Celestyna, to co opisujesz - to jest chyba kluczowe w tym całym wątku. Że rytuał przy chorobie może być prostszy jeśli ma już za sobą jakieś tło, jakiś kontekst. Ale co jeśli ktoś nigdy nic podobnego nie robił i choroba przychodzi znienacka? Czy w ogóle ma sens zaczynać coś od zera w złym stanie?
Brak oczekiwań w chorobie to jest coś. Kiedy czujesz się naprawdę źle, ta cała warstwa 'czy to zadziała, czy robię dobrze' jakoś opada. Zostaje tylko to co robisz. Może właśnie dlatego te rytuały które ludzie opisują jako wykonane w najgorszych momentach, mają taki inny ciężar.
Wróćcie do kamienia i kartki Zaklinaczki bo mam pytanie które mnie od tego nie odpuszcza. Kamień był tam przez całą chorobę - to znaczy leżał przy niej, czy przy kartce, czy noszony? I czy w ogóle ma znaczenie czy jest blisko ciała czy nie?
Tu dotykamy czegoś ważnego dla całego tematu wątku. Kiedy pytamy czy warto robić rytuały przy chorobie, to często nie mamy ustalonej odpowiedzi na to skąd bierze się ich działanie. A bez tego każda decyzja jest trochę w ciemno.
To co Henio napisał na końcu mnie zatrzymało. Rzeczywiście, kiedy ktoś pyta czy warto robić rytuały przy chorobie, to zakłada jakiś model działania. A te modele są różne. Jeden powie że to psychologia, drugi że energia, trzeci że tradycja i pamięć ciała. I każdy z tych modeli daje inną odpowiedź na pytanie 'kiedy' i 'jak'.
To co Malwinia opisuje z tą otwartością przy gorączce - to jest coś co pojawia się też w kontekście czakry trzeciego oka i stanów zmienionych. Gorączka zmienia przepływ energii, to nie jest tylko fizjologia. W bioenergoterapii mówi się czasem o tym że ciało w stanie kryzysu 'woła' inaczej niż na co dzień. Ale to otwiera pytanie - czy wzmożona otwartość to dobry moment na rytuał, czy wręcz przeciwnie, moment w którym trzeba uważać na to co się wpuszcza.
Henio, to jest ciekawe bo ja nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Myślałam raczej że przy chorobie mam mniej zasobów więc mam mniej do dania rytuałowi. Ale jeśli odwrócić perspektywę - może to nie jest pytanie o zasoby tylko o rodzaj kontaktu. Że choroba daje inny dostęp, nie gorszy, tylko inny.
Dokładnie to miałam na myśli kiedy pisałam o tej swojej kartce i kamieniu. Nie robiłam rytuału pomimo choroby - robiłam go inaczej z powodu choroby. Nie byłam w stanie siedzieć, skupiać się, robić czegokolwiek z rozmysłem. Więc forma była minimalna. Ale coś w tym co robiłam było bardziej bezpośrednie niż zwykle.
Tu właśnie dotykamy czegoś co jest obecne w wielu tradycjach religijnych, nie tylko ezoterycznych. Modlitwa/rytuał z głębi cierpienia jest inaczej waloryzowana niż ta wykonana z pozycji komfortu. W chrześcijaństwie to jest wołanie z głębiny - de profundis. W buddyzmie jest koncepcja że cierpienie otwiera na praktykę. Nie chodzi o to że choroba jest dobra, ale o to że zmienia warunki kontaktu.
No właśnie. Przeczytałam ten wątek od początku i trochę mnie niepokoi że wiele osób opisuje chorobę jak jakieś okno na coś głębszego. Ja jak choruję to chcę żeby to po prostu minęło, nie siedzę i nie analizuję co mi otwiera. Może jestem praktyczna.
Wracając do pytania Jasnowidki sprzed chwili - o rytuały zaczynane od zera w chorobie. Wydaje mi się że kluczowe jest to czego się szuka. Jeśli ktoś szuka struktury w chaosie, to nawet najprostszy gest może tę strukturę dać. Jeśli szuka efektu zdrowotnego, to jest inne pytanie i inny poziom oczekiwań.
A więc wracamy do tego skąd wychodzi się z działaniem rytuału. Froen pokazuje ścieżkę przez stres i odporność, Malwinia przez pole energetyczne, Kartomanta przez tradycję i waloryzację cierpienia. Każdy model prowadzi gdzie indziej, ale wszyscy dochodzimy do tej samej odpowiedzi że 'tak, ma sens robić to przy chorobie'. Przypadek?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i nie zabrałam głosu, ale chcę zapytać o coś konkretnego. Czy ktoś miał doświadczenie z robieniem rytuału przy chorobie dziecka - kiedy to nie ty jesteś chora, ale bliska osoba która nie może sama nic robić? To chyba osobna sytuacja niż wszystko co tu opisywaliście.
Czy ktoś miał doświadczenie z robieniem rytuału przy chorobie dziecka - kiedy to nie ty jesteś chora, ale bliska osoba która nie może sama nic robić? To chyba osobna sytuacja, bo tu nie ma mowy o własnym wyczerpaniu, jest za to coś innego - taka bezsilność kiedy widzisz że ktoś cierpi i nie możesz pomóc w sposób fizyczny bardziej niż to co już robisz.
Temat który Romualda podniosła jest naprawdę odrębną kategorią. W tradycjach szamańskich jest coś takiego jak praca na rzecz chorego - szaman wchodził w trans nie po to żeby uleczyć siebie, ale żeby odbyć podróż w imieniu kogoś innego. To była usługa, wyczerpująca dla wykonującego. Więc pytanie o zasoby wraca, ale z odwróconą stroną - tu to ty musisz mieć zasoby, żeby coś 'dać'.
Właśnie tak to czuję - kiedy choruje ktoś bliski, ja chcę robić więcej, nie mniej. I nie wiem czy to jest mądre. Czy ktoś miał taki moment że zrobił za dużo 'za kogoś' i potem sam się czuł gorzej? Nie mówię o fizycznym zmęczeniu przy opiece, ale o tym energetycznym wydatkowaniu.
Tak, miałam. Kilka lat temu kiedy bliska mi osoba przeszła ciężki okres - nie chorobę, ale coś psychicznie wyczerpującego - robiłam dużo pracy intencyjnej. Kilka tygodni i poczułam się tak jakby ktoś wyjął ze mnie powietrze. Spałam więcej, nic mi się nie chciało. Nie wiem do dzisiaj czy to było przyczynowo-skutkowe, ale to było wtedy kiedy to czułam. Skończyłam tamte praktyki i po kilku dniach wróciłam do siebie.
Wracając do pytania Romuald o to czy można robić rytuał za kogoś kto choruje - myślę że kluczowe jest to co się rozumie przez 'za kogoś'. Jeśli to jest intencja zdrowia, wyzdrowienia, to jest blisko modlitwy wstawienniczej. To jest praktyka która istnieje we wszystkich prawie tradycjach religijnych. Natomiast jeśli myślimy o czymś bardziej aktywnym, o transferze energii - to wtedy kwestia zasobów i stanu tego kto pracuje staje się realna.
Ja bym tu była ostrożna z tym dawaniem czegoś choremu 'energetycznie naładowanego' bez jego wiedzy. Nie z powodu ezoteryki, ale z powodu zwykłego szacunku. Jeśli ktoś nie wierzy, nie pyta o takie rzeczy, może go to bardziej zdenerwować niż pomóc. Moja babcia dostała od kogoś jakiś worek z ziołami pod poduszkę bez pytania i się obraziła.
Ta rozmowa cały czas krąży wokół zgody - czy osoba chora ma wiedzieć, czy wyraża zgodę, czy chce tego. I to jest moim zdaniem jeden z ważniejszych wątków tego tematu, który na początku się nie pojawił. Celestyna pytała czy warto robić rytuały kiedy się samemu choruje, ale teraz jesteśmy przy sytuacji gdzie ktoś robi coś za kogoś innego. A te dwie sytuacje rządzą się trochę innymi zasadami.
Astaria_59 ma rację i właściwie się cieszę że wątek poszedł w tę stronę, bo to jest pytanie które mi się gdzieś kołatało ale nie umiałam go sformułować. Kiedy sama choruję, mam pełną kontrolę nad tym co robię i jaką mam intencję. Kiedy robię coś za kogoś - nawet z najlepszymi intencjami - wchodzę w jego przestrzeń. Czy to jest etyczne pytanie, religijne, czy czysto praktyczne?
Wszystkie trzy jednocześnie. I to nie jest problem specyficzny dla ezoteryki - modlitwa wstawiennicza w każdej religii niesie ze sobą te same pytania. Czy mam prawo prosić za kogoś bez jego wiedzy? Większość tradycji mówi że tak, i traktuje to jako akt miłości a nie ingerencji. Ale tradycje też zakładają że intencja musi być czysta, bez ego, bez oczekiwania wdzięczności. To jest trudniejsze niż samo wykonanie rytuału.
To co Kartomanta napisał o szamanach mnie zatrzymało - że to była usługa i że kosztowała. Nie w sensie pieniędzy, ale właśnie energetycznie. Zawsze myślałam o tym inaczej, że ktoś kto robi coś dla innych ma jakieś wzmocnienie przez sam fakt działania. A tu wychodzi że odwrotnie.
To uziemienie przed rytuałem jest w ogóle czymś o czym za mało się mówi kiedy ktoś pyta o rytuały podczas choroby. Celestyna pytała o to czy w ogóle robić - a ja bym dodał pytanie jak się przygotować jeśli się decyduje. Bo to nie jest kwestia zero-jedynkowa.
To ciekawe co Malwinia mówi, bo ja kiedy czuję się słabo, przygotowanie to ostatnia rzecz na jaką mam siłę. Zazwyczaj właśnie wtedy robię wszystko impulsywnie - bo czuję że muszę coś zrobić, nie dlatego że zaplanowałam. I zastanawiam się czy ten impuls to jest dobra motywacja, czy raczej sygnał że jestem za bardzo w głowie a za mało w spokoju.
Ten impuls który opisuje Celestyna jest czymś o czym warto się zatrzymać. Bo jest różnica między impulsem który pochodzi z lęku - 'muszę coś zrobić bo inaczej będzie gorzej' - a impulsem który jest bardziej instynktowny, spokojny, wiesz że chcesz to zrobić i tyle. Nie wiem jak to rozróżnić u siebie, ale to dwa różne stany wyjścia.
A ja się zastanawiam czy w ogóle rytuał wykonany z lęku może się udać w sensie energetycznym. Czy intencja lękowa nie zaburza czegoś? Pytam bo naprawdę nie wiem, ale wydaje mi się że jak ktoś jest w panice to ta energia jakoś inaczej się układa.
