ale to by oznaczało że pojęcie 'rytuał rodzicielski' w ogóle nic specyficznego nie oznacza. Że każdy mój rytuał jest rodzicielski bo jestem ojcem. Nie wiem czy się z tym zgadzam - wydaje mi się że są takie które są bezpośrednio powiązane z relacją z dzieckiem, i takie które są po prostu moje, a pomagają mi być lepszym ojcem przy okazji.
To co Malwinia mówi o nośniku - to mi coś wyjaśnia. Przez długi czas myślałam że dbanie o siebie to jest coś osobnego od bycia dobrą matką. A to jest dokładnie to co ona teraz mówi - że dbam o siebie po to żeby być tym nośnikiem w dobrej kondycji. Rytuał pośredni nie jest mniej ważny, bo bez niego bezpośredni może w ogóle nie mieć szansy zaistnieć.
Słuchajcie, ja się trochę gubiię w tym podziale na pośrednie i bezpośrednie, ale chcę się zapytać o coś konkretnego. Moja córka jest w wieku kiedy sama zaczyna robić pewne rzeczy według określonej kolejności i jeśli ją przerwiemy to jest dramat. Czy to znaczy że ona sama sobie tworzy rytuały? I czy powinnam to jakoś wspierać czy to jest po prostu faza?
Właśnie to napięcie między rytuałem dziecka a logistyką dnia to jest coś z czym mierzy się chyba każdy rodzic. U mnie było podobnie - syn miał swój sposób wychodzenia z domu i jak się skracało ten rytuał, to cały dzień szedł inaczej. W końcu zaczęłam wychodzić pięć minut wcześniej żeby on miał swój czas. To brzmi prosto ale trwało rok zanim to do mnie dotarło.
Bardzo dziękuję za ten wątek, bo coś mi to wyjaśnia z moją sytuacją. Mam syna który zawsze musi sam zapalić swoje nocne światło przed snem, i jeśli ja to zrobię zamiast niego - to zaczyna się wszystko od nowa. Przez długi czas myślałam że to upór, a może to jest właśnie jego rytuał wejścia w sen? Nigdy tak na to nie patrzyłam.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie że zaczęła dryfować w kierunku rytuałów dziecka, a nie rodzica. Co jest zrozumiałe - te rzeczy się przeplatają. Ale chcę wrócić do pytania z początku tego wątku: co robić żeby czuć się lepszym rodzicem. I tu mam inne spostrzeżenie niż większość tutaj - czasem nie chodzi o dodanie rytuału, tylko o usunięcie czegoś co rytuałem być nie powinno, ale nim zostało. Ktoś ma jakiś przykład?
Kunia, to jest coś co mnie uderzyło, bo sama to robię. I teraz myślę - czy mój syn postrzega wieczorny czas ze mną przez ten filtr, że mama jest przy nim ale patrzy w ekran? To by znaczyło że rytuał który czuję jako wspólny czas - dla niego może wyglądać zupełnie inaczej. Skąd w ogóle można wiedzieć co dziecko z rytuału 'czyta'?
To co Kunia powiedziała o ekranie przed snem dziecka - mam teraz małą panikę wewnętrzną. Bo ja właśnie tak robię i w ogóle nie myślałam o tym jako o czymś co on rejestruje. Myślałam że liczy się że jestem fizycznie obok. Ale jak teraz myślę o tym z jego perspektywy... nie wiem. Czy to naprawdę tak działa że on buduje obraz tego wieczornego czasu przez to co widzi regularnie, a nie przez to co ja czuję?
A ja mam pytanie bo może jestem za bardzo praktyczny - jak w ogóle odróżnić rytuał od nawyku? Bo słucham tej rozmowy i mam wrażenie że granica jest bardzo cienka. Nawyk z telefonem to zły rytuał, a nawyk z zapalaniem lampki to dobry rytuał? Skąd wiadomo po której stronie się jest?
Zenek trafił w coś co chciałam powiedzieć od kilku postów. Obecność to jest właśnie ta rzecz która zmienia nawyk w rytuał. I dlatego moim zdaniem rytuały rodzicielskie są trudniejsze niż inne - bo wymagają tej obecności w momencie kiedy człowiek jest często najbardziej zmęczony. Wieczór, koniec dnia, wszystko zrobione albo niezrobione - i wtedy masz być w pełni tu. To jest naprawdę wymagające.
Malwinia, to co mówisz o zmęczeniu - to jest coś z czym się bardzo utożsamiam. Mam takie okresy kiedy rytuały które tworzyłam z córką po prostu przestają mi wychodzić, bo jestem zbyt wyczerpana żeby być w nich naprawdę. I wtedy zadaję sobie pytanie czy to co robimy to jeszcze rytuał czy już tylko mechaniczne przejście przez sekwencję. I nie wiem czy to drugie jest gorsze czy po prostu inne.
Myślę że tu chodzi o to co w ezoteryce nazywamy 'zakotwiczeniem'. Powtarzalna sekwencja buduje pewien kod energetyczny i to działa niezależnie od stanu wykonawcy. Podobne mechanizmy opisują w jodze i w systemach tantrycznych - sam gest ma moc. Więc nie musisz być w stu procentach present żeby rytuał działał.
Wracając do pytania Ludwinii - mam podobnie i to co mi pomogło to taka mała zmiana w podejściu. Przestałam wymagać od siebie pełnej obecności na poziomie energetycznym każdego wieczoru. Zamiast tego staram się zaznaczyć moment wejścia w rytuał - dosłownie biorę oddech i mówię sobie w głowie że teraz zaczyna się ten czas. To nie zawsze działa idealnie, ale daje jakieś przebudzenie z autopilota.
Ja mam inne pytanie do tej rozmowy - czy ktoś z was celowo budował rytuał od zera, z pełną intencją od początku? Bo z tego co słyszę, większość z tych rytuałów o których mówimy wyłoniła się organicznie. A mnie zastanawia czy jest jakaś różnica między rytuałem który wyrósł sam a takim który świadomie zaprojektowałem.
Mieszko, to jest dobre pytanie. Ja jeden raz próbowałam zbudować rytuał z dzieckiem od podstaw, przemyślany, z jasną intencją. I wiecie co? Córka go odrzuciła po trzech razach bo był za bardzo mój a za mało jej. Najtrwalsze rzeczy które mamy - wyłoniły się z jej inicjatywy albo z przypadku. Może to coś mówi o tym jak rytuały w ogóle działają w relacjach.
to jest coś o czym w ogóle nie myślałam - że dziecko może rytuał odrzucić bo nie jest jego. Mój syn ma swoje rzeczy przy zasypianiu i ja je respektuję, ale nigdy nie próbowałam czegoś zaproponować sama. Teraz myślę że może warto by było, ale jednocześnie boję się że jak zaproponuję to zniszczę to co samo wyrosło. Jak to ze sobą pogodzić?
Czytam tę rozmowę od dawna i mam takie pytanie które mi chodzi po głowie - czy ktoś z was miał tak że rytuał z dzieckiem rozpadł się i żałował? To znaczy że dziecko wyrosło z niego albo odmówiło i to zostało jakimś śladem? Zastanawiam się bo mam wrażenie że te rytuały z dziećmi mają swoją datę ważności i to musi być trudne kiedy się kończą.
Kartomantkaa, to bardzo dobre pytanie i bardzo trudne. Moja starsza córka miała rytuał z zapalaniem pewnej świeczki przed snem kiedy miała może pięć, sześć lat. W pewnym momencie powiedziała że już nie chce. Nie było żadnego dramatycznego momentu, po prostu pewnego wieczoru powiedziała 'mama dzisiaj nie'. I to 'dzisiaj nie' zamieniło się w 'już nigdy'. Żałuję? Trochę. Ale myślę że to ona wiedziała kiedy ten czas się skończył.
Słucham tej rozmowy o końcu rytuałów i mam wrażenie że wchodzimy w coś ważnego. W tradycjach inicjacyjnych zakończenie rytuału jest celowe i świadome - rytuał ma się skończyć kiedy zmienia się etap życia. Problem z rytuałami rodzicielskimi jest taki że nikt nas nie uczy kiedy i jak je zamykać. Zaczynamy intuicyjnie, ale nie mamy żadnej mapy dla momentu gdy dziecko wyrasta. I to może być źródłem tego bólu który opisuje Salomea.
Właśnie dlatego niektóre systemy mają rytuały zamknięcia - pożegnania. Coś małego, ale świadomego. Ostatnie zapalenie świeczki z intencją 'kończymy to razem' zamiast po prostu... przestawania. Zastanawiam się czy ktoś z was kiedykolwiek celowo zamknął rytuał z dzieckiem w taki sposób? Nie dlatego że musiał, ale żeby to zaznaczyć?
Czeslawa zadała pytanie które ja sobie zadaję odkąd czytam ostatnie posty. My nigdy świadomie nie zamykałyśmy niczego z córką. Teraz myślę że może warto by było to kiedyś zrobić - nie dlatego że coś teraz się kończy, ale żeby w ogóle mieć taką praktykę. Że umiemy razem coś zacząć i umiemy razem coś zakończyć. To chyba uczy też dziecko czegoś o przemijaniu, nie?
To co mówi Malwinia o uczeniu przemijania - to mi otworzyło coś w głowie. Bo ja w ogóle nie myślałam o rytuałach rodzicielskich pod tym kątem. Że one mogą być takim... ćwiczeniem z pożegnań? Tylko bezpiecznym, małym. Że zapalamy i gasimy, że zaczynamy i kończymy, i że to jest normalne.
