To rozróżnienie które Berkana robi jest naprawdę istotne. W praktykach szamańskich jest termin dla stanów granicznych - choroba, kryzys, ekstremalne wyczerpanie - i paradoksalnie uważano je za momenty kiedy przepuszczalność między światami jest większa. Nie dlatego że człowiek jest słabszy, ale dlatego że kontrola ego jest mniejsza. To jest argument ZA robieniem czegoś kiedy się jest słabym, ale wymaga świadomości.
To co Kartomanta mówi o snach podczas choroby jest bardzo prawdziwe z mojego doświadczenia. Kiedy ostatnio miałam infekcję i leżałam kilka dni w gorączce, śniłam tak intensywnie że budziłam się z poczuciem że te sny były ważniejsze niż jakikolwiek rytuał który mogłabym zrobić na jawie. Nie wiem czy to jest ta sama kategoria ale to mi zostało.
Ta rozmowa o snach trochę mnie sciąga od tematu bo to jest osobny wątek, ale wracając do pytania Celestyny - czy warto robić rytuały gdy się czuje słabo - wydaje mi się że wszyscy zgadzamy się że tak, ale z warunkami. I te warunki to jest właśnie to co tutaj wypracowujemy przez ostatnie posty. Krótkie, proste, z intencją którą rozumiemy, bez presji żeby wyjść z tego zdrowym następnego dnia.
A więc to domknięcie to jest coś w rodzaju sygnału dla siebie samej, że wychodzę z tego stanu skupienia i wracam do zwykłego życia? Rozumiem to tak, że nie chodzi o jakiś wielki ceremoniał, tylko o świadome zakończenie. Pytam bo sama kilka razy po prostu zasypiałam przy zapalonym kadzidełku i nigdy nie myślałam o tym w tych kategoriach.
Ja się zastanawiam czy to domknięcie jest tak samo ważne we wszystkich typach rytuałów. Bo jeśli ktoś robi coś bardzo prostego - pali świecę, słucha muzyki, może mruczy coś pod nosem - to czy to naprawdę wymaga formalnego zamknięcia? Intuicyjnie czuję że tak, ale chciałabym wiedzieć czy inni mają podobne odczucia co do tej granicy.
A to uczucie niedokończenia które Malwinia opisuje - to jest coś co po prostu znika po czasie samo, czy zostaje? Bo sam mam takie sytuacje kiedy robię coś i nie wiem czy skończyłem, i potem przez chwilę mam z tyłu głowy że może powinienem był coś jeszcze zrobić. Ale nie wiem czy to ma cokolwiek wspólnego z energetyką czy to po prostu mój perfekcjonizm.
Wracam do swojego pierwotnego pytania bo ta rozmowa dużo mi dała, ale ciągle mam jeden dylemat - kiedy się czuję naprawdę źle, nie tylko zmęczona ale fizycznie chora, to te wszystkie zasady o domknięciu, przygotowaniu, intencji, przepuszczalności - one są poza moim zasięgiem. I zastanawiam się czy nie lepiej wtedy po prostu odpuścić i poczekać aż wrócę do siebie.
To jest uczciwe pytanie. Ale ja bym zapytał - co rozumiesz przez odpuszczenie? Bo jest różnica między 'nie robię rytuału bo nie mam siły na rytuał' a 'w ogóle nic nie robię i zamykam się na wszystko'. Pierwsze jest rozsądne. Drugie jest trochę sztuczne, bo ciało i tak robi swoje kiedy jesteś chora, niezależnie czy masz na to etykietkę rytualną czy nie.
Rozumiem co mówi Kartomanta, ale trochę to jest właśnie ta szara strefa którą ciężko złapać. Jak leżę z gorączką to nie wiem czy to co czuję to jest coś 'robię' czy po prostu jestem chora i mój umysł produkuje obrazy i odczucia. Jak to odróżnić?
To jest pytanie które zadają sobie ludzie od dawna i odpowiedź zależy mocno od tradycji. W ajurwedzie choroba to nie jest stan w którym ciało jest 'wyłączone' - wręcz przeciwnie, jest w intensywnej pracy. I ta praca ma swoje odzwierciedlenie w tym co dzieje się na poziomie mentalnym i energetycznym. Więc może zamiast pytać 'czy robię rytuał czy nie' lepiej zapytać co chcę osiągnąć i czy jest prostszy sposób żeby to zrobić kiedy nie mam sił.
Życzenie żeby było lepiej to jest jak najbardziej intencja. Nie każda intencja musi być z paragrafami. Zresztą kiedy czujesz się najgorzej, to ta jedna myśl żeby wyzdrowieć jest bardziej czysta i skupiona niż długa lista celów którą masz kiedy jesteś zdrowa i możesz myśleć o wszystkim naraz.
Dobra ale ja mam pytanie praktyczne - czy ktoś z was próbował robić rytuał kiedy był na lekach? Bo jedno to choroba bez farmakologii, a co innego kiedy masz w sobie paracetamol i ibuprofen i nie wiesz co jest twoim własnym stanem a co efektem leku. Mnie to zawsze powstrzymuje.
W kontekście runalnym używano ziół które zmieniały stan świadomości zupełnie świadomie, więc zmiana stanu przez substancję nie była automatycznie czymś co unieważniało rytuał. Ale to był inny typ substancji i inny cel. Leki na przeziębienie to zupełnie co innego - raczej przywracają ci normalność niż wprowadzają w inny stan.
Wchodzę tu bo słucham tej rozmowy od dawna i mam wrażenie że nikt nie powiedział wprost o jednej rzeczy - że choroba czasem jest po prostu chorobą i nie wszystko musi być przeżyciem duchowym. Mogę to powiedzieć bez żeby to brzmiało jak atak na tę rozmowę?
Ta rozmowa o bezpieczeństwie przy rytuałach kiedy się jest chorym to jest dla mnie właściwie nowy sposób myślenia o tym. Ja zawsze zakładałam że rytuał to coś co robisz kiedy jesteś gotowa, skupiona, w dobrym stanie. A tu wychodzi że może być odwrotnie - robisz kiedy potrzebujesz wsparcia, nie kiedy możesz dać z siebie wszystko.
Dla mnie to bywa dosłownie jedno zdanie powiedziane na głos albo w myślach. Albo sama chwila z kamieniem w dłoni bez żadnych słów. Nie ma listy obowiązkowych elementów, to bardziej kwestia tego czy jesteś w tym obecna czy nie.
To zależy od tego w jakim kierunku idziesz. Przy gorączce niektórzy sięgają po ametysta bo jest chłodniejszy energetycznie, ale szczerze - jak leżysz z temperaturą to naprawdę nie musisz filozofować nad doborem kamienia. Cokolwiek masz pod ręką i czujesz do niego coś ciepłego, to wystarczy. Cały ten perfekcjonizm przy chorobie jest bez sensu.
Właśnie to jest ten punkt do którego wracam - że choroba sama w sobie jest momentem kiedy te wszystkie zasady, które normalnie stosuję, jakoś tracą swój kształt. Jakby mi wypadły z rąk. I tu nie chodzi o perfekcjonizm, bardziej o to że nie wiem czy w ogóle jestem w stanie cokolwiek sensownie zrobić. Czy ktoś miał tak że rytuał zrobiony podczas choroby miał inny charakter niż zwykle, nie gorszy, ale po prostu inny?
Miałem i to było dziwne doświadczenie. Leżałem z czymś wirusowym, nie byłem w stanie siedzieć, a zrobiłem coś najprostszego - po prostu przez chwilę skupiłem się na oddechu i wyobraziłem sobie że każdy wydech wynosi coś co mi nie służy. Żadnych świec, żadnych słów. I to miało jakąś intensywność której normalnie nie ma, bo nie było żadnych rozproszek, tylko ja i to co czuję. Nie wiem czy to był 'rytuał' w ścisłym sensie, ale miał w sobie coś prawdziwego.
