest płynna. Ciekawe jak to rozwiązywały wcześniejsze pokolenia, gdzie babcia, mama i prababcia były w domu bez wyraźnego rozdziału.
Swarog89 dobrze to ujął - ten brak progu jest właśnie problemem przy ciągłej opiece. Ale zastanawiam się czy nie można go stworzyć sztucznie. Nie chodzi o fizyczne wyjście i wejście, ale o jakiś moment który mózg zaczyna traktować jako granicę. Herbata zrobiona w ciszy podczas drzemki? Okno otwarte przez chwilę? Coś co jest zawsze, i zawsze oznacza to samo.
I to jest chyba najważniejsza rzecz w całej tej rozmowie - że rytuały rodzicielskie to nie jest projekt na dobre chwile. To jest coś na te momenty kiedy jesteś rozjechana między tym co czujesz a tym co uważasz że powinna byś czuć. Ta ambivalencja o której mówi Kunia jest wszędzie w rodzicielstwie i większość ludzi się jej wstydzi zamiast z nią pracować.
Dobra, ale to mi teraz otwiera nowe pytanie. Jeśli rytuał ma mi pomagać z tą ambivalencją - to co konkretnie znaczy 'pomagać'? Bo jeśli po rytuale nadal czuję jedno i drugie jednocześnie, to czym on różni się od braku rytuału?
Wchodzę w to pytanie bo mnie też to zastanawia od jakiegoś czasu. Mam wrażenie że 'chwila dla siebie' i 'rytuał' to nie są odrębne kategorie - rytuał to jedna z form chwili dla siebie, ale taka która ma strukturę i intencję. Chwila dla siebie może być zupełnie bierna - scrollowanie, siedzenie bez myślenia. Rytuał angażuje.
Ja bym tu powiedział że bieganie może stać się rytuałem albo nim nie być, zależnie od tego jak do tego podchodzisz. Mój kolega biega od lat, ale robi to żeby schudnąć - to jest trening. Ja biegam i mam taki moment przy wyjściu, zatrzymuję się, biorę trzy wdechy i myślę o tym co zostawiam i co zabieram ze sobą. To jest rytuał. Samo bieganie nie jest - to co robię przed.
To co Mieszko opisuje - że rytuał rósł sam - to jest chyba właśnie znak że działa. Nie wszystko co zaplanowane i wyczytane z książki będzie miało tę samą wagę co coś co wyrosło z twojego własnego doświadczenia. Moje rytuały zmieniały się wielokrotnie i te które zostały na dłużej to właśnie takie które wyewoluowały, nie te które usiłowałam narzucić sobie z góry.
Hej, przepraszam że wracam do wcześniejszego - to co Kunia pisała o matrescence to mi zostało w głowie. Czy jest coś podobnego dla ojców? Bo tu przez chwilę mówiliśmy o tatusiach na początku wątku, ale jakoś się urwało.
No właśnie, bo od ojca oczekuje się żeby był 'oparciem' a nie żeby też się rozpadał i składał na nowo. Ja to czułem po narodzinach syna i nie miałem pojęcia co z tym zrobić. Zero rytuałów, zero przestrzeni. Dosłownie chodziłem i nie wiedziałem kim jestem. I nikt z zewnątrz nie rozumiał w czym problem.
To mnie prowadzi do pytania które chyba przez cały wątek nie padło wprost - czy można komuś 'dać' rytuał z zewnątrz, zanim sam poczuje że go potrzebuje? I czy taki rytuał w ogóle ma szansę zadziałać?
