Mam pytanie, bo ostatnio mnie to trochę nurtuje. Czy wy w ogóle wykonujecie rytuały kiedy jesteście chorzy? Mam na myśli takie normalne rzeczy - przeziębienie, grypa, coś, co kładzie człowieka do łóżka na kilka dni. Bo z jednej strony słyszałam różne opinie, że chory organizm ma inną energię, zaburzoną, i że rytuał wykonany w takim stanie może nie działać tak jak powinien albo wręcz odwrócić intencję. Z drugiej strony sama kilka razy robiłam coś prostego, choćby zapalenie świecy z konkretną intencją, i nie zauważyłam żeby coś poszło nie tak. Zastanawiam się czy to kwestia rodzaju rytuału, czy może stanu, w jakim się jest. Macie jakieś doświadczenia z tym?
To zależy co rozumiesz przez 'rytuał'. Jeżeli mówimy o skomplikowanych rzeczach wymagających długiego skupienia i precyzyjnej pracy energetycznej, to chory organizm naprawdę może wszystko popsuć, bo po prostu nie masz zasobów. Nie chodzi nawet o to, że 'energia jest zła' - chodzi o to, że skupienie, intencja, obecność umysłu to wszystko spada kiedy masz gorączkę albo ledwo możesz oddychać. Ale proste rzeczy? Świeczka, zioła, coś co robiłaś setki razy i masz to w mięśniach? To inna para kaloszy. Sama miałam raz stan, gdzie byłam porządnie chora i wykonałam coś bardzo prostego, bardziej z przyzwyczajenia i potrzeby rytuału niż z kalkulacji. I szczerze - poczułam się po tym spokojniej. Nie mówię, że to magia wyleczyła, ale coś zadziałało na poziomie psychicznym.
Znam trochę podejście różnych tradycji do tego tematu i nie ma jednej odpowiedzi. W niektórych systemach choroba jest traktowana jako stan przejścia, liminalny, i właśnie wtedy zasłona jest cieńsza - co mogłoby sugerować, że rytuały mogą działać intensywniej, nie słabiej. Ale to wymaga świadomego podejścia, a nie działania na autopilocie. Z kolei w innych tradycjach - i to jest logiczne z czysto praktycznego punktu widzenia - chory ma się przede wszystkim leczyć, a rytuały zostawić na kiedy wróci do sił. Ciekawe, że ten temat w ogóle tu wylądował, bo ja sam się nad tym zastanawiałem gdy ostatnio byłem wyłączony przez angina.
Jeżeli chodzi o runy, to znam jedno podejście które mnie osobiście do tej pory trzyma - choroba to czas Hagalaz, czy chcemy czy nie. Coś się kruszy, przechodzi przez rozpad. I w tej optyce praca z runami podczas choroby ma sens, ale tylko jeśli idziesz z tym przepływem, a nie próbujesz robić coś produktywnego i twórczego. Bleistift odłożyć, nie tworzyć nowych talizmanów, nie aktywować czegoś nowego. Ale praca z tym co już masz, z czymś co już jest nastawione na ochronę albo regenerację - czemu nie. Sama raz przy dużym przeziębieniu robiłam bardzo prostą pracę z Sowulo jako focus na siły witalne i nie czułam żeby to było złym pomysłem. Natomiast rozumiem też logikę że chory mózg to nie jest stan optymalny do precyzyjnej pracy.
Z perspektywy czakr - i mówię to bez owijania w bawełnę - podczas choroby czakra splotarna i gardłowa są zazwyczaj w nieładzie, zależnie od tego co dolega. Próba robienia rytuałów wymagających otwierania kanałów energetycznych w takim stanie jest jak próba naprawiania elektryki w czasie gdy prąd szaleje. Możesz, ale po co ryzykować. Medytacja to inna sprawa, bo to nie jest przepychanie energii, tylko obserwacja. Ale rytuały w klasycznym rozumieniu, gdzie coś aktywnie przeprowadzasz - odradzam podczas ostrego stanu choroby.
A mogę zapytać głupie pytanie, bo ja nie za bardzo to rozumiem - co konkretnie znaczy 'aktywny rytuał' a co jest 'pasywne'? Czyli palenie świecy to aktywne czy pasywne? Modlitwa to aktywna? Bo trochę się gubię w tych podziałach.
Żeby odpowiedzieć na wcześniejsze pytanie o tradycje - miałem na myśli głównie szamanistyczne podejście do choroby, gdzie przez wieki uważano, że część chorób to właśnie wynik podróży duszy, jej zagubienia albo konfliktu na poziomie niewidzialnym. W takim ujęciu chory nie jest 'wyłączony' z praktyki, jest w samym centrum jej konieczności. To nie jest oczywiście powód żeby chory człowiek robił skomplikowane rzeczy na własną rękę, ale zmienia perspektywę z 'nie rob nic' na 'rób, ale inaczej'. Tyle że to wymaga znajomości siebie i własnej praktyki. Ktoś bez doświadczenia może sobie zrobić krzywdę nie dlatego że choroba i energia to kiepskie połączenie, ale dlatego że nie ma kontroli.
No i tu jest właśnie sedno. Froen dobrze mówi. Problem nie jest z samym rytuałem podczas choroby, problem jest z brakiem rozeznania co się robi. Osoba która pracuje regularnie czuje kiedy ma zasoby a kiedy nie. Osoba która dopiero zaczyna i jest chora - naprawdę powinna odpuścić, bo nie ma jeszcze tego wewnętrznego kompasu. To nie jest kwestia zasady ogólnej, tylko samoświadomości.
Czytam to wszystko i mam pytanie praktyczne - a co z rytuałami ochronnymi? Chodzi mi o to, że jeśli jesteś chory, to właśnie wtedy jesteś bardziej podatny na różne wpływy. Czy robienie np. kręgu ochronnego albo czegoś prostego do ochrony przestrzeni podczas choroby to dobry pomysł, czy też lepiej zostawić? Bo intuicyjnie czuję że właśnie wtedy bym chciała mieć jakąś ochronę, ale nie wiem czy to ma sens.
Zgadzam się z tym co Henio mówi o przestrzeni, ale chcę dodać jedną rzecz której nikt nie poruszył. Rytuał ma też funkcję psychologiczną i to jest może oczywiste, ale ważne szczególnie podczas choroby. Leżysz, jesteś bezsilna, boli cię, nie masz kontroli nad własnym ciałem. Zrobienie czegoś prostego, nawet symbolicznego, daje poczucie sprawczości i porządku. To nie jest magia w sensie dosłownym, ale jest częścią zdrowienia. Znam to z własnego doświadczenia - kiedy byłam porządnie chora, zrobiłam coś bardzo małego i poczułam się jak człowiek, nie jak mokra szmata. I to wystarczyło.
To co Zaklinaczka napisała jest ważne i mam wrażenie że często się to pomija w dyskusjach o rytuałach. Że to nie jest tylko technika, ale też coś co porządkuje nas od środka. Ale mam pytanie do tych którzy mówią o zaburzonych energiach podczas choroby - czy to znaczy, że intencja też jest zaburzona? Czyli nawet jeśli wiem czego chcę, to chory mózg produkuje inną intencję niż zdrowy?
Gorączka powyżej 38 stopni to jest stan w którym naprawdę polecam odpuścić cokolwiek wymagającego. Byłam świadkiem jak ktoś próbował robić rytuał przy wysokiej gorączce i to był po prostu majestat chaosu - zapomniała słów, pomieszała kolejność, skończyła to coś z poczuciem że nic nie wyszło i jeszcze się martwiła przez kilka dni czy coś odwróciła. Po co to komuś. Przy lekkim przeziębieniu to inna historia, ale przy prawdziwej chorobie - odpoczynek to też jest forma pracy ze sobą.
Jest jeszcze jeden kąt który mi się nasuwa - rytuały związane z samym procesem zdrowienia. W wielu tradycjach medycyny ludowej i magii ziołowej choroba nie była czymś od czego się odsuwało, tylko czymś co się aktywnie przepracowywało. Zioła, kąpiele, konkretne gesty, śpiewy. To były rytuały i to właśnie podczas choroby, nie mimo niej. Pytanie tylko czy my we współczesnym kontekście mamy dostęp do tej wiedzy w wystarczającym stopniu żeby to robić bezpiecznie. Bo to nie były rytuały improwizowane, tylko mocno zakorzenione w tradycji.
Mam wrażenie że to pytanie o rozdzielenie zioła od intencji to jest jedno z ważniejszych pytań w tej dyskusji. Bo z jednej strony mamy wiedzę ziołoleczniczą, która działa niezależnie od intencji - naparstnicy nie musisz życzyć nic, żeby zrobiła swoje. Z drugiej strony ta stara baba co szeptała nad naparem, ona nie myślała że uprawia magię. To było dla niej jedno.
Słucham tej rozmowy o ziołach i babciach i trochę mi się coś kręci po głowie. Moja babcia też szeptała przy robieniu różnych rzeczy, ale traktowałem to jako przyzwyczajenie starszej osoby. Teraz zastanawiam się czy ona miała jakiś system, czy to był odruch. Czy ktoś wie jak to odróżnić - kiedy szeptanie przy robocie jest rytuałem a kiedy po prostu nawykiem bez znaczenia?
Chcę wrócić do tego co Froen napisał o otwieraniu się osoby chorej. Bo to mnie trochę uderzyło. Robiłam ostatnio coś prostego podczas infekcji - po prostu kilka minut siedzenia przy świecy z herbatą, żadnych skomplikowanych słów. I faktycznie czułam że to nie jest samo leżenie i czekanie aż minie. Byłam w tym aktywna, nawet jeśli minimalistycznie. Może o to właśnie chodzi?
To co Celestyna opisuje to jest coś co w kontekście medycyny integracyjnej określa się jako poczucie sprawczości podczas choroby. I to ma znaczenie kliniczne - pacjenci którzy mają jakiś rytuał, coś co robią aktywnie, a nie tylko czekają, często lepiej znoszą proces chorobowy. Nie mówię że to magia zastępuje leczenie, ale ten element - że coś robię, nie jestem bezsilny - jest realny.
Nie upraszcza, bo te dwie rzeczy nie są sprzeczne. Rytuał może działać na poziomie psychologicznym i jednocześnie na poziomie energetycznym. To nie jest albo-albo. Problem zaczyna się kiedy ktoś pyta: udowodnij mi poziom energetyczny. Wtedy rozmowa się sypie. Ale w praktyce, podczas choroby, ja nie siedzę i nie analizuję co z czego wynika. Po prostu czuję że coś pomaga.
A co z afirmacjami podczas choroby? Czy to się kwalifikuje jako rytuał, czy to coś innego? Pytam bo ja czasem mówię sobie w kółko jakieś zdanie gdy mi źle, ale nie wiem czy to jest praca z intencją czy po prostu próba uspokojenia głowy.
Chcę dopytać Berkany o coś, bo wspomniałaś wcześniej o Hagalaz i przechodzeniu przez rozpad. Czy to oznacza że w tym podejściu runologicznym choroba jest traktowana jako coś pożytecznego, przez co trzeba przejść, czy tylko jako neutralny stan liminalny? Bo to by bardzo zmieniało to jak podchodzisz do rytuałów w tym czasie.
Nie pożytecznego z definicji, ale... nieprzypadkowego. W tym sensie że Hagalaz to nie jest kara ani nagroda, to jest destrukcja która toruje drogę dla czegoś innego. Grad niszczy plony, ale też nawadnia glebę. Choroba w tym ujęciu bywa takim gradem. Czy to coś pożytecznego? Zależy co po niej rośnie. Dlatego praca runologiczna podczas choroby, jeśli już, to nie 'wylecz mnie szybko', tylko 'co tu się dzieje i dokąd to zmierza'.
Jedno i drugie ma sens, ale rzeczywiście w innych sytuacjach. Jeśli masz ostrą infekcję bakteryjną, to rozumienie procesu jest może cenne, ale priorytetem jest antybiotyk. Rytuał towarzyszący może być obok. Jeśli masz coś przewlekłego, długotrwałego, gdzie medycyna mówi 'żyj z tym' - tam to świadome towarzyszenie nabiera innego wymiaru. Trochę inaczej podchodzi się do tych dwóch stanów.
To co Henio mówi o chorobach przewlekłych to jest ważne i mało poruszane. Znam kogoś kto ma chorobę autoimmunologiczną od lat i wypracował sobie własne mini-rytuały wokół dni zaostrzeń. Mówi że to nie jest leczenie, ale daje mu poczucie że nie jest kompletnie zdany na los. Nie wiem co dokładnie robi, ale mówi że to mu pomaga jakoś normalniej funkcjonować. Czy ktoś ma podobne doświadczenia z czymś długotrwałym?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i dopiero teraz coś mnie pociągnęło żeby napisać. Ten temat o chorobach przewlekłych i rytuałach jest dla mnie bliski. W numerologii patrzy się na cykle i kryzysy zdrowotne często przypadają na konkretne lata osobiste. Jeśli ktoś wie że jest w trudnym roku - dziewiątce albo innym przejściowym roku - to choroba przewlekła może być wpisana w większy wzorzec. I wtedy rytuał ma inne znaczenie, bo nie walczysz z falą, tylko uczysz się jak przy niej nie utonąć.
Genek, rok osobisty oblicza się dodając cyfrę dnia urodzenia, cyfrę miesiąca urodzenia i cyfrę aktualnego roku kalendarzowego, a potem redukując do jednej cyfry. Jeśli urodzony 15 marca, to 1+5+3+2+0+2+5 = 18, 1+8 = 9. Dziewiątka to rok zamknięcia cyklu, często z towarzyszącymi mu kryzysami i chorobami. Ale żeby wiedzieć co z tym zrobić, trzeba wiedzieć jaki jest kontekst całego cyklu od jedynki. Jeden rok to za mało żeby oceniać.
Ale tu właśnie jest coś co mnie trochę kłuje od dłuższego czasu w tej rozmowie. Czy rytuał jako 'punkt zakotwiczenia' to nie jest przypadkiem to samo co rytuał jako poczucie sprawczości, o którym Henio mówił? Innymi słowy - czy nie okrążamy tego samego, tylko innymi słowami z różnych tradycji?
Niekoniecznie. Punkt zakotwiczenia to coś bardziej biernego - mam się do czego odwołać. Poczucie sprawczości to coś aktywnego - robię coś i to ma wpływ. W praktyce mogą wyglądać podobnie, ale intencja jest różna. I ta różnica może mieć znaczenie dla efektu, bo nastawienie przed rytuałem jest chyba równie ważne jak sam rytuał.
