Ale dla kogoś kto zaczyna chyba jakaś lista zasad jest potrzebna? Nie można stwierdzić 'rób co czujesz' osobie, która nie ma jeszcze żadnego punktu odniesienia. To trochę jak mówić komuś, kto uczy się gotować, żeby gotował 'z wyczuciem'.
No właśnie, ja przez długi czas myślałam, że jeśli zapomnę sprawdzić fazę i zrobię coś w 'nieodpowiednim' momencie, to wszystko pójdzie nie tak albo wręcz się odwróci. Teraz już tak nie myślę, ale na początku to naprawdę blokowało.
Z tym paraliżem to się zgadzam, ale jest jeszcze jeden aspekt - niektórzy kompletnie ignorują fazy i potem są zaskoczeni, że nic się nie układa. Środek jest gdzieś pomiędzy obsesją na punkcie kalendarza a całkowitym ignorowaniem rytmów.
To akurat trafia w punkt. Miałam okres, kiedy odkładałam pewne rzeczy bo 'to nie ten czas' i w pewnym momencie zorientowałam się, że mijają miesiące. Nie wiem czy faza to winowajca, ale stała się wymówką.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i chciałam zapytać o coś, co zostało wspomniane wcześniej - Gwiazdarka pisała o dniach korzeniowych i liściowych u Marii Thun. Czy ktoś faktycznie praktykuje z tym kalendarzem przy rytuałach? Nie chodzi mi o ogrodnictwo, tylko właśnie o pracę rytualną.
No i właśnie przy tych dniach Thun jest pytanie, które mnie nurtuje od dawna - czy to nakładanie kalendarza biodynamicznego na pracę rytualną ma w ogóle sens teoretyczny, czy to tylko analogia, bo 'skoro działa w ogrodnictwie, to może i tu'. Bo te dwa systemy mają zupełnie inne założenia co do mechanizmu działania.
A może nie musi byc ten sam mechanizm żeby byc jakiś efekt? Nie wszystko musi dzialac tak samo zeby dzialac. Jak ktoś czuje że w dniu korzeniowym jest bardziej uziemiony to może to jest właśnie ta różnica, nawet jeśli fizycznie nie wiadomo skąd.
Mam wrażenie, że ta rozmowa cały czas oscyluje wokół jednego pytania: czy faza księżyca i te wszystkie podziały cokolwiek 'robią' obiektywnie, czy tylko dają nam strukturę do tego, co i tak chcielibyśmy zrobić. I nie wiem, czy to pytanie ma odpowiedź.
Może i nie ma, ale zmiana sformułowania coś otwiera. Zamiast 'czy to działa obiektywnie' można zapytać: 'jak zmienia się moja jakość uwagi w zależności od fazy'. To drugie pytanie jest sprawdzalne w praktyce. Pierwsze - niekoniecznie.
To miałam na myśli, ale nie potrafiłam tego tak ująć. Bo kiedy pytam siebie 'czy dni korzeniowe coś robią', to nie wiem. Ale kiedy pytam 'czy inaczej mi się pracuje przy rytuale w dni korzeniowe' - to mam jakąś obserwację, nawet jeśli nie znam przyczyny.
Ale czy ta obserwacja nie jest skrzywiona przez to, że wchodzisz w dzień korzeniowy już z jakimś nastawieniem? Wiesz, że to 'dzień korzeniowy', więc jesteś bardziej uziemiona, bo się tego spodziewasz. To może być klasyczny efekt oczekiwań, nie żaden kalendarz.
Trochę mi to brzmi jak argument w stylu: 'skoro placebo działa, to bierz placebo'. Nie mówię, że to złe, ale czy nie lepiej wiedzieć, że to placebo, zamiast wierzyć, że to lek?
Dobra, ale wróćmy może do malejącego księżyca konkretnie, bo trochę odeszliśmy. Słucham całej tej rozmowy i chciałam zapytać o jedno: czy jest jakaś różnica między tym, co robisz na początku fazy malejącej a pod jej koniec? Czy to jeden ciągły czas, czy jakieś podzespoły?
Ja to właśnie czuję jako dwa różne momenty. Zaraz po pełni jest jeszcze dużo energii, taka aktywna faza uwalniania - jak otwierasz okno i czekasz, aż wywietrzy. A pod koniec, te ostatnie dni przed nowym, jest już inne - bardziej takie przygotowanie do ciszy. Mnie to zajęło trochę czasu żeby w ogóle to rozróżnić.
To ciekawe, że o tym mówisz, bo ja zawsze traktowałam cały malejący jako jeden 'czas puszczania'. Nie wpadłam na to, że te dwa tygodnie mogą wyglądać zupełnie inaczej. Masz jakiś sposób na to, żeby to rozróżnić w praktyce? Bo faza to faza, nie od razu widać gdzie jest 'środek'.
O, tego nie wiedziałam że można to tak obserwowac. Myślałam że tylko przez apke. A czy ta obserwacja przez okno zmienia cos w tym jak się podchodzi do rytualu? Znaczy czy samo patrzenie na ksiezyc coś robi czy to tylko orientacja na która faze?
Dorzuce do tego co Barni mówił o tej podziale na dwie cześci - w astrologi malejacy Ksiezyc w znakach ziemi kontra znakach powietrza też zmienia charakter pracy. Kiedy malejący przechodzi przez Koziorożca czy Byka, to jest zupelnie inne siedzenie z tym co sie odpuszcza niz przez Bliźnięta czy Wodnika. Czy ktos to nakładał na swoje rytualy?
To, o czym mówi Selena, to chyba jeden z tych momentów gdzie wiedza zaczyna pracować przeciwko praktyce. W starszych systemach rytuał był prosty właśnie dlatego, że musiał być dostępny dla wszystkich - nie wymagał kalendarza z pięcioma zmiennymi. Pytanie czy bardziej złożony rytuał daje proporcjonalnie inne rezultaty, czy tylko inne poczucie powagi.
Ale czy to poczucie powagi nie jest właśnie tym, o co chodzi? Jeśli ośmioetapowe przygotowanie sprawia, że naprawdę wchodzisz w inny tryb niż przy prostym rytuale, to może ta złożoność ma swój sens? Nawet jeśli astrologicznie jest nadmiarowa?
Słuchajcie ale wracając do tego co Barni pisał o tych dwóch cześciach malejącego - bo to mi zostało w głowie. Mówił że gibbous malejący to aktywna praca z puszczaniem, a sierp malejący to już cisza. Ale co z rytuałami które są bardziej procesowe, nie jednorazowe? Jak to sie ma do tej granicy?
A co jeśli nie uda się zsynchronizować z fazą? Znaczy, czasem po prostu życie nie pozwala na rytuał dokładnie wtedy kiedy faza jest odpowiednia. Czy wtedy w ogóle nie robić, czy robić mimo wszystko?
To co Reginka napisała o tym 'nie teraz z tyłu głowy' - to mnie bardzo trafia, bo sama tak mam. Raz próbowałam rytuału oczyszczającego na rosnącym, bo nie mogłam poczekać, i przez cały czas czułam jakiś opór. Może właśnie dlatego że wiedziałam że to 'nie ta' faza, ale ten opór był bardzo realny.
Ale dysonans poznawczy w rytuale to poważna sprawa, nie coś do zbagatelizowania. Jeśli twój umysł jest podzielony między 'robię to' a 'nie powinienem tego teraz robić', to sama spójność intencji jest rozbita. A intencja w rytuale nie jest ozdobnikiem - to rdzeń całej praktyki. Więc czy to faza robi ten opór, czy przekonanie o fazie - efekt dla rytuału jest ten sam.
Myślę że to zależy od tego, skąd te przekonania pochodzą. Jeśli to jest coś co sam wypracowałeś przez długą obserwację własnej praktyki, to ignorowanie tego mija się z celem. Ale jeśli to jest coś co przejąłeś od kogoś innego bez własnego sprawdzenia, to może warto przynajmniej raz sprawdzić jak jest.
A skad w ogole wiedziec skad pochodzi to przekonanie? Bo jak ktoś mi powiedział że na malejącym nie zaczynam nowych rzeczy to zaczełam w to wierzyć i teraz nie wiem czy to moje doswiadczenie czy zapożyczone. Czy w praktyce to w ogóle da się rozróżnić?
Właśnie dlatego chyba ta rozmowa jest taka dobra - bo pokazuje że nie ma jednej odpowiedzi na to jak pracować z malejącym. Ja weszłam tu z pytaniem czy jest jakaś zasada, a teraz wychodzi że może ważniejsze jest rozumieć skąd moje własne zasady się wzięły.
Cisza w sierpie to nie jest brak aktywności, tylko inny rodzaj aktywności. Niektórzy robią przeglądy - nie działania, ale obserwacje. Co skończyłem, co faktycznie puściłem, co się jeszcze wlecze. Ja często w tym czasie wracam do notatek z poprzedniego cyklu i sprawdzam czy to co miałem zamiar puścić przy gibbous rzeczywiście poszło, czy tylko mi się wydawało że poszło.
