To co Malwinia pisze bardzo mi do czegoś pasuje. Mam takie jedno zdanie, które mówię od lat przy różnych okazjach, i kiedy byłam ostatnio chora to po prostu do niego wróciłam bez zastanowienia. Nawet nie myślałam o tym że 'robię rytuał', po prostu mi się to włączyło. Czy to nadal jest rytuał jeśli jest taki... automatyczny?
No to wychodzi na to że choroba to zły czas na eksperymentowanie i dobry na wracanie do znanych rzeczy. A co jeśli ktoś nie ma jeszcze nic wypracowanego i dopiero zaczyna? Zostaje z niczym w trudnym momencie?
To brzmi trochę jak z siłownią - nie zaczynasz trenować jak masz złamaną nogę, tylko wcześniej. Trochę dziwne myśleć o budowaniu rytuałów profilaktycznie, 'na wypadek choroby', ale może ma to sens?
Zgadzam się z Froenem i dodam że w tradycjach runicznych mamy coś podobnego w koncepcji seiðu - praktyk które są regularnym podtrzymywaniem relacji z pewnym przepływem, nie jednorazowymi interwencjami. Jak ktoś pyta mnie czy ma robić rytuał podczas choroby, zawsze pytam - a co robi poza chorobą? Bo to mocno zmienia odpowiedź.
Szczerze mówiąc to zależy co to za choroba. Przy ostrym stanie powiedziałabym - nie zaczynaj teraz niczego nowego, skup się na zdrowiu. Ale jeśli to jakiś dłuższy, łagodniejszy stan - na przykład rekonwalescencja - to może być dobry moment na powolne, ostrożne wejście w coś prostego. Nie systemowego, ale punktowego. Jedno małe działanie z intencją.
Rekonwalescencja to zresztą ciekawy czas numerologicznie. W niektórych schematach cykli jest traktowana jako faza pomiędzy - już nie kryzys, jeszcze nie pełnia. Coś jak cyfra 5 w środku cyklu, która jest ruchliwa i otwarta na zmiany. Może dlatego wiele osób czuje że po chorobie coś się przestawia w myśleniu, nawet jeśli choroba była banalna.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie które mnie nurtuje - wszyscy mówicie o rytuałach podczas choroby jako o rzeczy towarzyszącej, ale czy ktoś tu faktycznie wierzy że rytuał może przyspieszyć zdrowienie w sensie dosłownym? Nie psychologicznie, nie jako wsparcie - ale bezpośrednio? Bo mam wrażenie że tej odpowiedzi nikt wprost nie dał.
Bo wszyscy mówią 'pomaga psychicznie', 'daje spokój', 'stabilizuje' - ale czy ktoś tu naprawdę myśli że coś więcej się dzieje? Pytam serio, bo mam wrażenie że w takich rozmowach zawsze na końcu wszyscy uciekają w psychologię i nikt nie powie wprost co uważa.
To pytanie pojawia się co jakiś czas i zazwyczaj rozmowa się w nim topi. Bo albo ktoś zaraz powie 'nauka tego nie potwierdza' albo ktoś inny zaatakuje naukę. Mnie bardziej interesuje co różne tradycje mówiły na ten temat, bo tam odpowiedzi są bardziej konkretne niż się wydaje. W wielu systemach rytuał podczas choroby nie był 'pomocą psychologiczną', był dosłownie interwencją w przyczynę stanu.
A soul loss to co dokładnie znaczy w praktyce? Jak to wyglądało że ktoś 'tracił część duszy'? Pytam bo to brzmi abstrakcyjnie ale chyba nie było traktowane abstrakcyjnie.
W tradycjach nordyckich mamy coś podobnego, choć terminologia jest inna. Hugr i hamr - te dwa aspekty duszy mogły być osłabione lub zaburzone przez chorobę. Galdr, czyli śpiew runiczny, był stosowany właśnie jako próba przywrócenia ich integralności. To nie była metafora. Ludzie którzy to praktykowali traktowali to jako dosłowną interwencję.
Wchodzę tu trochę z boku, ale to co Berkana mówi o fałszywej dychotomii jest dokładnie tym czym sama się od lat kieruję. Jak pracuję z czakrami przy własnych dolegliwościach, nie zastanawiam się czy 'naprawdę' czyszczę energię czy 'tylko' uspokajam układ nerwowy. To rozróżnienie mi nic nie daje w praktyce. Efekt jest efektem.
Mam wrażenie że ta rozmowa trochę odeszła od praktyki w stronę filozofii. Co nie jest złe, ale mnie bardziej interesuje co ludzie faktycznie robią kiedy są chorzy. Berkana, Malwinia - co konkretnie robicie? Jakiś przykład?
To co Malwinia opisuje ma nazwę w kontekście badań nad bólem - to jest zmiana w percepcji nocyceptywnej przez uwagę i intencję. Nie jest to mistyczne, ale nie jest też 'tylko psychologiczne' w sensie umniejszającym. Zmiana percepcji bólu to realna zmiana w tym jak mózg przetwarza sygnały z ciała. Czy to jest rytuał? Jeśli jest intencjonalne i powtarzalne - według większości definicji tak.
Chcę wrócić do pytania Sylwerii, bo myślę że zostało trochę zbyte. Czy ktoś z was miał sytuację gdzie czuł że rytuał zrobił coś czego nie da się wytłumaczyć samą psychologią? Niekoniecznie szybsze zdrowienie - cokolwiek. Jakaś zmiana której nie rozumiałeś.
Celestyna dotknęła czegoś co większość osób z praktyki ma gdzieś z tyłu głowy ale rzadko mówi wprost. Mnie się zdarzyło - przy jednym rytuale przy gorączce poczułem coś co można opisać jako wyraźne wyjście z siebie i powrót. Brzmię teraz pewnie dziwnie. Ale stan który był przed i po był obiektywnie inny, i nie tylko dlatego że się zrelaksowałem.
Gorączka od zawsze była traktowana jako stan graniczny. Wiele tradycji uważało ją za moment kiedy człowiek jest bliżej czegoś co na co dzień jest niedostępne. Nie dlatego że jest słabszy, ale dlatego że zwykłe filtry percepcji trochę opadają. W tym sensie rytuał przy gorączce może trafiać głębiej niż ten sam rytuał w pełni zdrowia.
To co Zaklinaczka mówi o podatności jest ciekawe numerologicznie też. W momentach kiedy jesteśmy osłabieni nasze wzorce obronne są słabsze, a to oznacza że to co robimy w takim stanie - rytuał, myśl, decyzja - może głębiej wejść. Dlatego radzę ludziom żeby uważali na to co czytają i z kim rozmawiają podczas choroby, bo te rzeczy zostają.
To co Henio opisuje bardzo mi coś wyjaśnia. Bo zawsze zastanawiałam się dlaczego rytuały robione w trudnych momentach tak mocno zostają w pamięci. Teraz rozumiem że to nie jest tylko sentyment, to jest inny sposób kodowania. Czy to zmienia wasze podejście do tego co robicie kiedy jest się słabym? Dla mnie tak.
Dla mnie też. I to jest właśnie powód dla którego przy każdym stanie chorobowym u siebie staram się być bardzo uważna na to co robię rytualnie. Nie dlatego że boję się czegoś złego, ale dlatego że to co wtedy wejdzie - wejdzie głębiej. Jeśli to jest coś co chcę mieć w sobie - dobrze. Jeśli to jest coś przypadkowego - niekoniecznie.
Dziękuję za tę odpowiedź, bo to jest konkretne i ludzkie. Ja sama mam jedno zdanie po łacinie, takie które powtarzam od dawna, i ostatnio kiedy mi było źle po prostu to powiedziałam kilka razy cicho. Nie wiem czy to rytuał, nie wiem czy działa 'magicznie', ale poczułam że coś wraca na swoje miejsce.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie które mnie nurtuje - czy jest jakiś rytuał który jest nieodpowiedni przy chorobie? Coś czego nie powinno się robić kiedy się jest słabym?
W tradycjach które znam z perspektywy religioznawczej jest jeszcze jeden wątek - czystość rytualna. W wielu kulturach osoba chora była zwolniona z pewnych rytuałów nie dlatego że to było dla niej niebezpieczne, ale dlatego że jej stan był traktowany jako stan przejścia i nie pasował do pewnych rytualnych kontekstów. To nie jest ocena moralna, to jest podejście do rytualnej stosowności. Choroba miała swoje rytuały, a nie uczestniczyło się w rytuale dla zdrowia.
To co Kartomanta opisuje jest dla mnie bardzo bliskie. Sen podczas choroby jest dla mnie zawsze inny - bardziej wyrazisty, bardziej znaczący. Kilka razy śniłam rzeczy które potem okazały się ważne dla zdrowienia. Może to tylko to co Henio mówił o innym kodowaniu podczas chorób, ale może to też jest coś co różne kultury intuicyjnie rozumiały.
Mam takie przeczucie że cały ten wątek zmierza do jednego wniosku który nikt wprost nie chce powiedzieć - że choroba jest w pewnym sensie stanem rytualnym samym w sobie. Nie trzeba nic robić, bo samo bycie w chorobie jest już jakimś procesem przejścia. Rytuał może temu towarzyszyć, ale nie musi.
Celestyna powiedziała to co ja czułam od jakiegoś czasu ale nie potrafiłam ułożyć w słowa. Choroba jako stan rytualny. To jest dla mnie coś żywego. Szczególnie długa choroba - ona sama w sobie ma swoją strukturę, swój czas, swoje etapy. Jak van Gennep pisał o obrzędach przejścia - separacja, liminalność, reintegracja. Choroba ma dokładnie tę samą strukturę.
Mary Douglas i choroba - tu właśnie zaczyna się antropologia religii która jest mi bliska. 'Purity and Danger' to jest praca która zmieniła sposób w jaki myślę o rytuale w ogóle, nie tylko o chorobie. Ale Malwinia ma rację że to połączenie jest tam zrobione. I co ważne - Douglas nie ocenia tych systemów jako przesąd, ona pokazuje ich wewnętrzną logikę.
