Tzn rozumiem tę koncepcję zasobów ale mam pytanie praktyczne - jak to się buduje zanim zaczniesz praktykę ruchową? Bo brzmi jakby trzeba było być już gdzieś zanim się zacznie, co jest trochę paradoksalne. Skąd wiesz że masz wystarczający zasób żeby zacząć?
A skąd wiadomo że się jest 'odciętym od ciała'? Serio pytam, bo to jest jedno z tych wyrażeń które wszędzie się czyta a ja nigdy nie byłam pewna co konkretnie oznacza.
Marylka, to jest naprawdę dobre pytanie i sama długo nad tym siedziałam. Dla mnie to było takie że żyłam 'od szyi w górę' - byłam świadoma myśli, emocji jako myśli, ale nie czułam ich w ciele. Jak ktoś pytał 'gdzie to czujesz' to nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie żeby było coś złego, po prostu była luka. Nie wiem czy to jest definicja ale tak to u mnie wyglądało.
a to przyszło samo z czasem jak zaczęłaś tańczyć, czy trzeba było coś konkretnie z tym robić?
Ja miałem podobnie z oddechem - przez długi czas myślałem że oddycham normalnie a potem na jednym warsztacie okazało się że wstrzymuję oddech niemal przy każdej trudniejszej emocji. Kompletnie automatycznie, bez świadomości. I to jest chyba ta podstawa - żeby w ogóle wiedzieć co robi twoje ciało zanim dodasz do tego jakąkolwiek intencję rytualną.
A czy to znaczy że np. sama muzyka która zmienia rytm oddychania automatycznie też ma podobny efekt? Bo pamiętam że na tamtym warsztacie gdzie odkryłem swoje wstrzymywanie oddechu - tam muzyka była dobierana bardzo konkretnie. Prowadząca mówiła że to nie jest przypadkowe. Ale nie wiem czy to efekt muzyki, czy tego że ktoś na nas patrzył i przypominał żeby oddychać.
Muzykoterapia to jest w ogóle osobna dziedzina jeśli chodzi o badania. Entrainment, czyli synchronizacja rytmów biologicznych z zewnętrznym rytmem dźwiękowym, jest dokumentowany. Serce, oddech, fale mózgowe. Bębnienie szamańskie w okolicach 4-7 Hz na sekundę wchodzi w zakres theta, co jest zbieżne z tym co electroencephalografia pokazuje przy lekkym transie. Więc to nie jest tylko symbolika - jest fizyczny mechanizm. Tyle że to nadal nie odpowiada na pytanie Czarodzieja o to czy to muzyka czy obecność osoby prowadzącej robiła różnicę.
Właśnie to rozróżnienie mi się podoba - 'może być zbieżne' zamiast pewnika. Bo w dyskusjach o rytualnym tańcu i bębnieniu często słyszę absolutne twierdzenia w obie strony - albo że to na pewno działa naukowo, albo że to bzdura i efekt placebo. A rzeczywistość jest chyba gdzieś pośrodku. Mam pytanie do Heliosy - czy te badania nad entrainmentem były robione w kontekście rytuału, czy raczej w warunkach laboratoryjnych z izolowanym bodźcem?
Ale właśnie ta kwestia że wszystko razem - to mnie zastanawia w kontekście pytania z tytułu wątku. Czy każdy może robić takie rytuały. Bo jeśli efekt zależy od tego jak wiele zmiennych naraz jest aktywnych, to chyba trudno przewidzieć co się wydarzy dla konkretnej osoby? Dla kogoś bębniennie plus ruch to będzie relaksujące, dla kogoś innego przy tym samym zestawie może być zupełnie inaczej.
Ta analogia z nurkowaniem jest dobra ale ma pewną lukę - nurkowanie wymaga sprzętu i certyfikatów więc bariera wejścia jest oczywista i zewnętrzna. Przy rytualnym tańcu nie ma czegoś takiego. Możesz po prostu zacząć i nikt cię nie sprawdzi. I może to jest problem, że nie ma żadnej zewnętrznej weryfikacji czy jesteś gotowa.
A czy to nie jest tak z większością praktyk które przeszły z kontekstu plemiennego czy religijnego do indywidualnego? Medytacja vipassana też kiedyś miała kontekst monastyczny i nauczyciela, a teraz jest aplikacja na telefon. Jakoś to funkcjonuje, ludzie mają z tego pożytek. Może rytuał ruchowy jest po prostu kolejną rzeczą która przeszła taką drogę i trzeba to zaakceptować?
Trochę się gubię w tym co jest 'bezpieczne samodzielnie' a co wymaga kontekstu. Czy jest jakiś prosty wyznacznik? Bo rozumiem że głęboki trans to jedna kategoria, ale co z tańcem który jest po prostu ruchem z intencją, bez bębnów, bez grupy, bez czegokolwiek ekstremalnego? Czy to też jest obszar żeby uważać?
To co Filomena.1 opisuje to jest chyba najrozsądniejsza rzecz w całym wątku. Mam pytanie bo nie mogłam sobie odpowiedzieć: czy jest różnica między 'za duże' a 'trudne ale dobre'? Bo czasem po bardzo intensywnej praktyce jest naprawdę ciężko, ale potem czujesz że coś się przepracowało. I nie wiem jak odróżnić jedno od drugiego w trakcie.
Saturnella.2, to jest pytanie które mnie dręczy od dawna i nie mam jednej odpowiedzi. Moje doświadczenie jest takie że 'trudne ale dobre' ma jakiś kierunek - nawet jeśli jest ciężko, jest poczucie że coś się porusza, że jest sens. Przy 'za duże' jest bardziej chaos - nie ma struktury w tym co się dzieje, jakbyś weszła do pokoju w którym jest za wiele rzeczy naraz i nie możesz znaleźć drzwi. Ale to jest bardzo subiektywne i pewnie każda osoba ma własny język dla tej różnicy.
To co Hela opisuje - że 'trudne ale dobre' ma kierunek - to mi pasuje do tego co obserwuję. Przy przeciążeniu jest coś w rodzaju chaosu, brakuje nici prowadzącej. Przy intensywnym ale sensownym procesie jest napięcie, ale jest też jakaś logika. Chociaż... nie wiem czy każda osoba potrafi to u siebie rozróżnić, szczególnie w trakcie.
Ta kwestia punktu odniesienia wydaje mi się naprawdę centralna dla całego pytania z tytułu wątku. Czy każdy może - moim zdaniem tak, ale z różnym poziomem dostępu do głębszych warstw praktyki. I ten dostęp nie jest dany z góry, on się buduje właśnie przez to co Izoldka69 opisuje. Najpierw małe rzeczy, potem wiesz czego się spodziewać po sobie.
Okay, ale w takim razie co to znaczy 'małe rzeczy'? Bo ja np. tańczę przy muzyce w domu i czasem coś się dzieje, czuję że to jest inne niż zwykłe tańczenie. Czy to już jest ta praktyka o której mówicie, czy to jeszcze za mało żeby cokolwiek z tego wynikło?
Mnie to co Agatka71 opisuje wydaje się bardzo bliskie temu czym jest rytuał w sensie funkcjonalnym. Ta chwila gdy przestajesz się obserwować z zewnątrz i jesteś po prostu w tym - to jest coś na co w tradycji sufi mówi się fana, zatracenie siebie. Oczywiście to jest spektrum, nie jeden punkt. Ale wejście w ten stan, nawet płytkie, to już jest działanie.
To jest ciekawe zestawienie - technika kontra stan. Bo w medytacji jest podobnie, masz technikę oddechową czy skupienia, a samadhi przychodzi kiedy przychodzi. Czy rytualny taniec ma więcej techniki niż inne praktyki tego typu, czy to zależy od tradycji?
Ale to co Izoldka69 opisuje - że każda tradycja ma swoje reguły - to czy te reguły są przekazywalne bez samej tradycji? Znaczy: czy można wziąć technikę semy z książki i to będzie to samo co uczyć się od nauczyciela z linią przekazu? Mam wrażenie że tu kryje się ten podstawowy problem z robieniem takich rzeczy samodzielnie.
Trochę inaczej na to patrzę. Linia przekazu ma wartość, ale nie jest jedyną wartością. Wiele praktyk przetrwało właśnie dlatego że ludzie na marginesach tradycji robili rzeczy na własną rękę, adaptowali, mieszali. Ortodoksja bywa ochroną, ale bywa też zamknięciem. Pytanie nie jest 'czy z tradycją czy bez', tylko 'z jaką intencją i jaką świadomością tego co się robi'.
Ta rozmowa o tradycji i samodzielności sprawia że zaczynam się zastanawiać - czy jest jakiś typ rytualnego tańca który jest naprawdę bardziej zamknięty, tzn. gdzie robienie tego bez przygotowania i kontekstu jest rzeczywiście ryzykowne, a nie tylko 'mniej pełne'? Bo chyba nie wszystkie tradycje są równoważne pod tym kątem.
Dobra, ale wracając do tytułowego pytania - czy każdy może - myślę że po tej calej rozmowie odpowiedź jest taka: każdy może zacząć, ale nie każdy może od razu wejść wszędzie. I to nie jest kwestia jakiegoś wrodzonego talentu, tylko po prostu tego co zbudowałaś wcześniej w sobie. Czy się zgadzacie?
Mniej więcej tak bym to powiedziała, chociaż dodałabym że 'wcześniej w sobie' to nie musi być poprzednia praktyka magiczna. To może być terapia somatyczna, taniec współczesny, sport wyczynowy - cokolwiek co nauczyło cię słuchać własnego ciała pod obciążeniem. Baza do rytualnego tańca jest szersza niż myślimy. Ktoś bez żadnej praktyki ezoterycznej ale z doświadczeniem np. jogi regeneracyjnej może wejść w to lepiej niż ktoś kto medytuje od lat ale jest odcięty od ciała.
Hela, to jest coś czego wcześniej nie brałam pod uwagę i teraz zmienia mi trochę całe rozumienie tematu. Tzn. że to nie chodzi o ezoteryczną 'gotowość', tylko o kontakt z własnym ciałem jako warunek bazowy. Co ma sens, bo taniec jest fizyczny zanim jest cokolwiek innego.
To co Dorotka73 napisała - że kontakt z ciałem jest warunkiem bazowym zanim cokolwiek innego - mnie to mocno uderzyło. Ale mam pytanie, bo nie do końca rozumiem: czy to znaczy że ktoś kto np. całe życie ćwiczył jogę albo był tancerzem klasycznym ma automatycznie ten 'dostęp' o którym mówiłyście? Bo z jednej strony tak, ciało jest świadome - ale trening klasyczny uczy raczej kontroli i formy zewnętrznej, nie puszczania. Czy to nie działa trochę odwrotnie?
Izoldka69 mówi o czymś ważnym, ale ja bym nie stawiała tak ostrego rozróżnienia. Bo jest też coś takiego jak somatic body memory - ciało które długo ćwiczyło formę, ma też zakodowane ścieżki relaksacji po wysiłku, zna własne granice, potrafi działać bez angażowania głowy w każdy szczegół. To może być baza, tylko trzeba ją odzwierzycierkować, żeby przestała być kontrolą a stała się uważnością. Ale masz rację że u tancerzy klasycznych często jest ten dodatkowy krok do zrobienia - odnauka patrzenia na siebie z zewnątrz.
