Mam pytanie, które chodzi za mną od jakiegoś czasu. Zaczęłam robić rytuał oczyszczający, dość rozbudowany, trwa kilka dni. W połowie okazało się, że muszę zmienić metodę - nie miałam jednego ze składników, zamieniłam go na coś innego. I teraz nie wiem, czy to był błąd. Czy powinnam była zacząć od nowa, czy dokończyć tak jak dokończyłam? Czytałam różne opinie i są kompletnie sprzeczne. Jedni mówią, że przerwanie rytuału w połowie jest gorsze niż jego zmiana, inni że każda improwizacja psuje intencję. Co wy o tym myślicie?
To zależy od tego, co rozumiesz przez 'zmianę'. Bo jeśli zamieniłaś jeden składnik na inny o zbliżonym działaniu, to zupełnie inna sytuacja niż gdybyś np. zmieniła strukturę całego rytuału albo pominęła kluczowy element. Jaki to był składnik i czym go zastąpiłaś?
Mnie też ciekawi ten szczegół, bo to robi dużą różnicę. Raz robiłam coś podobnego - zamieniłam kadzidło na inne i rytuał dokończyłam. Nic złego się nie stało, efekt był. Ale słyszałam też o sytuacjach, gdzie improwizacja faktycznie coś zaburzyła. Nie wiem, czy to przez samą zmianę, czy przez to, że człowiek zaczyna wątpić i ta wątpliwość robi swoje.
No właśnie, to jest kluczowe pytanie - czy zmiana faktycznie coś psuje energetycznie, czy raczej sieje zwątpienie w praktykującym, co potem przekłada się na efekt. Bo to są dwie zupełnie różne rzeczy i często się je miesza. W magii ceremonialnej podejście jest dosyć twarde - każda zmiana w trakcie rytuału wymaga albo restartu, albo świadomego przepisania intencji. Ale to nie jest jedyna tradycja.
Zamieniłam szałwię na tymianek. Czytałam, że oba mają właściwości oczyszczające, więc stwierdziłam, że to logiczne. Ale właśnie - nie byłam pewna i to chyba był mój problem. Zaczęłam to robić z taką niepewnością w głowie i nie wiem, czy przez to rytuał stracił sens.
Szałwia i tymianek to nie jest jeden do jednego. Szałwia, szczególnie biała, ma bardzo specyficzne zastosowanie w kontekście oczyszczania przestrzeni ze starych energii, tymianek działa bardziej ochronnie i wzmacniająco. Nie mówię, że to co zrobiłaś było złe, bo tymianek też jest używany przy oczyszczaniu, ale to nie są zamienniki w sensie dosłownym. Bardziej istotne jest to, czego dokładnie dotyczyło oczyszczanie - siebie, przestrzeni, przedmiotu?
Ja uważam że jak juz zaczełaś to trzeba konczyc, nieważne czym. Przerwanie w połowie jest dużo gorsze bo zostawiasz energię w zawieszeniu i to może namieszać bardziej niż zła roślina. Sam kilka razy robiłem rytuały z improwizacją i zawsze wychodziło dobrze. Ważna jest intencja a nie składniki.
Ale zaraz, to ja nie rozumiem jednej rzeczy - skąd w ogóle wiadomo, że rytuał 'zadziałał' albo 'nie zadziałał'? Po czym to poznacie? Bo jak słucham tej dyskusji, to mam wrażenie, że każdy ma inne kryterium sukcesu.
Wracając do pytania Kai - bo trochę odpłynęliśmy. W tradycjach słowiańskich i w wielu systemach szamanistycznych panuje zasada, że przerwanie rytuału bez zamknięcia go jest gorsze niż dokończenie go z modyfikacją. Sam rytuał ma swój 'oddech' - otwarcie i zamknięcie - i zostawienie go otwartego tworzy pewien rodzaj niedokończoności, który może się przeciągać. Ale to jest tradycja-specyficzne, więc warto wiedzieć, z jakiego nurtu pochodzi rytuał który robiłaś.
I to jest odpowiedź na twoje pytanie, choć może nie ta, której szukałaś. Jeśli rytuał jest mieszaniną różnych tradycji, to nie masz jednego zestawu zasad, które obowiązują. Masz tyle zasad, ile tych tradycji. W takiej sytuacji najważniejsze staje się twoje własne poczucie spójności tego co robisz - i to, czy przy zmianie składnika ta spójność się zachowała.
Zgadzam się z Wolchwem w tym punkcie. Eklektyczne praktyki mają inne reguły niż te osadzone w konkretnym systemie. Ale dodałabym coś - jeśli już robiłaś coś eklektycznie, to kluczowe jest, żeby przed modyfikacją zatrzymać się i świadomie przepisać intencję na nowy składnik. Nie milczeć i mieć nadzieję, że tymianek 'wie' co ma robić zamiast szałwii. Czy coś takiego zrobiłaś w trakcie?
Ja mam podobny dylemat ale trochę z innej strony - robię medytacje połączone z rytuałem i czasem w połowie czuję, że coś 'nie gra', że ta sesja po prostu nie idzie. I zawsze się waham, czy przerywać i zacząć kiedy indziej, czy pchać dalej. Nie wiem jakie są konsekwencje jednego i drugiego. Czy ktoś miał tak, że w połowie rytuału miał bardzo wyraźne poczucie, że to nie jest odpowiedni moment?
No ale właśnie zamknięcie przestrzeni to jest klucz o czym pisała Kometka. Nawet jak przerywasz to musisz zamknąc rytuał świadomie. Inaczej zostawiasz otwarte okno. Kaja chyba tego nie zrobiła jak dobrze rozumiem - ona nie przerwała, tylko zamieniła składnik i kontynuowała, więc to inna sytuacja.
Kometka, Rodis - odpowiem na to pytanie, bo mnie też interesuje. Przepisanie intencji retrospektywnie jest możliwe, ale wymaga czegoś, co nazwałbym świadomym domknięciem - czyli krótkiego rytuału uznania tego, co się stało. Nie w sensie przepraszania za błąd, tylko w sensie: 'zrobiłam X zamiast Y, świadomie przyjmuję tę zamianę jako ważną i uznaję ją za część całości'. To trochę jak podpisanie aneksu do umowy po fakcie. Nie idealne, ale skuteczne.
Dobra, to rozumiem. Ale mam pytanie praktyczne - jak to domknięcie wygląda konkretnie? Bo Kosma mówi 'krótki rytuał uznania', a ja szczerze nie wiem, od czego zacząć. Czy to coś werbalnego, coś z użyciem składników, czy po prostu intencja wypowiedziana w głowie?
Zależy od tego, jak pracujesz. U mnie to zazwyczaj wygląda tak, że zanim zacznę cokolwiek retrospektywnego, siadam i po prostu piszę - co zrobiłam, dlaczego, co chciałam osiągnąć, co faktycznie zrobiłam inaczej. Nie jako spowiedź, tylko jako zapis stanu faktycznego. Potem na podstawie tego formułuję intencję i wtedy dopiero wchodzę w jakiekolwiek działanie energetyczne. Pisanie pomaga mi wyczyścić głowę z interpretacji i skupić się na faktach.
Wracając do pytania Kai o konkretną formę - w tradycjach, z którymi pracuję, takie domknięcie ma zazwyczaj trzy elementy: uznanie (co było), akt przejścia (małe, symboliczne działanie - może być nawet zapalenie świecy) i zamknięcie. Bez tych trzech kroków łatwo wpaść w pętlę samej refleksji bez zamknięcia. Ale to nie jest dogmat, każdy system ma inne podejście.
Słuchajcie, ja mam w tym momencie takie durne pytanie z boku - skoro mówimy o 'domknięciu po fakcie', to czy nie wychodzi na to, że każdy rytuał można naprawić po czasie? Bo to by oznaczało, że właściwie nie ma sensu się stresować żadną zmianą w trakcie, skoro zawsze da się to odkręcić.
No ale właśnie, Albinek - sam mowiłes wcześniej że forma jest ważna, a teraz wychodzi że można naprawiać po czasie. To trochę sprzeczne nie? Albo forma się liczy i nie ma jak naprawic, albo intencja jest najważniejsza i zawsze da radę. Nie mozna mieć dwóch zestawów zasad naraz.
Mam wrażenie, że ta rozmowa dotknęła czegoś ważniejszego niż sam przypadek Kai. Bo właściwie mówimy o tym, czy rytuał to zamknięty system z zasadami, które albo spełniasz, albo nie, czy raczej żywy proces, który można modyfikować i domykać elastycznie. I zależnie od tradycji odpowiedź jest zupełnie inna.
Przepraszam, że się wtrącam, bo ja dopiero obserwuję tę dyskusję i mam pytanie może naiwne - ale czy to 'domknięcie po fakcie' nie jest trochę jak racjonalizowanie? Tzn. coś poszło nie tak, a teraz szukamy sposobu, żeby powiedzieć sobie, że jednak wszystko jest w porządku?
Runomira01, to pytanie mnie uderzyło. Bo jak czytam swoją sytuację z zewnątrz, to nie wiem, do której kategorii pasuję. Wzięłam tymianek, kontynuowałam, a teraz szukam informacji - i nie jestem pewna, czy robię to dlatego, że naprawdę czuję, że coś jest niedokończone, czy dlatego, że się po prostu przestraszyłam i chcę się upewnić, że nic złego nie zrobiłam.
To co napisała Kaja jest bardzo uczciwe i myślę, że sama ta uczciwość jest odpowiedzią. Racjonalizowanie zwykle nie wygląda tak - racjonalizowanie polega na tym, że nie zadajesz sobie tego pytania, tylko od razu mówisz sobie 'wszystko w porządku'. Fakt, że Kaja to podważa, sugeruje, że jej niepokój jest realny i warto na niego odpowiedzieć praktycznie, nie tylko w głowie.
Ja mam inne zdanie. Moim zdaniem zbyt dużo tu filozofowania o stanie wewnętrznym, a za mało o tym, co konkretnie się wydarzyło energetycznie w tym mieszkaniu. Kaja robiła oczyszczanie po 'pewnych wydarzeniach' - i to jest clue całej sprawy. Jeśli te wydarzenia zostawiły coś trudnego w przestrzeni, to tymianek zamiast szałwii może naprawdę być problemem, bo on po prostu nie ma takiej głębokości działania przy ciężkich energiach.
To co mówi Tojadek ma sens, ale wróciłabym do kwestii, którą wcześniej podnosił Wolchw - skoro rytuał Kai był eklektyczny, to nie miał jednej spójnej wewnętrznej logiki do naruszenia. To jest właśnie specyfika eklektycznego podejścia. Pytanie do Kai: czy w trakcie budowania tego rytuału szałwia była centralnym elementem, czy jednym z wielu?
Kaja, to co piszesz na końcu - że zebrałaś to z kilku źródeł, kilku autorów - to jest dla mnie kluczowa informacja w całej tej dyskusji. Bo jeśli nie było jednego systemu, to pytanie 'czy zmiana szałwii na tymianek naruszyła spójność' jest trochę bez sensu. Spójność z czym? Z którym z tych autorów?
No właśnie, Wolchw trafi w sedno. Eklektyczny rytuał to nie jest gorszy, ale nie mozna go oceniać według zasad jednej tradycji bo po prostu nie należy do żadnej. Kaja sama sobie była autorytorem i sama może zdecydować czy zmiana miała sens.
