Mam poczucie że w tej rozmowie kilka razy ktoś mówił coś co było naprawdę ważne i potem wątek szedł dalej zanim to wybrzmiało do końca. Izoldka69 wspomniała o zar, potem o liminalności, i to wszystko zostało trochę zawieszone. Mnie ciekawi jedno - czy te tradycje które zakładają że wchodzisz w ruch kiedy jest źle, a nie kiedy jest dobrze, mają jakiś odpowiednik w tym co robimy tutaj? Bo wydaje mi się że my głównie mówimy o praktykach zachodnich.
Słucham tej rozmowy o definicjach i zaczynam mieć wrażenie że może to nie jest kwestia tego czy coś 'jest' rytuałem, tylko czy my to tak traktujemy. Jakby moje zamiatanie podłogi mogłoby być rytuałem jeśli podchodzę do tego z określoną intencją i strukturą. Albo mogłoby być po prostu zamiataniem. Czy to jest naiwne uproszczenie?
Wchodzę tu z boku bo czytałam i myślę o czymś innym. Mówiłyśmy wcześniej o tym 'progu' - że go nie ma kiedy tańczysz sama w domu. Ale ja mam inaczej. Przez długi czas tańczyłam sama i próg tworzył się z czasem - nie przez świecę ani muzykę, tylko przez powtarzalność. Jakby samo ciało zaczęło wiedzieć że 'teraz jest ten czas'. Nie wiem czy to jest liminalność o której mówiła Izoldka69, ale coś się zmieniało.
Dorotka73, to co opisujesz bardzo mi coś otwiera. Bo ja zawsze myślałam że żeby coś było rytuałem to musi być z góry zaprojektowane. A ty mówisz że to może się ukształtować samo przez życie. Czy ta różnica ma znaczenie? Czy rytuał który wyrósł z nawyku działa tak samo jak ten który był od początku zamierzony?
Gruszanka54, u mnie było podobnie jak u Dorotki73 i też długo nie wiedziałam jak to nazwać. Ale na twoje pytanie - o działaniu - mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony to co wyrasta organicznie jest zakorzenione w czymś prawdziwym, nie jest nakładką. Z drugiej strony kiedy wprowadziłam trochę więcej świadomej struktury, coś się pogłębiło. Jakby nazwanie tego zmieniło jego ciężar.
Hela, to co mówisz o 'nazwieniu' - że coś zmienia - czy to nie jest trochę problematyczne? Że dopóki nie powiesz 'to jest rytuał' to jest czymś mniejszym? Albo inaczej - czy rytuał potrzebuje żeby osoba to tak nazywała, żeby działał?
To jest właśnie to czego mi brakowało w tej rozmowie - ktoś to wreszcie powiedział. Bo my cały czas rozmawiałyśmy o rytuałach ruchowych jakby było jedno pytanie, a tak naprawdę odpowiedź zależy od tego co zakładasz o tym jak rytuały działają. I to jest wybór który każda robi dla siebie, niekoniecznie świadomie.
I właściwie to nas przywraca do tytułowego pytania z bardzo innej strony. 'Czy każdy może' zależy nie tylko od ciała ani od czasu w życiu, ale też od tego co ktoś zakłada o tym co robi. Osoba która traktuje taniec jako czysto psychologiczną praktykę ma inny 'próg wejścia' niż ktoś kto czuje że otwiera coś konkretnego i chce to robić odpowiedzialnie. I żadne z tych podejść nie jest mniej prawdziwe, ale to są różne praktyki nawet jeśli wyglądają tak samo z zewnątrz.
Izoldka69, to co napisałaś na końcu mocno mi zostało. Że 'próg' to nie jest kwestia techniki ani ciała, tylko założeń. Ale jak ktoś nie wie co zakłada - a Agatka71 mówiła że ona nie wie - to jak w ogóle wybrać gdzie zacząć? Piszę to szczerze bo sama czuję się w tym miejscu. Czytam was od początku tego wątku i widzę że każda z was ma jakiś punkt wyjścia, jakieś przekonanie o tym jak to działa. A ja nie mam i nie wiem czy to jest problem czy nie.
Gruszanka54, to że nie wiesz co zakładasz to nie jest żaden deficyt. Ja przez długi czas robiłam swoje bez żadnego przekonania w tle i to się dopiero układało. Mnie bardziej zastanawia czy brak założeń to też jest jakieś założenie - że nic nie zakładasz, więc zakładasz że to jest neutralne, czysto techniczne. Ale czy taniec rytualny może być neutralny?
Słucham tej rozmowy o założeniach i mam poczucie że trochę zgubiliśmy tytuł wątku. Bo czy każdy może robić rytuały oparte na tańcu - to zależy w dużej mierze od tego co ten ktoś zakłada? To znaczy: jeśli ktoś traktuje to czysto fizycznie i ruchowo, to próg wejścia jest niski. A jeśli zakłada że otwiera coś zewnętrznego, to może wymagać więcej przygotowania?
Kornelia.x, to co mówisz o pytaniach które praktyka sama zadaje - to jest coś co bardzo długo ignorowałam. Miałam wrażenie że jak nie będę tego nazywać, to nie będę musiała się z tym mierzyć. I to nie działało. Praktyka i tak szła swoją drogą. Więc nie wiem czy to jest argument za czy przeciw zaczynaniu bez przygotowania, ale argument za tym żeby w pewnym momencie się zatrzymać i coś sformułować.
Hela, a jak to wyglądało u ciebie to zatrzymanie? Bo ja miałam podobny moment i mój był dosyć gwałtowny - nie planowałam że to przejrzę, po prostu jedno doswiadczenie wymusiło żebym coś nazwała. Ciekawi mnie czy to musi być jakiś konkretny moment czy można to robić stopniowo.
A ja mam pytanie trochę z innej strony - czy te momenty zatrzymania są w tradycjach rytualnych jakoś zbudowane? Bo jak słucham o candomblé czy zar to mam wrażenie że tam wspólnota jest właśnie po to żeby ktoś nad tobą czuwał w takich momentach. A jak tańczysz sama albo na zajęciach 5Rytmów to jesteś z tym sama.
Nie piszę tu często ale chcę coś dodać bo czuję że to ważne. Rok temu byłam na warsztacie który miał być czysto ruchowy, bez ezoterycznych deklaracji. I właśnie dlatego że nie było żadnej siatki bezpieczeństwa ani rozmowy wcześniej, kilka osób miało bardzo ciężkie doświadczenia emocjonalne i facilitatorka nie za bardzo wiedziała co z tym robić. Myślę że pytanie 'czy każdy może' ma też odpowiedź po stronie prowadzącego - czy każdy może prowadzić.
Selenitka_D, dzięki za to że napisałaś - to zmieniło mi coś w myśleniu. Bo ja wyobrażałam sobie rytuał ruchowy jako coś co dzieje się we mnie, a ty pokazujesz że to jest też relacyjne i kontekstowe. Mam teraz pytanie do wszystkich - czy w ogóle da się robić takie rzeczy bezpiecznie samemu jeśli nie ma się nikogo kto by trzymał przestrzeń?
Mam takie poczucie że przez całą rozmowę pytanie z tytułu - czy każdy może - dostało kilka zupełnie różnych odpowiedzi zależnie od tego jak je czytasz. Czy każdy może fizycznie? Prawie tak. Czy każdy może bez przygotowania wchodzić w głębsze formy? Raczej nie. Czy każdy może robić to samodzielnie? Zależy co i jak. I każda z tych odpowiedzi jest prawdziwa, ale do innego pytania.
To co Filomena.1 napisała o tkance społecznej to brzmi tak... no nie wiem, jak coś czego kompletnie nie mamy kiedy robimy to sami w domu. Zastanawiam się teraz czy w ogóle można to czymś zastąpić, czy to jest coś nieodtwarzalnego.
Kornelia.x, no właśnie - bo to by oznaczało że rytuały ruchowe są dla wybranych, co jakoś mi nie gra. Jednocześnie rozumiem że nie wszystko da sie robić w próżni. Może jest jakiś spektrum - od rzeczy które naprawdę wymagają wspólnoty po te które można robić samemu bez większego ryzyka?
Słucham i myślę o sobie na początku - zaczęłam od bardzo prostych rzeczy, w zasadzie od tańca w domu bez żadnej nazwy na to. I ta prostota miała swoje zalety bo nie miałam żadnych oczekiwań. Nie wiedziałam że coś może otworzyć, więc nic specjalnie nie otwierałam. Dopiero potem weszłam w coś bardziej świadomego i tam już czułam że potrzebuję kogoś. Może to jest jakiś schemat?
Hela, to co opisujesz - że na początku brak oczekiwań jest ochroną - to jest coś czego się nie spodziewałam w tej rozmowie. To trochę odwraca to co myślałam, że im bardziej świadomie tym bezpieczniej. A wychodzi że może być odwrotnie?
To z tą dezorientacją - czy to jest zawsze znak że poszło za daleko, czy to może być też część procesu? Bo miałam raz moment po tańcu gdzie przez chwilę nie wiedziałam gdzie jestem i to było dziwne, ale nie złe. Potem minęło i było normalnie.
To co Selenitka_D opisuje to jest chyba argument za tym żeby w ogóle podejść do tematu inaczej niż przez pytanie czy każdy może. Może ważniejsze jest pytanie: jakie warunki są potrzebne i kto za te warunki odpowiada. Bo odpowiedź na to drugie zmienia całą rozmowę.
To co Filomena.1 napisała na końcu o podzielonej odpowiedzialności - właśnie to mnie uderzyło. Bo jeśli przy głębszej pracy ktoś musi tę odpowiedzialność z tobą dzielić, to znaczy że samotna praktyka jest z definicji ograniczona. Ale jak to wygląda w praktyce - kto miałby być tym 'kimś'? Każdy nauczyciel, osoba z większym doświadczeniem, czy to musi być coś formalnego?
Ale czekajcie - mówicie o głębokim transie i failitatorach, a ja się zastanawiam czy w ogóle większość ludzi tu robi coś na tym poziomie intensywności. Mam wrażenie że to co większość z nas robi to raczej świadomy taniec jako praktyka niż wywoływanie transu. Czy to nie jest trochę jak porównywanie pójścia na jogę do chirurgii?
Mam na to konkretny przykład z własnego doświadczenia. Ćwiczyłam jedną prostą sekwencję ruchową z muzyką przez wiele miesięcy i zawsze była spokojna, skupiająca. Potem zaczęłam ją robić w czasie kiedy byłam naprawdę wyczerpana emocjonalnie i ta sama sekwencja doprowadziła mnie do płaczu którego nie byłam w stanie zatrzymać przez jakieś dwadzieścia minut. Nie złego, ale intensywnego. Ta sama praktyka, zupełnie inne działanie.
To co Dorotka73 opisuje - to 'zawieranie' - to jest termin który kojarzę z pracą somtyczną, tam mówi się o 'containment'. I to jest konkretna umiejętność, nie coś co się po prostu ma. Można ją ćwiczyć, ale to wymaga czasu. Ciekawi mnie czy ktoś świadomie nad tym pracował jako przygotowaniem do praktyki ruchowej.
