Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad czymś, co chyba rzadko pojawia się w dyskusjach o rytuałach - mianowicie o rytuałach związanych z rodzicielstwem. Nie mówię tu o żadnych skomplikowanych obrzędach, ale o takich codziennych, powtarzalnych czynnościach, które mogą coś zmienić w tym, jak się postrzegamy jako matki czy ojcowie. Sama mam wrażenie, że kiedy np. wieczorem siadam z córką i robimy jakiś stały rytuał przed snem - niekoniecznie magiczny, po prostu nasz - to czuję się bardziej zakorzeniona w tej roli. Zastanawiam się, czy ktoś świadomie buduje takie rzeczy dla siebie, właśnie z myślą o wzmocnieniu tej relacji z własnym rodzicielstwem, nie tylko z dzieckiem.
To ciekawe, bo ja bym to rozdzieliła na dwie warstwy. Jedna to rytuały skierowane do relacji - ty i dziecko, rytuały wspólne. Druga to rytuały, które robisz tylko dla siebie, żeby po prostu czuć się lepiej w tej roli. I ta druga kategoria jest chyba znacznie rzadziej omawiana, a moim zdaniem ważniejsza. Bo kiedy matka czy ojciec jest wewnętrznie rozbity, to żadne wspólne wieczorne rytuały tego nie naprawią. Znam kilka praktyk, które działają właśnie na poziomie tego wewnętrznego nastawienia. Ale zanim zacznę cokolwiek proponować - co was konkretnie uwiera? Bo to jest bardzo indywidualne.
To co Kunia mówi o tej drugiej warstwie - to ja to czuję na własnej skórze. Kiedy mam gorszy okres i wiem, że jestem poirytowana, że mało śpię, to żaden wspólny wieczór z dziećmi nie sprawi, że będę czuła się dobrą matką. To jest takie udawanie. Zaczęłam jakiś czas temu robić rano, zanim dzieci wstaną, krótkie wyciszenie - nie medytację w pełnym tego słowa znaczeniu, po prostu kilka minut z kawą bez telefonu, z jakimś jednym pytaniem do siebie. Brzmi banalnie, ale to jedyna chwila, kiedy myślę o sobie jako o osobie, a nie tylko o funkcji.
Jako ojciec patrzę na to trochę inaczej. Mam wrażenie, że mężczyźni w ogóle rzadziej sięgają po jakiekolwiek rytuały w kontekście rodzicielstwa, bo to jakoś nie pasuje do tego, czego się od nas oczekuje. Sam przez długi czas nie miałem żadnej stałej praktyki związanej z byciem ojcem. Dopiero kiedy zacząłem robić wieczorne podsumowanie dnia - takie dosłownie 5 minut przed snem, gdzie sobie przypominam jeden moment z dzieckiem, który był dobry - to coś drgnęło. Nie wiem, czy to rytuał w ezoterycznym sensie, ale rytm i intencja są. Ciekawi mnie, czy ktoś robi coś podobnego.
Ja się wtrącę, bo czytam i mam takie pytanie - czy te rytuały, o których mówicie, to muszą być związane z ezoteryką? Czy można to robić bez żadnego duchowego kontekstu i to nadal zadziała? Pytam szczerze, bo sama nie do końca wiem, gdzie kończy się zwykły nawyk, a zaczyna rytuał.
Bardzo trafne pytanie i nie ma jednej odpowiedzi. Z perspektywy magii rytualnej - intencja jest tym, co oddziela rytuał od nawyku. Możesz parzyć kawę codziennie mechanicznie albo możesz to robić z pełną obecnością i konkretnym zamysłem - i to już jest rytuał. Nie potrzebujesz żadnych rekwizytów ani systemu wierzeń. Chodzi o to, że świadomie przypisujesz tej czynności znaczenie i robisz ją w określonym celu. To nie jest magia w sensie operacyjnym, ale działa na psychikę i postawę bardzo podobnie.
Dodam, że według wielu tradycji słowiańskich rytuały rodzicielskie były czymś zupełnie naturalnym i nie wymagały żadnego specjalnego przygotowania. Matki np. splatały włosy córek z intencją ochrony, ojcowie przy pierwszym wyjściu syna na łąkę wypowiadali słowa, które miały go zakorzenić w tej ziemi. To były rytuały przejścia, ale też codzienne małe gesty, którym nadawano znaczenie. Myślę, że my po prostu odcięliśmy się od tej warstwy i teraz szukamy czegoś, czego nigdy nie powinniśmy byli tracić.
Wracając do tego, co Wera mówiła o porannej ciszy - ja podobnie, ale u mnie to wygląda tak, że zanim wstanę z łóżka, dosłownie przez minutę wyobrażam sobie siebie w roli ojca w tym konkretnym dniu. Nie ideał, nie jakąś abstrakcję, tylko konkretnie jak chcę zareagować, kiedy przyjdzie do mnie z problemem, jak chcę mówić. To jest taka wewnętrzna próba generalna. Nie wiem, czy to ma nazwę w jakimś systemie, ale zmieniło mi się podejście do poranków z dziećmi dość wyraźnie.
Właśnie tu wchodzi kwestia przedmiotów, bo to jest coś, co ma realny wpływ na zakotwiczenie rytuału w codzienności. W tradycjach magicznych przedmiot pełni funkcję kotwicy - coś, czego dotknięcie uruchamia określony stan wewnętrzny. Znam matki, które noszą kamień albo bransoletkę, którą dotykają właśnie w momentach, gdy czują, że tracą grunt pod nogami jako rodzic. To nie musi być nic skomplikowanego - ważne, żeby intencja była przy wyborze świadoma. Ale Wolchw - powiedz mi, czy chciałbyś, żeby to był przedmiot tylko dla ciebie, czy taki, który ma też znaczenie dla dziecka?
Ja też miałam coś takiego z kamieniem, ale nie w kontekście rodzicielstwa - po prostu go nosiłam i podobno miał mi pomagać w trudnych chwilach. Tyle że nie robiłam żadnej intencji przy wyborze, wzięłam bo ładny 🙂 Teraz czytam i myślę, że to właśnie dlatego nic szczególnego nie poczułam. Pytanie do Czeslawa - jak powinna wyglądać taka intencja przy wyborze? Bo to jest coś, czego nie rozumiem do końca.
Chcę trochę przyhamować ten wątek z przedmiotami, bo mam wrażenie, że za chwilę zejdziemy w stronę prostych rozwiązań na złożony problem. Przedmiot może być pomocny, ale jeśli ktoś głęboko wierzy, że jest złym rodzicem, to żaden kamień tego nie zmieni. Pytanie, które moim zdaniem jest tu ważniejsze - co tak naprawdę powoduje, że czujemy się gorszymi rodzicami? Bo rytuały mogą działać na dwa różne sposoby: albo na zmianę nastawienia, albo na zmianę zachowania. I to są różne praktyki.
To co Malwinia pisze - ja to przeżyłam bardzo dosłownie. Przez długi czas robiłam wszystko, co 'dobra matka' powinna robić, a w środku czułam się jak oszustka. Dopiero kiedy zaczęłam robić coś dla samej siebie - nie dla dzieci, nie żeby być lepszą matką, tylko dlatego, że ja tego potrzebuję - coś się przestawiło. Nie wiem, czy to był rytuał, może po prostu kąpiel z ciemnością i muzyką raz w tygodniu, ale stałam się spokojniejsza. I dzieci to poczuły szybciej, niż myślałam.
Dobra, ale konkretnie - czy ktoś może podać jakiś rytuał, który można zacząć robić od jutra? Czytam tę dyskusję od początku i rozumiem teorię, ale nie bardzo wiem, od czego zacząć. Mam wrażenie, że każdy tu mówi o czymś innym i trochę mi się to rozmywa.
Ten chaos przed snem to akurat dobry materiał do pracy, bo jest regularny. U mnie przez długi czas było podobnie - wchodzę, wszyscy mówią naraz, coś się gotuje, ktoś płacze. Zacząłem od jednej rzeczy: zanim wszedłem do mieszkania, stałem przez chwilę przed drzwiami i świadomie zostawiałem to, co miałem za sobą. Dosłownie 20 sekund. Nie wiem, czy to rytuał w ścisłym sensie, ale coś zmieniło.
Placebo to trochę zbyt łatwe słowo na to zjawisko. Badania nad rytuałami przejścia - van Gennep to opisał już na początku XX wieku - pokazują, że samo zaznaczenie granicy między jednym kontekstem a drugim ma realne przełożenie na zachowanie. Nie chodzi o magię, chodzi o to, że mózg dostaje sygnał: teraz inna rola, inna przestrzeń. To nie jest wiara, to mechanizm.
Ta rozmowa o granicy między kontekstami - to mi coś kliknęło. Bo ja właśnie mam problem z tym, że przychodzę z pracy i nie ma żadnego przełącznika. Jestem ciągle w tym samym trybie i dzieci to czują. Ale żeby stać przed drzwiami - nie wiem, czy bym to robił konsekwentnie, bo sąsiedzi 🙂
A czy do takiego rytuału progowego można dodać jakiś przedmiot? Mam na myśli coś, co się nosi i dotyka w tym momencie. Czeslawa08 wcześniej mówiła o kotwicy i to mnie zainspirwało, bo sama szukam czegoś, co pomogłoby mi wejść w ten 'tryb matki' kiedy wracam skądś.
To jest naprawdę dobre pytanie i myślę, że odpowiedź zależy od tego, jakie to inne znaczenie. Jeśli pierścionek od mamy jest dla ciebie kojący, to masz już gotowe skojarzenie emocjonalne, które możesz przekierować. Masz w tym przedmiocie coś z relacji matka-córka - to właśnie w kontekście bycia matką może mieć bardzo konkretny sens.
Właśnie to mnie uderza w tej dyskusji - że często najbardziej działa to, co ma już jakieś znaczenie, nie to, co kupujemy specjalnie jako 'magiczne'. Ja mam kubek po babci i kawę z niego rano to jest mój rytuał. Nikt mi tego nie powiedział, samo tak wyszło. Teraz już wiem, że to nie chodzi o kubek.
Właśnie tu wchodzi czakra serca, bo większość problemów z poczuciem bycia dobrym rodzicem pochodzi ze zablokowanego przepływu energii w tej czakrze. Jak ktoś ma zamkniętą czakrę serca, to żaden rytuał zewnętrzny tego nie otworzy, najpierw trzeba przeprowadzić pracę energetyczną od wewnątrz.
Rozumiem, co Zenek ma na myśli, ale też nie wyrzucałabym czakry serca całkowicie. Problem jest gdzie indziej - to nie jest tak, że praca z czakrami zastępuje inne rzeczy. To są nakładające się poziomy. Ktoś może jednocześnie chodzić do terapeuty i pracować z czakrami i to się nie wyklucza. Pytanie do Glozka00: miałaś na myśli zamiast innych rzeczy, czy obok nich?
Bardzo dziękuję za tę rozmowę, bo czytam od początku i tyle mi to dało do myślenia. Mam pytanie może naiwne - czy taki rytuał codzienny musi być zawsze taki sam, czy może się zmieniać? Bo mam wrażenie, że jak coś robię codziennie tak samo, to po jakimś czasie to traci sens i robię to mechanicznie.
To kwestia tego, czym rytuał w ogóle jest. Rdzeń - intencja, kierunek, skupienie - musi być zachowany. Forma jest jak szata. Jeśli szata zaczyna cię ograniczać albo robisz ją mechanicznie bez żadnej świadomości co za tym stoi, to czas ją zmienić. Ale jeśli zmieniasz formę co tydzień, bo 'tak bardziej', to tracisz tę ciągłość, która buduje cokolwiek w czasie. Sam rytm powtarzania jest ważną częścią mechanizmu.
Kunia dobrze mówi o tej ścieżce, ale dodałbym, że ta metafora z trawą ma swoje granice. Bo chodnik można zadeptać tylko wtedy, jeśli chodzi się tą samą drogą. Jak co drugi raz skręcasz w innym miejscu, to nie ma ścieżki - jest stratowana trawa. Więc pytanie do tych, którzy modyfikują rytuały: czy modyfikujecie rdzeń, czy tylko opakowanie?
Właśnie wróciłam do tego tematu po kilku dniach i myslę jeszcze o tym pierścionku. Próbowałam dotknąć go przed wejściem do domu tak jak sugerowała Czeslawa08. Coś jest w tym, ale trudno mi powiedzieć co. Jak jakby... przypomnienie? Że teraz jestem tu inaczej?
Słucham tej rozmowy o przedmiotach i myślę, że my jako matki często mamy takie rytualne zakorzenienie w drobiazgach, tylko nie nazywamy tego rytuałem. Ja mam chusteczkę, którą siostra dała mi w dniu porodu. Jest gdzieś w torebce i gdy trafia mi w dłoń przy szukaniu kluczy, to na chwilę się zatrzymuję. Nigdy tego nie planowałam.
To jest pytanie, które mi też chodzi po głowie przy tej całej rozmowie. Kiedy rytuał staje się kulą u nogi zamiast czymś wspierającym? Bo jak Ludwinia.1 mówi o tym niepokoju bez chusteczki, to rozumiem, ale jednocześnie - co jeśli któregoś dnia jej po prostu nie będzie, zepsuje się kubek, zgubi pierścionek? Fundujemy sobie zależność?
