Wróćmy może na chwilę do praktyki, bo ta rozmowa jest bardzo ciekawa ale pytanie w tytule było o to czy warto robić rytuały kiedy się czuje słabo. Mam wrażenie że po całej tej dyskusji odpowiedź brzmi: zależy od rytuału i od stanu. Ale może ktoś chce to jeszcze raz zebrać inaczej?
Dobra, przyznam że ta rozmowa zmieniła trochę moje myślenie. Zaczęłam od pytania o to czy ktoś wierzy że rytuał dosłownie przyspiesza zdrowienie i gdzieś po drodze przestałam uważać że to jest właściwe pytanie. Może pytanie jest inne - co chcę z tą chorobą zrobić, jak chcę przez nią przejść. I rytuał jest odpowiedzią na to drugie pytanie, nie na pierwsze.
To jest chyba najlepsza klamra do tego wątku jaką można wymyślić, choć pewnie dyskusja będzie się jeszcze toczyć. Mnie zostaje z tego rozmowy jedno - że budowanie praktyki kiedy jest się zdrowym to jedyna sensowna strategia na czas kiedy nie ma się siły budować niczego. I że choroba, jeśli już przychodzi, nie musi być czasem zmarnowanym rytualnie - może być czasem zupełnie innego rodzaju praktyki niż na co dzień.
Celestyna powiedziała coś ważnego na końcu - że budowanie praktyki kiedy jest się zdrowym to jedyna sensowna strategia. Ale co jeśli ktoś w ogóle nie ma praktyki? Zaczyna od zera i akurat choruje? Czy w ogóle jest sens zaczynać wtedy?
Ale kamień to też jest rytuał? Bo ja go po prostu trzymam i nic przy tym nie mówię ani nie robię. Nie wiem czy to się liczy.
Wróćmy do choroby bo mi się wydaje że gdzieś zgubiłyśmy główny wątek. Mnie interesuje konkretna sytuacja - leżysz z gorączką, nie masz siły wstać, ale chcesz coś zrobić. Co wtedy? Kamień to jedna opcja. Co jeszcze?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie do tych którzy mówią o prostych rzeczach - oddech, kamień, wizualizacja. Czy ktoś z was próbował podczas choroby czegoś bardziej złożonego i to nie wyszło? Chcę zrozumieć gdzie jest ta granica w praktyce, nie w teorii.
Czyli wychodzi na to że choroba sama decyduje co jest możliwe. Nie my. To jest trochę niekomfortowa myśl.
To co Rysiek napisał na końcu siedzi mi w głowie. Że choroba decyduje, nie my. Bo z jednej strony to prawda, ale z drugiej strony - czy w ogóle jest tak, że w życiu to my decydujemy kiedy i co robimy? Choroba tylko sprawia że to jest wyraźniej widać.
ale to nie jest to samo. W zdrowiu mam zasoby i mogę zdecydować że je zużyję na coś co nie wyszło. W chorobie jak zużyję wszystko na próbę rytuału który się nie uda, to nie mam rezerwy. To jest inna stawka.
To co Berkana opisuje z niedokończeniem - ja to rozumiem inaczej. Może to nie był błąd że zaczęłaś w chorobie. Może ten pierwszy niedokończony akt był właśnie tym co uruchomiło intencję, a drugi był tylko jej domknięciem. Dwa etapy jednej rzeczy.
Wróćmy na chwilę do tej granicy którą Sylweria pytała wcześniej. Mam wrażenie że z tej rozmowy wyłaniają się trzy poziomy - rzeczy które można robić zawsze bez względu na stan, rzeczy które zależą od konkretnego dnia i konkretnej osoby, i rzeczy które po prostu poczekają. I to nie jest podział na lepsze gorsze, to jest po prostu realistyczne podejście.
A co z zapachem? Bo ja mam takie skojarzenie że kiedy mi źle to niektóre zapachy mnie uspokajają, a inne wręcz odwrotnie. Czy to się mieści w tym co tu omawiamy czy to już za daleko od rytuału?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie które mi nie daje spokoju. Czy w ogóle ma sens robić rytuał jeśli się robi go głównie dlatego że się boi? Bo mi się wydaje że kiedy jestem chory to bardziej działam ze strachu niż z intencji. I zastanawiam się czy to nie psuje całej rzeczy.
Lechoslaw08 poruszył coś co mnie samą zastanawia od dawna. Bo kiedy byłam chora kilka miesięcy temu i chciałam cokolwiek zrobić - to naprawdę nie umiałam stwierdzić skąd ta potrzeba pochodzi. Czy chciałam rytuału, czy chciałam żeby ktoś coś zrobił za mnie, bo sama się bałam. I nie wiem czy to w ogóle ma znaczenie.
No właśnie, bo strach jako motywacja jest ciekawy w kontekście choroby szczególnie. W zwykłym zdrowiu możesz sobie powiedzieć 'działam z czystej intencji' i jakoś w to wierzyć. Ale kiedy gorączka dochodzi do 39 to ta 'czysta intencja' to trochę abstrakcja. Pytanie czy w ogóle da się wtedy oddzielić co czujesz naprawdę, a co to tylko organizm w panice.
Słucham tej wymiany o strachu i stanie świadomości i mam wrażenie że wchodzimy w pytanie które jest w tle całego wątku - czy rytuał w chorobie ma pomagać choremu, czy ma działać niezależnie od jego stanu? Bo to dwa różne założenia i każde prowadzi gdzie indziej.
Ten podział który Astaria opisuje jest zresztą obecny w różnych kulturach. W tradycjach szamańskich to szaman pracuje, chory może leżeć nieprzytomny - jego świadoma intencja nie jest wymagana. W zachodnich tradycjach magicznych osobista intencja jest centralnym elementem. To nie jest tylko różnica filozoficzna, to różnica w tym co w ogóle uważasz za źródło sprawczości.
Ale jak ktoś nie ma wokół siebie szamana i jest sam to co ma robić? To jest sytuacja większości osób które czytają ten wątek pewnie. Teoretyczne podziały brzmią dobrze ale co konkretnie z nimi zrobić.
Wracając do tego co Froen powiedział o strachu - mam takie przemyślenie. Może strach nie psuje rytuału, ale zmienia co przez niego adresujemy. Robiony ze spokojnej intencji rytuał zdrowy może dotyczyć czegoś konkretnego - manifestacja, ochrona, cokolwiek. Robiony w chorobie ze strachu może tak naprawdę dotyczyć tylko jednego - 'chcę żeby to minęło'. I może właśnie o to chodzi. Może to jest najprostsza i najuczciwsza intencja.
I może dlatego ludzie w ekstremalnych momentach - nie tylko choroba, ale i żałoba, kryzys - sięgają po rytuały których na co dzień nie robią. Bo prostota tego co czują idealnie pasuje do prostoty gestu. Żadnych skomplikowanych protokołów, tylko jedno zdanie, jedna świeca, jeden kamień w dłoni.
Moim zdaniem zmienia, choć nie wiem czy w sensie metafizycznym, czy czysto psychologicznym. Struktura daje ramę, a rama pozwala wrócić do intencji bez szukania jej od nowa za każdym razem. Jak jesteś chory i słaby, ta rama robi robotę zamiast ciebie.
Wracam do tej kartki Zaklinaczki bo to mi chodzi po głowie. Zapisanie intencji przed pogorszeniem stanu - to jest coś co w tradycjach runicznych miałoby sens jako forma galdru utrwalonego. Galdr to nie tylko śpiew, to też słowo zapisane z intencją, które działa potem niejako samodzielnie. Nie wiem czy ona to tak rozumiała, ale mechanizm podobny.
Nie znam tego źródła, ale to co Berkana opisuje brzmi jak coś bliższego zaklęciu niż rytuałowi. Czy w tym ujęciu chory w ogóle musi cokolwiek robić, czy wystarczy że ktoś inny to zapisze z intencją?
To ciekawe zestawienie z tym co wcześniej mówiła Astaria o modelu szamańskim. Może te tradycje które rozwijały się w warunkach gdzie choroba była czymś realnym i śmiertelnym, po prostu wypracowały pragmatykę - nie możesz czekać aż chory będzie zdolny do skupienia, działasz teraz.
No ale ja zazwyczaj nie wiem z wyprzedzeniem że będę chora. Nikt nie wie. Jak mam ustawiać intencję zanim coś się stanie?
Ja miałam kiedyś taki okres że robiłam coś regularnie co mogłabym chyba nazwać rytuałem zdrowotnym - zapalanie świecy raz w tygodniu z myślą o odporności ciała i spokoju. Nie był to nic skomplikowanego. Kiedy potem rzeczywiście zachorowałam, ten gest wrócił do mnie niemal odruchowo, bo był już obecny wcześniej. Nie musiałam wymyślać czegoś nowego w chwili gdy mi na to brakowało siły.
