Zastanawiam się nad czymś, co mnie ostatnio gryzło przy kilku okazjach. Mam swój ustalony sposób na robienie rytuałów, ale życie bywa nieprzewidywalne i nie zawsze da się wszystko zaplanować co do minuty. I pojawia się pytanie: czy jak coś pójdzie nie tak, to cały rytuał traci sens? Bo słyszałam różne podejścia. Jedni mówią, że liczy się intencja i stan umysłu, inni że forma jest absolutnie kluczowa i każde odejście od schematu to błąd. Sama nie wiem co o tym myśleć, bo mam i takie, i takie doświadczenia. Raz zrobiłam coś spontanicznie, bo nie miałam czasu na przygotowanie, i czułam że działało. A innym razem popędziłam się przy rytuałach i wyszło z tego nic. Co wy na to?
To zależy od tradycji, bo podejście jest zupełnie różne w zależności od tego, skąd pochodzi dany rytuał. W wierzeniach słowiańskich na przykład improwizacja była wbudowana w praktykę - obrzędy dostosowywano do pogody, do momentu, do tego co akurat rosło w ogrodzie. Nikt tam nie stał z zegarkiem i nie odliczał godzin. Natomiast jak patrzę na ceremoniał hermetyczny, to tam forma jest traktowana z dużą powagą, bo uważa się, że struktura sama w sobie coś uruchamia. To nie jest kwestia perfekcjonizmu, ale założenia że sekwencja ma znaczenie fizyczne czy energetyczne. Które podejście ty masz bliżej do swojej praktyki?
Marchewka poruszyła coś istotnego, ale ja bym jeszcze dodała jedno rozróżnienie. Jest różnica między elastycznością a chaosem. Elastyczność to: przesunęłam świecę o kilkanaście centymetrów bo inaczej nie dosięgałam, zapaliłam o trochę innej porze bo akurat zaczął deszcz. Chaos to: zrobiłam połowę i odpuściłam bo mnie rozboli głowa, albo zmieniłam połowę słów bo mi się nie chciało ich zapamiętać. Moim zdaniem to nie jest ta sama kategoria błędu. I mam wrażenie, że dużo osób myli te dwie sytuacje, a potem albo się zamartwiają drobiazgami, albo na odwrót, myślą że absolutnie wszystko jest okej.
Intencja jest tym co najważniejsze, reszta to tylko opakowanie. Napisałam to i czuję że to uproszczenie, ale jednak stoję za tym. Jeśli twój umysł jest skupiony na tym, co chcesz osiągnąć, to forma ma drugorzędne znaczenie. Rytuał to tylko struktura, która pomaga ci się skupić, ale sama ta struktura nic nie robi bez twojego zaangażowania.
Jest coś, o czym rzadko się mówi w tym kontekście: kondycja psychofizyczna przed rytuałem. Możesz mieć idealną formę, wszystko zgodnie z tradycją, i totalnie nie być w stanie skupić uwagi - bo jesteś zmęczony, rozkojarzony, coś cię boli. Odwrotnie: możesz być spontaniczny, coś zmienić z konieczności, ale jeśli twój stan wewnętrzny jest odpowiedni, to ta zmiana nic nie psuje. Czakra korony i stan głębokiego skupienia to nie jest kwestia wykonania odpowiednich ruchów. To wynika ze stanu, który masz przed i w trakcie.
Hekate to ciekawy przykład właśnie, bo jest bóstwem skrzyżowań - a skrzyżowanie to z definicji miejsce wyboru i zmiany. Spotkałam się z interpretacją, że ona sama jest dość tolerancyjna wobec dostosowań, o ile zachowana jest szacunek i regularność. Ale to jest moje zdanie oparte na lekturach i rozmowach, nie twierdzę że mam bezpośredni dowód. Co ty sama czujesz w swojej praktyce z nią, bo ty ją najlepiej znasz z własnego doświadczenia?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z innej beczki: skąd wiecie że cokolwiek 'zadziałało'? Pytam serio, nie złośliwie. Bo jeśli zrobisz rytuał elastycznie i coś wychodzi, to jak odróżnisz że to efekt rytuału, a nie przypadek? Jestem ciekaw jak wy sami to oceniacie, bo to chyba kluczowe pytanie przy całej tej debacie o formie i intencji.
Właśnie to jest coś, o czym mało kto mówi wprost. Przy dłuższej praktyce zaczyna być słyszalny taki wewnętrzny sygnał, że coś się dzieje albo nie dzieje. Ciężko to opisać bez popadania w newage'owy bełkot, ale to trochę jak różnica między rozmową gdzie naprawdę rozmawiasz, a recytowaniem przemówienia. Mam wrażenie że forma rytuału to coś jak gramatyka w języku - możesz mówić ze słowiańskim akcentem i przekręcać niektóre słowa, a i tak zostaniesz zrozumiany. Ale jeśli powiesz zdanie, w którym wszystkie słowa są na właściwym miejscu, ale nie masz nic do powiedzenia, to nikt ci nie odpowie.
Ja mam może głupie pytanie ale zastanawia mnie jedno: czy 'dostosowanie momentu' to znaczy że można przesunąć rytuał na inny dzień jeśli coś wypadnie? Bo czytałam że na przykład pełnia księżyca jest konkretna i jak ją przegapisz to już nie ma sensu tego robić w innym dniu. Ale z drugiej strony widziałam gdzieś że okno jest kilka dni. Jak to jest naprawdę?
Wracając do początku dyskusji, bo trochę poszliśmy w różne strony: mnie chodzi nie tyle o przekładanie dat, ale o takie sytuacje w środku rytuału. Że na przykład świeca gaśnie nie wiadomo czemu, albo coś ci wypadnie z ręki, albo nagle nie możesz sobie przypomnieć co miałaś powiedzieć. I co wtedy? Zatrzymujesz się, zaczynasz od początku, improwizujesz? Miałam niedawno taką sytuację i po prostu stałam przez kilka sekund jak słup i nie wiedziałam co zrobić.
A co potem zrobiłaś?
Moim zdaniem dobrze zrobiłaś. Zatrzymanie się i wyjście ze stanu skupienia w połowie to byłoby gorsze niż improwizacja. Są tradycje, gdzie wyjście z kręgu przed zakończeniem jest traktowane jako poważne naruszenie - nie chodzi o irracjonalny lęk, ale o to że przerywasz strukturę energetyczną którą zbudowałaś. Kontynuowanie z głową na karku jest lepsze niż panikarstwo.
A jak ktoś ma taką sytuację że w ogóle nie może robić rytuałów w spokoju, bo mieszka z rodziną i zawsze ktoś wejdzie do pokoju albo coś hałasuje za drzwiami? Rozumiem że to może trochę inny problem, ale to też jest kwestia elastyczności - tylko wymuszonej przez zewnętrzne warunki, a nie przez własny wybór. Czy w ogóle da się coś robić sensownie w takich warunkach?
Właśnie to co napisała Marchewka o obrzędach ludowych w środku domu mnie jakoś uspokoiło, bo miałam z tym duży problem. Myślałam że jak ktoś wejdzie w połowie to wszystko się psuje. A teraz myślę że może po prostu za bardzo się skupiałam na otoczeniu zamiast na tym co robię.
Właściwie Pyromantka trafiła w sedno, bo to co opisujemy jako 'stan rytuału' jest po prostu stanem głębokiego skupienia ze sprecyzowaną intencją. W tybetańskiej praktyce medytacyjnej mówi się o czymś podobnym - przerwanie sesji w złym momencie nie niszczy pracy, ale wymaga świadomego zamknięcia, żeby nie zostać z czymś niedokończonym mentalnie.
To co mówi Slawek jakoś mi układa w głowie to co przeżyłam. Jak mi zgasła ta świeca i stanęłam, to właśnie poczułam że jestem gdzieś w połowie - nie na początku, nie na końcu. I to było dziwne uczucie, bo chciałam wyjść, ale coś mi mówiło żeby dokończyć. Może to był właśnie ten sygnał o którym mówiła Reginka wcześniej.
A właśnie - Reginka pisała o tym wewnętrznym sygnale. Ciekawi mnie jak to jest przy improwizowaniu w połowie. Czy ten sygnał mówi ci 'idź dalej po swojemu', czy 'to co robisz ma sens', czy może coś zupełnie innego? Bo mi się wydaje że to są dwie różne informacje.
Pytanie: czy ten opór może wynikać po prostu z tego że jesteś przyzwyczajona do określonej sekwencji i każda zmiana czuje się jak błąd? Nie mówię że tak jest, tylko że mi trudno odróżnić 'to nie gra' od 'to mi po prostu nieznane'.
Mam wrażenie że ta rozmowa trochę zakłada że każdy wie jak 'powinno' wyglądać. Ale co jeśli dopiero składasz razem swój sposób pracy i nie masz jednej ustalonej tradycji? Czy wtedy w ogóle możesz mówić o elastyczności, skoro nie ma punktu wyjścia?
Dorzucę tu coś co mi siedzi od jakiegoś czasu: w antropologii rytuału mówi się o 'performance theory' - że rytuał działa bo jest wykonywany, a nie dlatego że jest 'prawdziwy' w jakimś obiektywnym sensie. Victor Turner pisał o tym w kontekście dramaturgii obrzędów - liczy się struktura dramatu, nie jego dosłowna treść. Z tego wynika że adaptacja formy nie niszczy rytuału, o ile zachowana jest jego wewnętrzna dynamika.
Dobra, ale to co mówi Marchewka - to chyba znowu wraca do tego samego: liczy się to, co dzieje się w środku, nie zewnętrzna forma. I to mnie dalej zastanawia - bo jeśli tak, to po co w ogóle forma? Skoro możesz robić rytuał mentalnie, bez świec, bez gestów, to czy to nadal rytuał?
I chyba o to mi chodziło od początku tego wątku. Nie o to czy można zmienić kolor świecy na inny, ale właśnie o to czy zmiana formy w połowie rozbija ten stan w ciele. Bo mam wrażenie że jak za bardzo myślę 'czy to teraz właściwe', to i tak wychodzę ze skupienia. Jakby sama refleksja nad formą była już zakłóceniem.
To co napisała Rezeda na końcu - to chyba najważniejsza obserwacja w całym tym wątku. Że samo pytanie 'czy to teraz właściwe' już cię wyciąga. Jakbyś otworzył oczy w połowie snu i zaczął się zastanawiać czy śnisz.
Ten przykład z autem jest akurat trafny. Coś podobnego opisują w psychologii pod hasłem 'paralysis by analysis' - im bardziej świadomie rozkładasz coś na czynniki pierwsze, tym gorzej ci to wychodzi. Chociaż to dotyczy też zupełnie przyziemnych rzeczy, nie tylko rytuałów.
Slawek, ale to 'właściwy poziom' obserwacji - jak go opisać komuś kto tego nie czuł? Bo brzmi jak coś co albo wiesz, albo nie wiesz.
To co Slawek opisuje - ta 'cicha obecność' - to chyba jest właśnie to czego mi brakuje kiedy coś zmieniam w połowie. Zamiast obserwować spokojnie, zaczyna się gorączkowe 'czy to dobrze, czy to źle'. Może problem nie jest w samej zmianie, tylko w tym jak do niej podchodzę?
Właśnie. Bo ja ostatnio zrobiłam tę zmianę ze świecą i przez chwilę byłam spokojna - wzięłam to co było pod ręką i poszłam dalej. Dopiero po wszystkim zaczęłam się zastanawiać czy to był błąd. Sama zmiana nie rozbiła rytuału - rozbiłoby go to gdybym w momencie zmiany zaczęła panikować.
