Zaczął mnie ostatnio nurtować jeden temat, bo sam wpadłem w taką sytuację i nie bardzo wiedziałem co z tym zrobić. Przerwany rytuał. Nie mówię o tym, że ktoś się rozmyślił w połowie albo zapomniał słów - mówię o sytuacji, gdy coś zewnętrznego przerywa całą sekwencję. U mnie to był dzwonek do drzwi w trakcie, zrezygnowałem z dokończenia i zostałem z tym uczuciem, że coś wisi w powietrzu. Zastanawiam się czy to tylko kwestia psychiki, że człowiek czuje niedokończenie, czy jest w tym coś głębszego. Jak wy na to patrzycie?
To zależy od struktury rytuału. Są takie, które mają wyraźny punkt bez odwrotu - coś co już się stało i nie da się cofnąć, nawet jeśli nie doszło się do końca. I są takie, gdzie przerwanie przed kulminacją to po prostu brak efektu, jakbyś nie skończył zdania. Ale to niedokończone zdanie potrafi wisieć.
A co dokładnie masz na myśli przez 'wisieć'? Bo różnie to rozumiem w zależności od kontekstu. Czy chodzi o to, że intencja nadal gdzieś krąży bez zakotwiczenia, czy raczej o jakiś rodzaj energetycznego bałaganu po sobie?
Też raz mi się zdarzyło przerwać w środku, ale bardziej ze strachu niż z zewnętrznej przyczyny. I potem przez kilka tygodni miałam wrażenie, że coś jest nie tak w domu. Nie umiałam tego opisać. Powiem szczerze, że nie wiem do dziś czy to był wytwór mojej głowy czy coś realnego.
Przepraszam, ale nie mogę tego po cichu przeczytać - skąd w ogóle założenie, że jak rytuał jest przerwany to coś 'zostaje'? Rytuał to sekwencja działań, jak każda inna. Jak przerywam gotowanie zupy, zupa nie dokończy się sama. Po prostu jej nie ma. Nie rozumiem skąd koncepcja otwartych bram i wiszącej intencji.
Wtrącę się, bo temat mnie ciągnie. Jest taki pogląd w niektórych tradycjach, że rytuał ma trzy fazy: otwarcie, pracę i zamknięcie. Przerwanie w fazie pracy oznacza brak zamknięcia, a to jest de facto otwarta przestrzeń między intencją a rzeczywistością. Nie 'coś zostaje' w sensie groźnym, ale raczej - niedokończony proces jest jak otwarte pytanie. Umysł i przestrzeń symboliczna trzymają je nadal aktywne.
Słucham tej dyskusji i mam inne podejście. Pracuję sporo z czakrami i w moim rozumieniu rytuał to zmiana w polu energetycznym, nie tylko w głowie. Jak przerywam coś w połowie, to nie tylko 'nie kończę' - aktywowałam już pewne przepływy i one nie wygasają automatycznie. Trzeba je świadomie wyciszyć. Robiłaś coś w tym kierunku Florka77, zanim to zostawiłaś?
To jest chyba jeden z częstszych błędów - zakładanie, że skoro nie ma finału, to nie było początku. A przecież samo otwarcie rytuału, zapalenie świecy, wypowiedzenie intencji, wytworzenie skupienia - to już jest praca. To już coś poruszyło.
Czytam od początku i mam pytanie do Jarek83 - wspomniałeś o punkcie bez odwrotu. Co rozumiesz przez taki punkt? Czy chodzi o moment kiedy intencja jest już wyartykułowana na głos, o gest, o moment zapalenia czegoś?
Mam inne pytanie do całej grupy - a co jak rytuał został przerwany nie przypadkowo, tylko dlatego że coś poszło wyraźnie nie tak w trakcie? Na przykład gaśnie świeca bez wiatru, przewraca się naczynie - i człowiek czuje że to znak żeby się zatrzymać. Czy to liczy jako przerwanie czy raczej jako naturalny koniec?
Przepraszam że się wtrącam bo dopiero zaczynam się tym interesować - ale jak wy w ogóle 'domykacie' coś co zostało urwane? Tzn. czy to jest po prostu powtórzenie całości od nowa, czy można jakoś wrócić tylko do miejsca przerwania i dokończyć stamtąd?
A co jeśli rytuał był robiony w miejscu, do którego nie masz już dostępu? Nie wiem, wyobraź sobie że robiłeś coś w miejscu, które od tamtego czasu odwiedziłeś ostatni raz. Czy zamknięcie intencji można przenieść, czy fizyczna przestrzeń jest istotna?
Właśnie ta kwestia miejsca jest ciekawa, bo u mnie było tak że robiłem coś we własnym domu i nadal tu mieszkam, a i tak miałem wrażenie że nie mogę do tego wrócić. Jakby sama myśl o powrocie do tamtego kąta była blokująca. Nie wiem czy to miało jakiś sens praktyczny czy po prostu mój umysł zbudował barierę.
To co opisujesz - ta blokada przed powrotem - brzmi jak coś więcej niż przypadkowe skojarzenie. Pytanie tylko czy to bariera wynikająca z tego że coś faktycznie tam zostało, czy może Twój wewnętrzny sygnał że jeszcze nie jesteś gotowy do powrotu?
Mam pytanie które mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu - czy wy uważacie że przerwanie rytuału może mieć różne 'wagi' zależnie od tego co było robione? Tzn. czy przerwane oczyszczanie to nie to samo co przerwane wywołanie? Bo wydaje mi się że nie wszystko jednakowo trudno domknąć.
Wracam do tego co pisała Perydotka o znakach w trakcie - że coś gaśnie, przewraca się. Ja miałam właśnie taką sytuację że w środku rytuału poczułam bardzo silny niepokój, bez żadnej zewnętrznej przyczyny. I przerwałam. Do dziś nie wiem czy słusznie. Czy ten niepokój to był znak żeby stop, czy może to był opór przed czymś i powinnam była przez niego przejść?
Ciekawe co mówi Elwirka, bo to trochę idzie w stronę tego jak w niektórych tradycjach inicjacyjnych mówi się o 'próbie strachu' jako części procesu - tzn. moment w którym napotykasz opór to nie jest sygnał że coś idzie źle, tylko że jesteś w punkcie przejścia. I przerwanie dokładnie w tym miejscu oznacza że zostajesz po tej samej stronie co przed.
Wróćcie na chwilę do pytania Florki - bo to co opisuje jest dla mnie bardzo konkretne. Ona przerwała, czuła przez kilka tygodni że coś jest nie tak, i nie zrobiła nic żeby to domknąć. Minęło. Czy to oznacza że samo wygasło? Czy może to dalej gdzieś tam jest, tylko już nie daje znać?
Szczerze to ten wątek o tym czy 'samo wygasło' trochę mnie niepokoi, bo nigdy wcześniej nie myślałam o tym w taki sposób. Myślałam że jak przeszło, to znaczy że skończyło się. A teraz mam wątpliwość. Jak w ogóle sprawdzić czy coś zostało domknięte naprawdę?
No dobra, to jak właściwie sprawdzić czy coś zostało domknięte? Serio pytam, bo teraz po tym co piszecie mam wrażenie że nie mam żadnego kryterium. Że działam trochę po omacku.
A macie w ogóle jakiś problem z tym że ta dyskusja jest trochę niefalsyfikowalna? Znaczy: jeśli coś czujesz - jest problem. Jeśli przestałeś czuć - może jest problem, bo to odcięcie. Jeśli nigdy nic nie czułeś - też może być problem. Jak w ogóle wyjść z takiego koła?
Ale Florka pyta o coś konkretnego - jak sprawdzić. I trochę kręcimy się wokół. Czy ktoś ma jakiś rzeczywiście praktyczny sposób na sprawdzenie stanu przerwania? Jakiś obrządek, pytanie do siebie, cokolwiek co działa w praktyce?
To co mówi Liliana to trochę odpowiedź na to co mnie samego blokowało z tym kątem w domu. Może właśnie ta blokada przed powrotem była sygnałem że wizualizacja nie przejdzie gładko. Że ciało wiedziało zanim głowa się zgodziła na test.
Mam pytanie do Liliany - jak długo wizualizujesz? Bo zastanawiam sie czy to nie jest tak że jak się jest zrelaksowaną i skupioną, to wszystko idzie gładko, niekoniecznie dlatego że jest domknięte, tylko że jesteś w odpowiednim stanie. Czy próbowałaś robić ten test kiedy byłaś zmęczona albo rozkojarzowna?
Ten wątek z warunkami testowania jest ważny, bo to też dotyczy samych rytuałów. Są tradycje które mówią że rytuał zrobiony w złym stanie wewnętrznym jest jak list wysłany pod zły adres - forma się zgadza, ale treść leci gdzie indziej. Czy któreś z was ma doświadczenie z przerwanym rytuałem który był od początku robiony 'nie w tym stanie'?
Czy ja jedyny tu widzę że właściwie wszystkie podane metody weryfikacji sprowadzają się do 'zaufaj swojemu odczuciu'? Nie mówię że to złe, ale to dość specyficzne kryterium. Szczególnie jeśli ktoś ma tendencję do albo nadmiernego niepokoju albo do bagatelizowania.
Może tu nie chodzi o pewność tylko o zdolność do działania. Florka może nie wiedzieć na pewno czy coś zostało domknięte - ale może wiedzieć czy chce wrócić, czy coś dokończyć, czy zostawić. To jest chyba pytanie praktyczne, nie epistemiczne.
