Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy malejący księżyc rzeczywiście zmienia coś w przebiegu rytuałów, czy to tylko kwestia nastawienia psychicznego. Sam pracuję głównie z odczynnymi i oczyszczającymi praktykami i czuję wyraźną różnicę - szczególnie kiedy robię coś związanego z usuwaniem blokad albo kończeniem spraw. Ale mam wrażenie, że ludzie często mylą fazę malejącą z pełnią i potem dziwią się, że coś nie wyszło. Co wy obserwujecie u siebie? Pytam, bo chcę się upewnić, że to nie jest tylko moje wyobrażenie.
Pracuję z runami i przy malejącym regularnie sięgam po Hagalaz albo Nauthiz - nie dlatego, że tak napisano w jakiejś książce, ale dlatego, że ta faza po prostu sprzyja rozbiciu starych wzorców. Przy pełni te same runy działają inaczej, bardziej gwałtownie. Przy malejącym jest jakby spokojniej, głębiej. Trudno to opisać słowami, ale ten rytm czuć.
Różnica między malejącym a pełnią to nie tylko symbolika - astronomicznie rzecz biorąc, w fazie malejącej grawitacyjne oddziaływanie Księżyca na wodę w organizmie jest inne. Niektóre badania dotyczące rolnictwa biodynamicznego sugerują, że rośliny inaczej wchłaniają wodę w zależności od fazy. Jeśli to działa na biologię roślin, logiczne jest, że może mieć wpływ na stan człowieka w trakcie pracy rytualnej. To oczywiście nie tłumaczy wszystkiego, ale daje jakiś punkt oparcia poza czystą wiarą.
Szczerze mówiąc, zawsze mi to sprawiało problem - mam wrażenie, że każda osoba inaczej definiuje, od kiedy zaczyna się 'malejący'. Czy chodzi o moment tuż po pełni, czy już od pierwszej kwatery malejącej? Bo to chyba nie jest to samo i intuicja podpowiada mi, że rytuał zrobiony tuż po pełni kontra ten zrobiony przy ciemnej Księżyca to dwa zupełnie różne doświadczenia.
A wogóle to mozna robic rituały przy ciemnym ksieżycu, czy to ta sama faza co malejacy? Zawsze mnie to myliło bo w jednej ksiąszcze pisało że nie, a w innej że to naturalny szczyt fazy malejącej.
Przepraszam, może głupie pytanie, ale jak wy w ogóle planujecie te rytuały? Sprawdzacie kalendarz księżycowy z wyprzedzeniem, czy raczej robicie coś bardziej spontanicznie i potem po fakcie sprawdzacie, co to była za faza?
To nie jest tak, że skoro przy malejącym robimy 'odpuszczanie' to znaczy, że nie można nic nowego zaczynać? Bo gdzieś czytałem, że to tylko kwestia intencji i że faza księżyca to tylko dodatkowy kontekst, nie reguła. Ale inni twierdzą, że robienie rytuału nowego początku przy malejącym to jak sadzenie ziarna jesienią. Kto tu ma rację?
Ostatnio miałem ciekawe doświadczenie - robiłem rytuał oczyszczenia przestrzeni przy malejącym i przez kilka kolejnych dni czułem coś w rodzaju lekkości, ale też jakiegoś wewnętrznego niepokoju. Jakby coś zostało 'odkurzone', ale nie zdążyło się jeszcze ułożyć. Zastanawiam się, czy to normalny efekt takiego oczyszczenia, czy może coś poszło nie tak.
Wtrącę się, bo sama się na to natknęłam. Przy pracy z czakrami, szczególnie solarną, nauczyłam się, że sama praca oczyszczająca to tylko połowa. Potem trzeba coś 'wstawić' na to miejsce - intencję, obraz, cokolwiek co ma tam być zamiast tego, co usunęłaś. Inaczej to miejsce znowu się zapełnia byle czym. Czy przy rytuale przestrzeni nie działa podobnie?
A skąd wiecie, że to właśnie ta pominięta część była przyczyną, a nie coś innego, co się akurat wtedy działo? Pytam serio, bo zawsze mnie zastanawia, jak odróżnić korelację od przyczyny w takich sprawach.
Ale to wszystko brzmi jakby trzeba było czekać miesiącami na efekty. Czy nie ma jakiegoś sposobu, żeby przy malejącym przyspieszyć ten proces odpuszczania? Bo jeśli ktoś chce się pozbyć czegoś konkretnego, to chyba nie musi czekać trzy tygodnie na następny malejący?
No dobra, rozumiem, że to proces. Ale skoro malejący trwa dwa tygodnie, to co się właściwie powinno dziać w trakcie, a nie tylko 'po'? Bo mam wrażenie, że robię jeden rytuał i potem czekam bez działania. Czy to ma tak wyglądać?
Pytanie jest sensowne. Zależy, co robisz. Jeśli intencja była konkretna - powiedzmy, uwolnienie się od jakiegoś schematu - to przez całą fazę możesz robić mniejsze, wspierające działania. Nie kolejne rytuały tej samej rangi, ale na przykład prowadzenie dziennika, obserwowanie, co się odpuszcza samo. Rytuał przy malejącym to nie przełącznik. To raczej otworzenie procesu.
A jak to odróżnić - że coś 'się odpuszcza samo' od tego, że po prostu czas mija i zapominamy? Serio pytam, bo nie wiem, czy u mnie po tym oczyszczeniu coś się rzeczywiście zmieniło, czy po prostu przestałem o tym myśleć.
No właśnie, tu znowu wracamy do tego, co mówiłem wcześniej. Skąd wiadomo, że to rytuał, a nie po prostu czas? Nie atakuję, naprawdę chcę to zrozumieć.
I to jest dokładnie ten punkt, przy którym rozchodzą się drogi różnych tradycji. W psychologii rytualnej - jest taki nurt, który czerpie z Junga i Mary Douglas - rytuał rozumiany jest jako akt separacji od starego stanu. Nie chodzi o to, żeby 'coś zadziałało magicznie', tylko żeby umysł miał wyraźny sygnał: to się skończyło. Malejący księżyc jako kontekst tego sygnału to nie przypadek - jest wizualnym potwierdzeniem kurczenia się czegoś.
Ale właśnie - skoro przy malejącym chodzi o odpuszczanie, to czy można przy tej samej fazie pracować z czymś, czego się boisz, a nie tylko z czymś, czego chcesz się pozbyć? Bo strach to trochę inne niż 'zły nawyk' - nie wiem, czy to się kwalifikuje.
Co masz na myśli przez 'korzeń'? Że chodzi o przyczynę strachu?
A czy do takiej pracy z korzeniem potrzeba czegoś specjalnego - jakichś konkretnych elementów w rytuale? Bo ja jak coś robię, to zazwyczaj świeczka i intencja, i nie wiem, czy to wystarczy przy głębszych sprawach.
to ciekawe co mówisz Celestynko bo ja mam dokładnie ten problem że przy prostych rzeczac moje myśli latają wszędzie. Czy jest jakaś praktyka żeby utrzymac uwagę bez robienia całej skomplikowanej ceremonii? Bo nie zawsze mam warunki na rozbudowane rzeczy
dobry pomysł z oddechem, sam tak robię ale nie myślałem że to ma jakiś mechanizm. Wydawało mi się ze to poprostu nawyk. A wracajac do malejącego - czy jest jakiś dzień w tej fazie który jest szczegolnie dobry do zakańczania spraw? Bo gdzieś czytałem że ostatnie dni przed nowym to najlepszy moment na definitywne zamknięcia.
Okej, to teraz mam konkretne pytanie do wszystkich: czy ktoś zauważył realną różnicę między rytuałem robionym na początku fazy malejącej a tym samym rytuałem robionym na jej końcu, tuż przed nowym? Chodzi mi o subiektywne odczucia, nie teorię.
Dobre pytanie Reginka, bo sam się nad tym zastanawiałem przez długi czas. Subiektywnie - na początku fazy jest jakby więcej 'materiału do pracy', energia jest jeszcze wyraźna i można to poczuć nawet bez żadnego przygotowania. Pod koniec, tuż przed nowym, jest jakiś rodzaj ciszy. Nie pustki, ale ciszy. Rytuały robione wtedy mają dla mnie inne zabarwienie - bardziej ostateczne, mniej 'procesowe'. Nie wiem, czy to dobre słowo.
Dokładnie tak to opisałabym. Ten czas tuż przed nowym księżycem jest jak wydech po długim biegu. Coś się skończyło, ale nowe jeszcze nie zaczęło. Rytuały w tym miejscu mają u mnie tendencję do bycia krótszymi i prostszymi - jakby zbędne było cokolwiek rozbudowanego. Wy tak samo?
Myślę że te różnice, które opisujecie, mają też podstawy w tym, jak poszczególne kultury segmentowały fazę malejącą. W tradycji babilońskiej na przykład sam moment tuż przed nowym - zwany Bubbulum - był traktowany jako czas absolutnego wyciszenia aktywności rytualnej. Nie pracowano wtedy aktywnie, raczej odpoczywano. To co wy opisujecie jako 'cisza' mogłoby być właśnie tym - instynktownym odczuciem tamtej granicy.
A skąd w ogóle wiadomo, że coś 'inicjuje' a coś 'kończy' - mam na myśli w praktyce, bo intencja może być ta sama. Piszę: 'chcę to puścić' i nie wiem, czy to jest zamknięcie czegoś, co już trwało, czy właśnie zaczynam proces puszczania.
Czyli właściwie mówisz, że sam księżyc to nie jest jakiś silnik, który decyduje co się dzieje, tylko raczej kontekst, który można lepiej lub gorzej wykorzystać?
