Robię ten sam rytuał od ponad roku i ostatnio zauważyłam, że wykonuję go jakby na autopilocie. Zapalę świecę, wypowiem słowa, zgaszę. Wszystko gra, wszystko po kolei, ale w środku jest jakaś pustka. Nie wiem jak to powiedzieć inaczej - jakbym myła zęby. Czynność wykonana, brak zaangażowania. I zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle nadal działa, skoro sama nie czuję już żadnej różnicy między tym a robieniem zakupów. Czy ktoś miał podobnie?
To klasyczny problem, który opisywali już dość wcześnie badacze religii porównawczej. Victor Turner nazywał to zjawisko wyjałowieniem liminalności - rytuał przestaje przenosić uczestnika w inny stan, bo granica między sacrum a profanum zaciera się przez powtarzalność. Mircea Eliade pisał podobnie o tym, że czas sakralny wymaga pewnego wysiłku przywołania, a nie tylko mechanicznego odtworzenia formy. Pytanie jest inne: czy zmienił się kontekst życiowy, czy może sam rytuał jest już za mało dla tego, gdzie jesteś?
Ale to niekoniecznie jest problem z rytuałem jako takim. Ja bym tu raczej patrzyła na czakrę solarną, bo kiedy słabieje, wszystko co robimy traci swój impuls, nawet medytacja, nawet coś co lubimy. To nie rytuał jest nudny, to ty jesteś w innym miejscu energetycznie. Może warto zrobić coś z tym najpierw, zanim zmienisz sam rytuał.
Mnie się zdarzyło dokładnie to samo z jednym rytuałem na nów. Robiłam go przez kilka miesięcy, a potem jakby... odpłynęłam myślami w połowie i obudziłam się przy zgaszeniu świecy. I zaczęłam się pytać sama siebie, czy jeszcze po coś to robię, czy po prostu z przyzwyczajenia. Jak długo robisz ten swój rytuał i czy coś w tym czasie zmieniło się w twoim życiu? Bo u mnie zaczęło się od tego, że cel rytuału się po prostu zdezaktualizował.
Słuchajcie, ja jestem sceptyczna wobec całej tej rozmowy, bo zastanawiam się czy w ogóle jest jakiś sposób na odróżnienie tego, że rytuał przestał działać od tego, że po prostu przestałyście się przykładać. To trochę jak z modlitwą - można modlić się żarliwie albo można recytować. Efekt może być inny, ale skąd wiecie, że to kwestia czakr, a nie po prostu uwagi?
ale to przeczyby calej idei rytuałów żeby zawczasu były ustalone co nie? bo jak rytuał wymaga za każdym razem świeżej inwtencji to po co te ustalone krocki. Chyba coś tu nie gra.
Powiem wam że to ma też dość prozaiczne wyjaśnienie od strony psychologicznej - habituacja. Mózg dosłownie przestaje przetwarzać powtarzalne bodźce jako znaczące. To nie jest kwestia woli ani energii, to jest mechanizm neurobiologiczny. Badania nad rytuałami w religiach tradycyjnych pokazują, że społeczności rozwiązywały to na różne sposoby: przez cykliczne zmiany elementów, przez rytuały inicjacyjne które resetowały znaczenie, przez kontekst społeczny który dodawał ciężar.
Mnie zastanawia jedno - czy wy próbujecie zmieniać coś w rytuałach kiedy czujecie tę nudę, czy raczej je porzucacie? Bo ja kilka razy chciałam coś przestawić, ale potem się bałam że to się posypie, że zmienię kolejność i już nie zadziała. I w efekcie albo robiłam dalej mechanicznie, albo rzucałam w ogóle.
To nie jest głupie, to jest bardzo częsty lęk i ma nawet swoją nazwę w antropologii - magiczne myślenie o integralności rytuału. Ale historycznie rzecz biorąc rytuały zawsze ewoluowały. Nawet w tradycjach które twierdzą, że są niezmienne od tysiącleci, badania tekstologiczne pokazują zmiany. To co się nie zmienia to intencja i struktura symboliczna, nie konkretne gesty. Jan Assmann badał jak tradycja kulturowa żyje właśnie przez twórcze przypominanie, nie przez mechaniczne kopiowanie.
To ciekawe co mówi Gnostyk, ale mam pytanie bardziej praktyczne - jak wy w ogóle poznacie, że rytuał nadal działa? Bo rozumiem kiedy nie czujecie nic podczas samego rytuału, ale czy potem jakieś znaki są, czy czekacie na konkretny efekt, czy to bardziej jak medytacja gdzie nie wiadomo czy coś robi czy nie?
Albo po prostu te zbiegi okoliczności były cały czas i zauważałaś je tylko dlatego, że szukałaś potwierdzenia. To się nazywa bias potwierdzenia i jest naprawdę silne kiedy coś robimy regularnie i oczekujemy efektów. Nie mówię, że tak było, ale czy w ogóle brałaś to pod uwagę?
Ale z drugiej strony nie da się tego tematu sprowadzić tylko do psychologii poznawczej, bo wtedy każde doświadczenie duchowe jest tylko złudzeniem. Mnie bardziej interesuje co robić, żeby ten rytuał znów miał jakiś ciężar, cokolwiek by stało za tym ciężarem. Czy ktoś naprawdę to przepracował i ma jakiś pomysł, który nie jest tylko teorią?
Mnie to zdanie Mantry trochę zatrzymało - ten ciężar rytuału. Bo ja rozumiem co chce powiedzieć, ale nie wiem czy to dobry cel sam w sobie. Jakby szukała wrażenia, a nie efektu. Chociaż... może to jedno i to samo przy praktyce duchowej? Nie wiem, sama się teraz kręcę w kółko.
To co powiedziała Zlata jest ciekawym punktem - różnica między szukaniem wrażenia a szukaniem efektu. Jan Fries pisał o tym w Helrunar, że rytuał który jest zautomatyzowany przestaje angażować gnoza-state, czyli ten szczególny rodzaj skupienia który umożliwia działanie na poziomie symbolicznym. To nie jest wrażenie dla samego wrażenia, to jest warunek konieczny. Ale nie wiem czy każda tradycja by się z tym zgodziła.
No właśnie, bo w runach jest inaczej. Tam jest coś takiego, że powtarzalność ma swój sens sama w sobie, galdr śpiewany po raz setny ma inne działanie niż po raz pierwszy, bo jest głębiej osadzony. Przynajmniej tak to rozumiałam. Może źle?
ale czy to nie jest trochę sprzeczne z tym co mówiłaś wcześniej o tym, że forma przeżyła treść? Bo skoro powtarzalność ma wartość, to może problem nie jest w powtarzaniu, tylko w czymś innym.
A czy jak ktoś tworzy własny rytuał od zera, to potem też odpływa myślami po roku? Bo ja się zastanawiam czy to kwestia źródła - cudzy czy własny - czy po prostu czasu.
Znam takich ludzi, choć nie wiem czy to forum jest miejscem żeby to opisywać bo brzmi abstrakcyjnie. Ale tak, istnieją praktyki które są żywe po dekadach. W tradycjach opartych na przekazie - w sensie mistrz-uczeń - jest coś co można by nazwać ciągłością pola. Praktykujący nie jest sam, jest częścią czegoś dłuższego. I to chyba robi różnicę, bo rytuał nie jest wtedy tylko jego własnym wymysłem.
Ale jak ktoś nie ma mistrza to jest bez szans? Bo wiekszość ludzi uczy sie sami z internetu i ksiazek i nie ma zadnego pola przekazu jak to mowisz.
Ja mam jeden rytuał z tarota który robię regularnie od... no długo. I nie powiem że zawsze jest intensywnie, ale jest coś jakby tło, pewność że robię coś co ma ciągłość. Nie zawsze czuję dreszcze, ale rzadko mi się zdarza że jestem totalnie nieobecna. Może dlatego że to jest mój autorski sposób i dostosowałam go przez lata.
Hm, to może kluczowe jest właśnie to poczucie prawa do zmiany. Ja kiedy robiłam ten rytuał z książki, czułam że nie mogę nic przestawiać, bo nie mój projekt. I może to zamknięcie też było powodem że po czasie stał się sztywny.
To ma sens nawet czysto psychologicznie - jeśli coś traktujesz jako zewnętrzne i nienaruszalne, to nie angażujesz się w nie tak samo jak w coś co współtworzysz. Badania nad kompetencją i autonomią - Deci i Ryan, teoria autodeterminacji - mówią wprost że poczucie sprawczości w działaniu jest jednym z warunków utrzymania motywacji. To nie jest wbrew ezoteryce, to po prostu też jest prawdą.
Wracając do pytania Wrenny o rytuały które długo działają - mam wrażenie że w tej dyskusji dotknęłyśmy czegoś ważnego, mianowicie że nuda w rytuale to nie jest problem z rytuałem, tylko sygnał że coś się zmieniło w nas. I zamiast szukać czy rytuał jest zły, może lepiej zapytać: co we mnie jest teraz inne niż rok temu? Może to jest lepsze miejsce do zaczęcia.
To co pisze Filomena jest bliskie temu co Austin Osman Spare nazywał 'lupa of laughter' - momentem kiedy rytuał traci swój ciężar i staje się czymś lżejszym, prawie banalnym. I Spare twierdził że to niekoniecznie zły znak. Pytanie tylko czy ta nuda o której mówisz jest nudą z wyczerpania, czy nudą z oswojenia. Bo to dwa różne stany.
A jak Spare rozróżniał te dwa rodzaje? Bo dla mnie od środka wyglądają tak samo - siedzę, robię, nic nie czuję.
wprost tego nie opisuje, ale z kontekstu wynika że nuda z oswojenia pojawia się razem z poczuciem że rytuał się wykonał, nawet jeśli nie było emocji. Nuda z wyczerpania to takie puste klikanie przez wymóg, bez żadnego poczucia zakończenia. Czy po swoich rytuałach czujesz że coś jest zamknięte, nawet jeśli sam akt był mdły?
Hmm. Czasem tak, jakieś zamknięcie. Ale coraz rzadziej. Może trzy razy na dziesięć mam wrażenie że się coś dopięło. Reszta to jakby zawieszenie.
