Trzecia strona - to bardzo dobrze powiedziane. Czyli de facto rytuał solo z takim przedmiotem nie jest wcale solo? Jest jakieś widmo relacji w tle.
Słucham tego i myślę - ile z nas ma takie przedmioty i po prostu ich nie rozpoznaje? Tzn. wiemy, że coś jest nie tak, ale nie łączymy tego z konkretnym obiektem. Gienia połączyła, bo uważnie obserwuje swoją praktykę. A co z tymi, którzy po prostu mają chaos w rytuałach i nie wiedzą skąd?
To jest bardzo dobra obserwacja. W psychologii ciała mówi się o tym, że nieuświadomione skojarzenia z przedmiotami mogą działać podobnie jak nieuświadomione skojarzenia z sytuacjami - tzn. wchodzisz w określony stan nie wiedząc dlaczego, bo trigger jest fizyczny, nie werbalny.
Ja to rozpoznaję po tym jak reaguję na sam widok przedmiotu zanim zdążę pomyśleć. Tzn. jest taki ułamek sekundy przed jakąkolwiek myślą - i tam jest albo spokój, albo coś co nie jest spokojem. Ale to bardzo subiektywne, nie wiem czy każdy ma takie coś.
U mnie z tą świecą jest właśnie tak jak opisuje Mageczka. Jest ten ułamek sekundy i wiem. Nie wiem co dokładnie wiem, ale wiem, że to nie jest neutralne. I chyba właśnie to uniemożliwia mi podjęcie decyzji co z nią zrobić - bo zanim zdążę cokolwiek zdecydować, już jestem w tym stanie.
To co opisuje Gienia z tym ułamkiem sekundy przed myślą - zastanawiam się czy to jest coś, co można w ogóle ominąć, czy jednak trzeba przez to przejść. Bo może właśnie to zawieszenie, o którym mówi, jest odpowiedzią samą w sobie - tzn. dopóki ciało reaguje zanim zdąży pomyśleć, to znaczy że sprawa nie jest gotowa do decyzji?
Mam wrażenie, że rozmawiamy teraz o dwóch różnych rzeczach - o konkretnej świecy Gieni i o czymś dużo szerszym, co mnie bardziej interesuje w kontekście tematu. Bo jeśli przedmiot może trzymać relację w zawieszeniu, to jak to w ogóle działa w rytuale solo? Tzn. kiedy nie ma nikogo, kto by potwierdził, że coś zostało domknięte albo że rytuał się udał - to samo ciało musi pełnić rolę tej trzeciej strony?
Tutaj jest właśnie sedno. W tradycji greckiej pojęcie 'katharsis' - oczyszczenia - było zawsze powiązane z doświadczeniem wspólnotowym, z teatrem, z obserwującymi. Nie dlatego, że jednostka nie może przejść przez coś sama, ale dlatego, że 'świadek' pełni funkcję domknięcia. Kiedy praktykujesz solo, musisz albo znaleźć wewnętrzny odpowiednik świadka - co jest bardzo trudne, bo ciężko być jednocześnie tym, który działa i tym, który potwierdza - albo zaakceptować że pewne rytuały będą miały charakter otwarty, bez domknięcia.
Słyszałam o tym podejściu z dziennikiem i mam mieszane uczucia. Tzn. zaczęłam kiedyś i po kilku tygodniach stwierdziłam, że piszę do siebie o sobie i to trochę jak rozmowa w próżni. Czy ktoś faktycznie czuje, że to pomaga, czy to bardziej teoria?
Wracam do pytania Glozki o ciało jako trzecią stronę - bo to mnie uderzyło. W sensie - w fizjologii jest coś takiego jak interocepcja, czyli zdolność do odbierania sygnałów z wnętrza ciała. I ludzie bardzo się różnią pod tym względem. Jedni są bardzo wyczuleni na te sygnały, inni prawie ich nie czują. Zastanawiam się czy to ma jakieś przełożenie na to, jak ktoś radzi sobie z rytuałem solo - czy osoby z wysoką interocecją łatwiej są swoim własnym świadkiem?
Słuchajcie, ja siedzę tu z tym co napisała Rozalinda o domknięciu przez dziennik i myślę o swoich rzeczach po babci. Bo babcia umarła spokojnie, byłam przy tym i było pożegnanie. I te przedmioty są dla mnie spokojne. Ale mam też jedną rzecz po wujku - nagłe odejście, bez pożegnania - i to jest właśnie ta rzecz, na którą nie mogę patrzeć bez dyskomfortu. Czyli Rozalinda miała rację, ale skąd wziąć domknięcie po fakcie, skoro go nie było?
Słucham Rozalindy i myślę, że to co opisuje - czas zatrzymania który się nie zdarzył - to jest chyba najcelniejszy opis tego co mi się przydarzyło z tą świecą. Relacja się urwała i nie było żadnego momentu zatrzymania. I ta świeca jest teraz tym miejscem, gdzie zatrzymanie siedzi i czeka. Nie wiem czy to pomysł żeby to zrobić teraz, z opóźnieniem.
To jest ważne pytanie i mi się kojarzy z czymś innym - czy w ogóle da się zaplanować rytuał domknięcia? Bo mam wrażenie że takie rzeczy albo się zdarzają kiedy jest gotowość, albo robimy je mechanicznie i nic z tego nie wynika. Gienia, czy ty w ogóle czujesz coś w rodzaju gotowości, czy to jeszcze za wcześnie?
Zatrzymuję się tu, bo to co opisuje Gienia wraca do pytania z tytułu inaczej niż myślałam. Komunia w rytuale - którą mi brakuje kiedy pracuję sama - może być właśnie tym. Nie chodzi tylko o obecność drugiej osoby w sensie fizycznym, ale o to że ktoś jest świadkiem momentu, który nie może istnieć tylko w twojej głowie. Zatrzymanie, domknięcie, pożegnanie - to wszystko ma zupełnie inną wagę kiedy dzieje się przed kimś. I nie wiem czy dziennik to zastąpi, szczerze.
A co jeśli zamiast dziennika jest jakaś forma rytuału gdzie świadkiem jest sama przestrzeń? Tzn. nie piszesz, ale tworzysz coś - układ przedmiotów, ołtarz, cokolwiek - co zostaje i 'widzi' że coś się wydarzyło? Nie wiem czy to ma sens, ale zastanawiam się czy materialność może zastąpić obecność.
Zastanawiam sie nad tym co Blanka napisała o ołtarzu jako zapisie. Bo to by znaczyło, że sam akt zostawienia czegoś na miejscu jest rodzajem rytuału - bez wykonywania żadnych czynności. Czy to wystarczy? Tzn. czy przestrzeń naprawdę 'trzyma' coś, czy my trzymamy to w głowie bo widzimy te przedmioty?
Słuchając Rozalindy myślę o tym inaczej - nie każde przejście musi być faktem społecznym, prawda? Żałoba po relacji która była tajna, albo zamknięcie czegoś czego inni nie mogą wiedzieć. Są rzeczy które z założenia nie wychodzą na zewnątrz. I wtedy ta luka o której mówisz jest wbudowana strukturalnie w sytuację, nie tylko w praktykę solo.
Mam pytanie do całej rozmowy - mówimy dużo o domknięciu, świadkach, ołtarzach. Ale czy ktoś tu rozróżnia między rytuałem który ma domknąć coś przeszłego a rytuałem który jest po prostu praktyką codzienną, bez specjalnej intencji? Bo mi się wydaje, że w praktyce solo te dwie rzeczy stoją przed zupełnie innymi problemami.
Mageczka - to jest dobre rozróżnienie i myślę że faktycznie weszłyśmy głównie w ten pierwszy typ, bo Gienia i Bernadka wniosły bardzo konkretne sytuacje. Ale dla mnie komunia w rytuale codziennym też jest problemem, bo regularność bez grupy ma inną jakość. Nie brakuje domknięcia, brakuje rytmu który jest wspólny - kiedy wiesz że w sobotni wieczór ktoś też rozkłada swoje rzeczy, zaświeca, milczy. To jest inna tęsknota.
Właśnie to co napisała Glozka - rytm który jest wspólny. Tego mi chyba brakuje bardziej niż świadka przy konkretnym rytuał. Bo jak robiłam coś razem z babcią, to wiedziałam że w tym samym momencie roku, o tej samej porze, ona też to robi. I po jej śmierci ta regularność się po prostu urwała. Nie ma kogo zapytać 'robiłaś już?'.
Słucham Bernadki i myślę że 'wyobrażam sobie' to może być za ostre słowo dla tego co się dzieje. W medytacjach metta - tej buddyjskiej praktyce życzliwości - jest cały ciąg gdzie myślisz o innych, rozszerzasz uwagę. Badania pokazują że to ma efekt na poziomie emocjonalnym nawet jeśli te osoby nie wiedzą o twojej praktyce. Więc może 'wyobrażanie sobie wspólnoty' to nie jest iluzja, ale coś działającego inaczej niż myślimy.
Może to jest właśnie fundamentalna granica praktyki solo - nie 'nie możesz nic zrobić', ale 'są rzeczy których faktycznie nie zastąpisz'. I to nie jest porażka, tylko opis rzeczywistości. Glozka na początku pytała czy rytuały solo są wartościowe mimo braku komunii - może odpowiedź jest 'tak, ale z wiedzą o tym co zostaje puste'.
Zlocien - i to właściwie jest uczciwa odpowiedź. Choć trochę smutna. Zastanawiam się teraz czy można tę pustkę zrobić częścią rytuału zamiast ją ignorować. Tzn. zamiast robić rytuał tak jakby komunia była, zostawić w nim świadome miejsce na to czego nie ma. Nie wiem czy to pomaga czy pogłębia brak.
To brzmi jak żałoba w rytuale - aktywne pamiętanie o nieobecnym zamiast udawania że go nie ma. Czy robiłaś kiedyś coś takiego? Bo ja próbowałam i miałam wrażenie że po takim rytuale jest mi ciężej, nie lżej.
Słuchając was myślę o tej mojej świecy inaczej niż wcześniej. Może ona jest właśnie tym 'miejscem na nieobecne' - nie trzymam jej bo nie mogę się pożegnać, ale dlatego że ta nieobecność jest faktem który nie powinien zniknąć ze stołu. Nie wiem czy to logiczne ale coś mi w tym siedzi. Andromedka pytała co by znaczyło 'zrobić to teraz' - może właśnie to, zostawić ją tam ale przestać się zastanawiać po co tam jest.
Gienia - to nie jest nielogiczne. Myślę że wiele osób trzyma przedmioty właśnie z tego powodu, tylko nigdy tego tak nie nazywa. Że nieobecność jest faktem i ma swoje miejsce, nie dlatego że nie można odpuścić. Choć nie ukrywam że te dwie rzeczy mogą ze sobą współistnieć i trudno je od siebie odróżnić.
Ale wracam do tego co pytałam Glozce - robiłaś kiedyś rytuał gdzie aktywnie zostawiasz miejsce na nieobecne? I czy po tym jest lżej czy ciężej? Bo moje doświadczenie było jednoznaczne - ciężej. I nie wiem czy to znaczy że źle to robiłam, czy że to po prostu tak działa.
