Zastanawiam się nad czymś od jakiegoś czasu i chciałam zobaczyć, co wy o tym myślicie. Chodzi mi o rytuały, które ktoś inny stworzył, opisał, opublikował w książce albo na blogu. Czy one działają tak samo jak coś, co ktoś wypracował sam dla siebie przez lata? Bo z jednej strony mam wrażenie, że jak coś do mnie 'mówi', to przynosi efekty, z drugiej strony zdarzało mi się robić rzeczy z poradnika krok po kroku i czuć, że coś jest nie tak, jakby jakiś element nie pasował. Nie wiem, czy to kwestia mojej głowy, czy naprawdę rytuał cudzy jest inaczej naładowany niż własny.
To jest jedno z tych pytań, gdzie odpowiedź 'to zależy' jest najbardziej uczciwa. Ale żeby nie zostawić tego tak ogólnie: dużo zależy od tego, skąd pochodzi ten rytuał i w jakim systemie funkcjonuje. Rytuał z tradycji, która ma ciągłość od pokoleń, niesie ze sobą coś więcej niż instrukcja znaleziona na blogu napisanym trzy lata temu przez kogoś, kto sklecił coś z trzech różnych źródeł. Nie mówię, że tamto nie działa, ale to jest inna kategoria. Natomiast co do twojego uczucia 'czegoś nie pasuje' to bym się tym zajęła, bo to nie jest zwykle wyobraźnia.
Mnie zawsze uczyno, że rytuał to nie jest przepis kulinany. Można wziąść cudzy schemat ale sam wkład wykonującego i tak decyduje o wszystkim. Widziałem ludzi robiących dosłownie ten sam rytuał i u jednej osoby coś się działo, u drugiej nic. To nie była kwestia czy rytuał był ich własny czy nie, tylko co do niego wnosili.
Właśnie, i tu chodzi o to, że energia jest zawsze osobista. Jak ktoś napisał rytuał, to zostawił w nim swój ślad, a ty wchodząc w ten schemat możesz wchodzić trochę w jego przestrzeń. Niekoniecznie to złe, ale to trzeba uwzględnić. Dlatego zawsze mówię, żeby modyfikować cudze rytuały pod siebie, żeby nie działać na czymś cudzym stuprocentowo.
Wchodzę tu, bo akurat ta kwestia śladu twórcy rytuału ma pewne podstawy, ale nie koniecznie w tej formie. Chodzi bardziej o to, że każdy system rytuałów operuje w określonej strukturze symbolicznej. Jak ktoś stworzył rytuał osadzony w swoim systemie przekonań i symbolice, a ty jesteś w zupełnie innym miejscu, to możesz dosłownie mówić innym językiem. Symbole nie działają tak samo na każdego. Rytuał wicański może być głęboko osobisty dla kogoś zanurzonego w tej tradycji, a dla kogoś z zupełnie inną wrażliwością to będzie teatr. Nie ma tu żadnej 'energii twórcy' jako czegoś przekazywanego, ale jest kwestia tego, czy masz dostęp do tych samych kodów.
No ale to trochę tak, jakby powiedzieć, że żadne rytuały z książek nie działają jeśli nie byłeś w tej tradycji od urodzenia. Jak ktoś zaczyna, to skąd ma wziąść te kody? Trzeba od czegoś zacząć.
A czy to nie jest też tak, że jak rytuał jest bardzo stary i wywodzi się z jakiejś konkretnej kultury, to dla kogoś spoza tej kultury może po prostu nie mieć tego samego znaczenia? Myślę na przykład o rzeczach z tradycji afrykańskiej albo rdzennie amerykańskiej. Tam rytualność jest zupełnie inaczej zakorzeniona.
Trochę się zgubiłem. To teraz rytuały z książek są ok czy nie? Bo jak słucham tej rozmowy to wychodzi mi, że to zależy od tego skąd i kto napisał, a jak ktoś napisał z tradycji zamkniętej to lepiej nie. Ale skąd przeciętna osoba ma wiedzieć, czy książka, którą kupiła, jest z takiej zamkniętej tradycji czy nie?
Myślę, że to jest pytanie, na które każda osoba musi odpowiedzieć sobie sama przez doświadczenie. Ale powiem, jak to wygląda u mnie. Próbowałam kilka razy robić rzeczy z cudzych opisów i zawsze coś modyfikowałam, nawet jak nie miałam takiego zamiaru. Zmieniałam kolejność, zamieniałam jeden element na inny, skracałam. I dopiero jak rytuał był trochę mój, zaczynał coś dawać. Może to tylko kwestia tego, że bardziej wierzyłam w coś, co sama ułożyłam?
Ale poczekajcie. Bo Rena powiedziała coś istotnego na końcu, może to kwestia wiary w to co się robi. Zastanawiam się, czy w ogóle rozróżnienie na 'cudzy' i 'własny' rytuał ma znaczenie poza psychologicznym. Jak głęboko wierzysz w to co robisz i rozumiesz każdy krok, to czy naprawdę ma znaczenie, kto to wymyślił?
Czy to nie jest trochę tak, że sami sobie odpowiadamy, że wszystko zależy od nas, i wtedy po co w ogóle rytuał? Bo jeśli to tylko kwestia intencji i wiary, to można siedzieć w ciszy i myśleć o tym czego chcemy, a efekt będzie ten sam co przy rytualne?
Właśnie dlatego mówię zawsze, że jak ktoś pisze rytuał do publikacji to powinien go testować na innych i zbierać opinie. Bo inaczej nie wiemy czy on działa tylko dla autora bo jest jego, czy ma coś w sobie co działa szerzej. Jak przepis kulinarny, ktoś gotuje dla siebie i mu wychodzi, ale czy inni też tak poczują ten smak?
No dobra, miara działania to jest naprawdę trudne pytanie. Bo co mamy porównywać? Uczucie podczas rytuału? Efekt w życiu po? Czas oczekiwania? Każde z tych kryteriów jest inne i każde można podważyć. Rozumiem, że Kamilka to podniosła, bo to rozbija trochę cały pomysł z testowaniem na szerszej grupie. Ale mimo wszystko myślę, że jakaś forma zbierania doświadczeń miałaby sens, nawet jeśli jest subiektywna. Lepsze to niż nic.
Właśnie, i chyba za bardzo odeszliśmy od pytania Kamilki. Bo ona pytała konkretnie, czy cudzy rytuał działa tak samo na nas, a nie czy rytuały w ogóle działają. To jest inne pytanie. Z mojego doświadczenia, jest różnica. Nie zawsze, ale bywa, że cudzego schematu po prostu nie czuję, mimo że technicznie robię wszystko tak jak opisano. A jak coś skonstruuję sama, nawet coś prostego, to jest jakiś kontakt z tym co robię. Trudno mi to inaczej nazwać.
Ale to brzmi jakby ocena była możliwa tylko po czasie, a to jest trochę bez sensu praktycznie. Jak mam wiedzieć czy symbolika rytuału do mnie przemawia, zanim go zrobię? Przeczytam go, wyobrażam sobie co będę robić i już wiem? Nie wiem czy tak to działa.
To jak ja mam to rozumieć w praktyce? Czytam opis, sprawdzam czy coś czuję i decyduję? A jak nic nie czuję, to szukam innego? Czy to znaczy, że dla osoby, która dopiero zaczyna, prawie żaden cudzy rytuał nie będzie działał, bo jeszcze nie ma tych skojarzeń?
A czy to nie jest właśnie argument za tym, że stare rytuały z długą historią są bardziej przetestowane zbiorowo? Bo skoro działały na wiele osób przez długi czas, to ta symbolika musiała być na tyle wspólna, żeby działać szerzej niż tylko na twórcę.
Słuchajcie, bo chcę dodać coś z zupełnie innej strony. Ćwiczę regularnie pewne rzeczy i zdarzyło mi się testować dokładnie ten sam schemat działania kilka razy w różnych wariantach. I zauważyłam, że ta sama technika z opisu działa inaczej kiedy ją robię rano, inaczej wieczorem, inaczej w określonym miejscu. Jeśli sam kontekst czasowy i przestrzenny robi taką różnicę, to tym bardziej cudzy versus własny rytuał nie jest pytaniem zero-jedynkowym. Zależy od zbyt wielu zmiennych jednocześnie.
To co mówi Akacja jest ważne, bo pokazuje, że porównywanie cudzego i własnego w oderwaniu od reszty warunków jest trochę sztuczne. Ale mam pytanie do wszystkich: czy ktoś świadomie robił ten sam rytuał najpierw z czyjego opisu, a potem w swojej wersji i zauważył realną różnicę? Nie teoretycznie, ale z pamięci konkretnego przypadku?
Tak, miałam coś takiego. Znalazłam opis rytuału oczyszczenia, dość prosty, świeca, dym, wizualizacja. Zrobiłam go trzy razy tak jak było napisane i za każdym razem miałam wrażenie że to jest czyjaś choreografia, którą wykonuję. Potem zmieniłam kolejność elementów i dodałam jeden przedmiot, który dla mnie coś znaczy, i od razu poczułam że to jest moje. Czy efekt był inny? Nie wiem tego obiektywnie. Ale zaangażowanie było inne.
Ale to sprowadza wszystko do psychologii, i znowu wraca pytanie Anastazego sprzed chwili. Jeśli różnica jest tylko w obecności i zaangażowaniu, to czy rytuał jest tu w ogóle konieczny? Rozumiem tę linię rozumowania, ale jakoś nie mogę się z nią do końca zgodzić. Mam wrażenie, że jest coś jeszcze, czego nie opisuje sama psychologia.
Dobra, ale to co powiedział Protazy to trochę pójście na skróty. Mówisz, że różnica między cudzym a własnym to kwestia zaangażowania. Okej. Ale skąd wiesz, że osoba, która robi cudzy rytuał, jest mniej zaangażowana? Ja mogę być absolutnie skupiony na cudzym schemacie, wierzyć w to co robię, powtarzać to przez miesiąc i nadal nie czuć różnicy. I co wtedy? Zaangażowanie to jest za prosta zmienna.
Sorki, może głupie pytanie, ale co to znaczy że znaczenie jest 'moje'? Bo biorę gotowy rytuał, czytam co każdy element symbolizuje, rozumiem to. Teraz to znaczenie jest moje czy nadal cudze? Gdzie jest ta granica?
To jest właśnie pytanie, które mnie kręci od początku. I nie jestem pewna czy da się to prosto rozstrzygnąć. Mnie się wydaje, że samo przeczytanie i intelektualne zrozumienie to nie to samo co skojarzenie, które masz zanim jeszcze pomyślisz. Jak widzę konkretny symbol i coś we mnie drga zanim zdążę go zinterpretować, to jest coś innego niż gdy go analizuję i dochodzę do wniosku że 'tak, rozumiem tę symbolikę'.
tak, dokładnie. I myślę, że to jest właśnie ta różnica, której szukamy w tym wątku. Cudzy rytuał przychodzi z gotową interpretacją, którą przyjmujesz albo nie. Własny budujesz z elementów, które już coś dla ciebie znaczą, zanim je zestawisz razem. To dlatego ta 'choreografia' o której mówiłam wcześniej jest takim trafnym słowem, bo uczysz się cudzych ruchów, nie swoich.
No ale to co mówicie zakłada że każdy ma jakieś głęboko zakorzenione skojarzenia z symbolami. A co jak nie mam? Serio, jak biorę jakiś rytuał i widzę tam, nie wiem, krzyż, albo księżyc, to żadne 'drgnięcie' nie następuje. Po prostu patrzę i myślę okej, księżyc. Czy to znaczy że dla mnie żaden rytuał nie zadziała?
Ale jak to sprawdzić? Skąd wiem co mam, skoro nie wiem czego szukać? To trochę błędne koło.
