Chcę się tu wtrącić bo to dotyka czegoś o czym myślę od początku tego wątku. Czy rodzicielstwo samo w sobie nie jest takim momentem kiedy człowiek jest 'gotowy' nie z wyboru, tylko z konieczności? Bo wszystko co znałeś przestaje działać - rytm dnia, tożsamość, relacja z partnerem, z ciałem. I może właśnie dlatego rytuały mogą tu robić coś czego normalnie by nie robiły. Nie dlatego że jesteś otwarty, ale dlatego że stary porządek się posypał i potrzebujesz nowego.
A to ciekawe co Malwinia napisała, bo ja nigdy tak o tym nie myślałam. Że rodzicielstwo to jest jak wymuszone wyzerowanie. Tylko to brzmi strasznie, nie? Jakby dopiero jak wszystko się posypie to możesz zacząć budować coś nowego?
Ja tu się muszę zapytać - bo Kunia i Malwinia mówią o tym sensownie, tylko mnie coś nie daje spokoju. Jeśli mózg jest tak bardzo zajęty dzieckiem, to skąd u kogoś w środku tego chaosu bierze się konsekwencja żeby rytuał w ogóle utrzymać? Bo ja pamiętam że pierwsze tygodnie z synem to była po prostu walka o przeżycie. Nikt by mi wtedy nie wmówił że mam czas na świeczki.
Ale chwila - to co Mieszko opisuje to jest rytuał czy po prostu odcięcie od bodźców? Bo to drugie ma sens czysto fizjologicznie, bez żadnego wymiaru symbolicznego.
Tu wchodzę, bo to pytanie Asterki jest dla mnie ważne. Myślę że różnica między 'po prostu życiem' a rytuałem jest taka, że rytuał ma moment wejścia i wyjścia - wiesz kiedy się zaczął i wiesz kiedy się skończył. Nawet jeśli trwa trzydzieści sekund. Ten próg jest kluczowy bo bez niego nie ma jak zmierzyć ani zapamiętać.
Dziękuję wam za tę rozmowę, naprawdę - czytam od początku i dużo mi dała. Chciałam tylko zapytać jedno, bo może to naiwne pytanie: czy jeśli ktoś nie ma żadnych rytuałów jako rodzic i nigdy ich nie miał, to jest jakoś gorzej? Znaczy czy brak rytuałów coś zabiera?
Ja mam pytanko może trochę z boku - czytałam że w różnych kulturach są specjalne rytuały przejścia dla rodziców, coś w stylu że społeczność uznaje tę zmianę. Czy ktoś z was coś takiego wie, bo mi sie wydaje ze to moglby byc ciekawy kontekst do tej rozmowy?
Kunia dotknęła czegoś o czym myślę od jakiegoś czasu. To zniknięcie wspólnotowego wymiaru tych rytuałów jest może ważniejszym problemem niż brak samych rytuałów. Kiedyś kobiety po porodzie przez kilka tygodni były dosłownie pod opieką wspólnoty - nie wstawały do gotowania, inne kobiety przychodziły, otaczały, wprowadzały w nową rolę. Teraz masz dwa tygodnie urlopu dla ojca i jesteście sami. Rytuał prywatny jest dobry, ale nie zastąpi bycia widzianym przez kogoś z zewnątrz.
No dobra, ale żeby nie zostawić tego pytania bez żadnej konkretnej odpowiedzi - bo sam je zadałem i byłoby dziwne gdybym teraz uciekł - to myślę że jedyne co można zrobić to zacząć od siebie. Nie od wspólnoty, bo jej nie masz. Ale możesz zbudować coś co działa jak zakotwiczenie, nawet solo. Dla mnie to był jeden punkt w ciągu dnia który był tylko mój - nie dziecka, nie partnera, tylko mój. Pięć minut z herbatą bez telefonu. Brzmi banalnie ale dosłownie zmieniało stan na chwilę. Nie twierdzę że to zastępuje wspólnotę, bo nie zastępuje.
Wchodzę tu bo Wera dotknęła czegoś co mnie zajmuje od dawna. Myślę że mikrostruktura działa, ale pod jednym warunkiem - że jest powtarzalna i intencjonalna. Nie musi być skomplikowana. Natomiast mam pytanie do was wszystkich: czy wy w ogóle rozróżniacie rytuały które są dla siebie jako rodzica od rytuałów które robicie z dzieckiem albo dla dziecka? Bo mi się wydaje że ta rozmowa trochę miesza te dwie warstwy i to może być źródłem zamieszania.
O, właśnie to rozróżnienie jest dla mnie kluczowe. Bo ja miałam przez długi czas rytuały z córką - kąpiel, bajka, jakiś dotyk czoła przed snem - i myślałam że to jest mój rytuał też. A potem zdałam sobie sprawę że to jest jej rytuał, który ja obsługuję. Mój jest dopiero kiedy wychodzę z jej pokoju i robię coś co mnie zamyka na ten dzień. Bez tego przejścia byłam cały czas w trybie mamy, nawet śpiąc.
A ja się zastanawiam czy te rytuały dla siebie jako rodzica muszą być jakoś powiązane z rodzicielstwem, czy mogą być zupełnie oderwane? Bo jak słucham was to mam wrażenie że niektórzy robią coś co jest związane z tą rolą - wyjście z pokoju dziecka, zamknięcie dnia - a inni po prostu mają swoje rzeczy które nie mają nic wspólnego z dziećmi. I zastanawiam się który model bardziej pomaga.
To mnie zatrzymuje. Bo jeśli mechanizm jest ten sam czy wierzysz czy nie - to co właściwie dodaje warstwa symboliczna? To znaczy po co nam ezoteryczne ujęcie tego tematu skoro psychologia mówi to samo inaczej? Pytam serio, nie retorycznie.
Zenek to dobrze ujął. Ja bym dodała jeszcze jeden wymiar - rytuał z intencją symboliczną angażuje coś w człowieku co działanie instrumentalne omija. Kiedy robię coś z poczuciem że to ma znaczenie wykraczające poza efekt, to inaczej wchodzę w ten akt. I to potem jest też inaczej zapamiętane. Nie wiem czy to jest 'ezoteryka' czy po prostu głębsza uwaga - ale dla mnie to robi różnicę jako matki.
Właśnie o to mi chodziło kiedy czytałam wcześniejsze posty. To jest kwestia intencji i tego co Salomea nazywa 'wagą'. Dla mnie rytuał rodzicielski który działa to taki który mnie przypomina że jestem czymś więcej niż funkcją. Że jestem osobą która ma swoją historię, swoje ciało, swoją energię - i że ta energia też wymaga zasilania. Bez tego myślenia szybko wchodzę w tryb autopilota i przestaję czuć że cokolwiek wybieram świadomie.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam takie dziwne uczucie że wy wszyscy macie jakieś rytuały których ja nie mam. Znaczy mam pewne rzeczy które robię, ale nigdy nie myślałam o nich jako o rytualach. Na przykład zawsze przed snem kładę dłoń na piersi i robię trzy głębsze oddechy. To zaczęłam robić jak byłam bardzo zmęczona i nie mogłam zasnąć. Czy to się w ogóle liczy?
No ale właśnie - to mi zaczyna się wszystko zlać w jedno. Malwinia na początku pytała o rytuały które pomagają czuć się lepszym rodzicem. I teraz mamy tu trzy oddechy przed snem, herbatę przy oknie, kartę tarota wieczorem. To są rzeczy dla siebie, nie dla dziecka. Czy te rzeczy naprawdę przekładają się na to jak się zachowujesz z dzieckiem następnego dnia? Bo to jest dla mnie ta niejasna część.
Wahadlarz73 zadał pytanie które mnie trochę zatrzymuje. Bo masz rację - to wszystko co tu wymieniamy to są rzeczy dla siebie. Herbata, oddech, karta. I teraz zastanawiam się czy właśnie o to chodzi w tym tytule - że bycie lepszym rodzicem zaczyna się od bycia sobą, a nie od robienia czegoś bezpośrednio dla dziecka. Albo że to jest właśnie ta droga okrężna, przez siebie.
Zenek, ale to brzmi jakbyś mówił że rytuał to tylko technika zarządzania stresem. A gdzie w tym wszystkim ta warstwa o której rozmawialiśmy wcześniej - intencja, symbol, poczucie że to ma jakieś znaczenie szersze niż tylko 'jestem mniej zestresowany'?
A ja mam inne pytanie do tej rozmowy - wy mówicie dużo o rytuałach wieczornych, wyciszających, końcowych. A co z rytuałami wejścia w rolę rodzica? Znaczy nie wyjścia z niej, ale wejścia. Bo u mnie największy problem był zawsze nie to żeby się od czegoś oderwać, tylko żeby w ogóle wejść w obecność z dzieckiem kiedy miałam głowę gdzie indziej.
To co Salomea opisuje to jest threshold ritual - rytuał progu. Czytałam o tym w kontekście szamanizmu, ale też w zwykłej psychologii uważności. Próg jest symbolem przejścia między stanami, i zatrzymanie się przy nim fizycznie pomaga mózgowi przełączyć się między trybami. Salomea, ile czasu zajmował ten moment przy drzwiach?
To co Salomea mówi o progu mnie coś ruszyło. Bo ja z kolei mam rytuał który jest odwrotny - robię coś po wyjściu. Kiedy mój syn zasypia i zamykam drzwi jego pokoju, to stoję przez chwilę po tej drugiej stronie z ręką na klamce. Nie wiem po co to robię, zaczęło się samo. Ale chyba to jest właśnie to - zamknięcie jednego czasu i otwarcie następnego.
To jest właśnie różnica między rytuałem przejętym a rytuałem wyrosłym. W tradycji magicznej mówi się że najsilniejszy jest ten który wypływa z potrzeby, nie z przepisu. Nie dlatego że przepisy są złe, ale dlatego że rytuał wyrosły jest już w pewnym sensie naładowany - masz do niego emocjonalne zakorzenienie zanim jeszcze dasz mu nazwę.
Dziękuję Czeslawa za to rozróżnienie, bo ja właśnie mam problem że zaczynam coś robić bo gdzieś przeczytałam że powinnam, a potem mi nie wychodzi i czuję się winna. Może dlatego że to nie jest moje, tylko pożyczone. Ale jak znaleźć swoje? To brzmi jak pytanie na które nie ma odpowiedzi.
A ja mam pytanie które mi tu siedzi od kilku postów - czy te rytuały które tu opisujemy w ogóle są specyficznie 'rodzicielskie', czy to po prostu rytuały osobiste które akurat stosujemy jako rodzice? Bo coraz bardziej mi się wydaje że te moje trzy oddechy przed snem to nie jest rytuał matki, to jest rytuał mnie. I nie wiem czy to jest problem czy właśnie o to chodzi.
To jest właściwie dobre pytanie które sobie zadaję w trakcie pisania - czy to co robimy jest rytuałem rodzicielskim, czy po prostu rytuałem człowieka, który akurat jest rodzicem? Bo te trzy oddechy które opisałam - robiłam je zanim zostałam mamą, tylko wtedy przed trudnymi spotkaniami w pracy. Teraz stosuję je przed wejściem do pokoju dziecka. Forma ta sama, kontekst się zmienił. Czy to zmienia naturę rytuału?
Mam takie poczucie że ta rozmowa o tym czy rytuał jest 'rodzicielski' czy 'ogólny' to trochę fałszywy podział. Rodzicielstwo to nie jest jedna z ról - to jest stan w którym się jest całą dobę, nawet jak się śpi. Więc każdy rytuał który robi rodzic jest w jakimś sensie rodzicielski, bo robi go ktoś kto jest rodzicem całym sobą, nie na pół etatu.
