Mam srebrny pierścień z labradorytem od jakichś trzech lat - kupiony spontanicznie, bez konkretnej intencji, i raczej traktuję go jak ozdobę z mocniejszą energią niż jak prawdziwy talizman. Teraz chciałbym sobie zamówić coś robionego pod konkretny cel - wytrwałość, doprowadzanie spraw do końca, ogólnie żeby pomagało w długofalowych projektach. Tylko że im głębiej w to wchodzę, tym bardziej się gubię. Z jednej strony zachodnia tradycja mówi cyna dla Jowisza, z drugiej w jyotish na Jowisza idzie żółty szafir w złocie. To są dwa zupełnie różne systemy. Z czego korzystacie i jak w ogóle podchodzicie do tego, żeby kamień i metal grały ze sobą, a nie były losowym zestawem?
To są faktycznie dwa systemy i trzeba sobie wybrać jeden, bo mieszanie wychodzi blado. Ja pracuję z zachodnim, agryppańskim - tam Jowisz to cyna, kamień raczej ametyst, niebieski topaz, czasem szafir, ale w innym kontekście niż wedyjskim. W jyotish reguły są inne i bardziej rygorystyczne - kamień musi być nieobrabiany termicznie, mieć minimum dwa karaty żeby działał, i dobiera się go pod konkretną pozycję planety w twoim wykresie urodzeniowym, a nie pod cel. To są dwie różne filozofie - zachodnia idzie pod intencję, wedyjska pod osobistą astrologię.
Cyna sama w sobie nie nadaje się na całą obrączkę, jest za miękka. W Kamienniku z Peterborough, który jest średniowiecznym kompendium, jest fajny zapis - "magiczne działanie kamieni zależy nie tylko od rodzaju kamienia, ale też od metalu, w jaki jest oprawiony oraz od duchowej czystości jego właściciela". Czyli średniowieczni autorzy już to widzieli systemowo. Diament, hiacynt, topaz, onyks i rubin powinny być oprawiane w złocie. Jaspis w srebrze. Ale to też dotyczy konkretnej tradycji, nie wszędzie tam samo.
Ja idę na skróty i nie bawię się w pełną planetarną zgodność. Pierścień srebrny noszę bo srebro generalnie dobrze pracuje z księżycową energią, którą lubię, a kamień dobieram pod aktualne zapotrzebowanie. Mam zestaw kilku różnych obrączek i wymieniam je. Nie pretenduję do robienia talizmanu w pełnym tego słowa znaczeniu, raczej traktuję to jako noszenie kamienia blisko ciała. I to też ma efekt.
Dorzucę od strony kamienia. Mocno odradzam kupowanie z drugiej ręki bez bardzo gruntownego oczyszczenia, zwłaszcza pierścieni używanych dłużej niż kilka miesięcy. Metal trzyma ładunek od poprzedniego właściciela. Ja mam taki przypadek z onyksem - dostałam pierścień po cioci, super ładny, ale przez pierwsze pół roku miałam wrażenie ciężaru przy noszeniu. Dopiero po porządnym oczyszczeniu w soli morskiej, potem zakopanie na trzy dni w ziemi w doniczce, no i okadzenie - dopiero wtedy pierścień stał się "mój".
Co do oczyszczania używanych pierścieni - sól tak, ale uwaga na metal. Sól potrafi zmatowić srebro paskudnie. Lepiej zawinąć pierścień w gazę, włożyć w sól, a nie sypać bezpośrednio. Złoto wytrzyma, srebro już niekoniecznie, miedź czy mosiądz - zniszczy.
Ja mam pierścień z hematytem w stali nierdzewnej i bardzo dobrze mi służy do uziemienia. Wiem, że stal nie ma tradycyjnego przyporządkowania planetarnego, ale skoro to żelazo z domieszkami, to traktuję jako pochodną Marsa. Wy też tak robicie czy uważacie to za pójście na skróty?
