Słuchajcie, mam pytanie które może być głupie ale: czy macie wrażenie że przedmioty na ołtarzu zmieniają znaczenie z czasem? Bo to co mówicie sugeruje że nie są statyczne.
Ten wątek z kamieniami jest naprawdę ciekawy w kontekście tego tematu wątku bo właśnie przy solo rytuałach ta ewolucja znaczenia jest wyraźniejsza. W komunii przedmiot znaczy to co ustalił zbiorowy konsensus - masz babciny różaniec i on znaczy babcię, bo to jest jasne dla wszystkich w rodzinie. Sam - możesz go z czasem przeinterpretować i nikt ci nie powie że się mylisz. I to jest wolność i to jest ciężar jednocześnie.
Karolcia mówi coś co chcę rozwinąć. Ten brak korekty zewnętrznej działa w dwie strony. Możesz pójść głębiej niż pozwoliłaby ci tradycja, ale możesz też dryfować w kierunku który nie służy. I nie ma sygnału alarmowego. Dlatego właśnie solo rytuał nie jest po prostu uproszczoną wersją komunii - to jest kompletnie inna odpowiedzialność.
Glozka56 napisała o dryfowaniu i braku sygnału alarmowego - i to mnie zatrzymało. Bo jak w ogóle rozpoznajesz że dryfujesz? Pytam serio, bo z zewnątrz to wygląda tak samo jak 'iść głębiej'. Skąd wiesz co jest czym?
Gienia dotknęła czegoś co jest stare jak sama religia zorganizowana - różnica między rytuałem jako praktyką obecności a rytuałem jako schematem. W badaniach nad rytuałami zbiorowymi jest pojęcie 'rutynizacji charyzmatu' - Weber to opisywał w kontekście religijnym, ale w praktyce indywidualnej działa podobnie. Żywa forma zamraża się w schemat. Problem w solo praktyce jest taki że nie ma nikogo kto by zauważył że forma przestała żyć.
To co Karolcia mówi o niecierpliwieniu - u mnie jest inaczej, mam odwrotny sygnał. Kiedy zaczynam wydłużać rytuał bez powodu, dodawać rzeczy których nie było, to znaczy że coś mi ucieka. Jakbym próbowała złapać coś przez objętość. I to jest chyba mój znak że forma się posypała, tylko nie chcę tego przyznać.
Zastanawiam się teraz nad tym kamieniem w kontekście całej tej rozmowy. Może on jest na ołtarzu właśnie dlatego że rytuał wokół niego nigdy się nie sformalizował i dlatego nie mógł spaść w nawyk? Jakby niepodjęta decyzja była formą ochrony przed rutynizacją o której Karolcia mówiła.
To zawieszenie o którym Mageczka mówi ma swoją tradycję - w wielu praktykach jest coś w rodzaju strefy liminalnej dla przedmiotów. Nie są ani aktywne ani odłożone. Mary Douglas pisała o materii w złym miejscu jako o materii niebezpiecznej, ale można to odwrócić - materia w zawieszeniu to materia otwarta. Kamień który nie ma jeszcze przypisanej roli może być właśnie dlatego ciekawy, bo nie narzuca kierunku.
Zlocien zadaje pytanie które dotyczy struktury a nie tylko zawartości. I myślę że odpowiedź zależy od tego czy ołtarz jest traktowany jako przestrzeń skupienia czy jako przestrzeń relacji. Jeśli skupienia - to mieszanie osłabia. Jeśli relacji - to zawieszenie jest jej częścią, bo relacje też bywają nierozstrzygnięte. I przy solo rytuałach to drugie podejście jest często nieuniknione, bo nie masz kogoś kto pomoże ci utrzymać strukturę.
Słucham tego o strukturze i mam pytanie może z innej strony: czy wy w ogóle przebudowujecie ołtarze? Bo z tego co tu słyszę to wychodzi że większość rzeczy ląduje na nim i zostaje. Czy ktoś aktywnie usuwa przedmioty?
Zacząłem zbierać to w głowie i wychodzi mi że ołtarz w solo praktyce pełni funkcję zewnętrznego świadka. Przedmioty są tam żeby ktoś - coś - widziało. A bez komunii ten świadek jest niematerialny, więc ołtarz staje się tym materialnym. Czy to ma sens czy za bardzo kombinuję?
Andromedka to ładnie ujęła, ale chcę dodać jedno zastrzeżenie. Przedmiot jako świadek działa tylko jeśli naprawdę traktujesz go jako takiego. Jeśli kamień stoi na ołtarzu z przyzwyczajenia, nie pełni tej funkcji, jest tylko kamieniem. Ta aktywacja świadka wymaga intencji którą przy solo praktyce musisz generować samodzielnie, bez zewnętrznego kontekstu który by cię do tego pchał. I to jest właśnie ten wysiłek który może być bardzo zmęczający w długim czasie.
Karolcia mówi o czymś co czuję jako sedno tej rozmowy od początku. Komunia zmniejsza wysiłek podtrzymywania sensu, bo sens jest częściowo zawarty w tym że ktoś jest obok. Solo rytuał wymaga że ty jesteś jednocześnie wykonawcą, świadkiem i tym co nadaje sens. To nie jest niemożliwe. Ale jest kosztowne. I myślę że właśnie dlatego tak wiele osób praktykujących samotnie ma okresy kiedy wszystko wysiada - nie dlatego że praktyka jest zła, tylko dlatego że koszt utrzymania struktury w jednej osobie jest po prostu duży.
Glozka56 powiedziała coś co mnie zatrzymało - że w solo rytuale jesteś jednocześnie wykonawcą, świadkiem i tym co nadaje sens. Ale czy to nie jest po prostu za dużo dla jednej osoby? Mam wrażenie że właśnie o to mi chodzi kiedy czuję że rytuał 'nie wychodzi' - nie dlatego że zrobiłam coś źle, ale dlatego że nie mam w sobie dość pojemności żeby być tym wszystkim naraz.
Zastanawiam się nad tym co Przemek powiedział - 'coś co jest i nie odejdzie'. To jest właściwie definicja sacrum w rozumieniu Eliadego. Nie chodzi o to że przedmiot jest magiczny, ale o to że jest stały w świecie który jest zmienny. I może dlatego solo rytuał przy ołtarzu ma coś z praktyk pustelniczych - w tradycjach chrześcijańskich i nie tylko, pustelnicy otaczali się przedmiotami jako formą ustanawiania sacrum bez wspólnoty. Kompania była w ikonach, relikwiach, kamykach z miejsc pielgrzymich.
Właśnie przez to mam te wszystkie zapiski do rytuałów. Nie żeby potem je przeglądać - rzadko to robię - ale samo zapisanie jest jakimś gestem wobec ciągłości. Jakbym mówiła 'byłam tu, zrobiłam to, coś to zarejestrowało'. Bez wspólnoty to jest moja jedyna forma archiwum.
Mageczka zadała pytanie które jest chyba najostrzejsze w tej całej rozmowie. Do kogo piszemy, do kogo odprawiamy. I myślę że to jest właśnie ta cicha umowa w solo praktyce - decydujesz że coś słucha, nawet jeśli nie wiesz co. To nie jest wiara ani niewiara, to jest zgoda na strukturę. Rytuał potrzebuje adresata, bo bez adresata to jest tylko sekwencja czynności.
Czyli rytuał bez adresata jest jak list bez odbiorcy. Można go napisać, ale coś w nim nie domyka. Pytam bo sama często mam poczucie że robię coś poprawnie i pusto jednocześnie - i może właśnie o to chodzi, że nie wiem do kogo.
To trochę zmienia sposób w jaki myślę o tym kamyku co leży u mnie na parapecie od lat. Zawsze myślałem że to jest pamiątka, ale może bardziej jest adresatem. Że jak zapalę świecę i na niego patrzę to on 'odbiera'. Brzmi głupio jak to piszę wprost.
Chcę się trochę zatrzymać przy tej wartościowości bo myślę że wpadamy w pułapkę. Mówimy 'wartościowy' jakby było jedno kryterium. Wartościowy dla kogo i w stosunku do czego? Bo jeśli porównujesz solo rytuał do braku rytuału - to oczywiście tak. Ale jeśli porównujesz do rytuału we wspólnocie - to są po prostu dwie różne rzeczy które dają różne rzeczy. Nie hierarchicznie, tylko funkcjonalnie.
Wróćmy może do tych przedmiotów bo to jest wątek który kilka razy się pojawiał i za każdym razem urywa. Czy wy dobieracie przedmioty na ołtarz jakoś świadomie pod kątem tego co Glozka56 mówiła o adresacie? Czy to wychodzi samo?
