Miałam ostatnio sytuację, która trochę mnie zaskoczyła i chciałam się zapytać, czy ktoś z was miał podobnie. Robiłam rytuał oczyszczający, który powtarzam regularnie od jakiegoś czasu, zawsze w ten sam sposób, z zachowaniem tych samych kroków. I tym razem... kompletnie nic. Nie żeby coś poszło nie tak po zewnętrznej stronie, tzn. świece się paliły, kadzidło dymilo jak powinno, słowa były te same. Ale w środku - zero. Jakby ktoś wyłączył prąd. Zamiast spokoju mam teraz w głowie jeszcze większy chaos niż przed. Zastanawiam się, czy to ja coś spieprowałam, czy może rytuał po prostu przestaje działać jeśli robi się go za często? Czy on traci wtedy coś... nie wiem jak to nazwać... swoją moc? Albo może ja tracę na niego wrażliwość?
Też tak miałam i przez długi czas nie umiałam tego zrozumieć. U mnie to było z rytuałem przed tarotem, zawsze robiłam to samo, zapalałam świecę, oddechy, skupienie, i przez wiele miesięcy działało. Potem nagle podczas czytania zaczęłam czuć jakiś opór, jakby karty były tylko kartami. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że robiłam to mechanicznie. To znaczy fizycznie wszystko się zgadzało, ale ja byłam myślami zupełnie gdzie indziej. Pytanie jest takie: czy to w ogóle wtedy ma sens to robić, czy lepiej odpuścić na jakiś czas?
To co opisujecie to jest naprawdę częsty problem i myślę, że jest tu kilka różnych rzeczy naraz, które warto od siebie oddzielić. Bo jedno to kwestia mechaniczności, o której pisze Strzaska, a drugie to pytanie, które zadała autorka tematu - czy rytuał traci coś przez częste powtarzanie. I tu mam trochę inne zdanie niż mogłoby się wydawać. Powtarzanie samo w sobie nie niszczy rytuału. W tradycjach liturgicznych, w shintoizmie, w praktykach buddyjskich - tam powtarzanie jest właśnie sednem. Problem pojawia się wtedy, kiedy nasze oczekiwania wobec rytuału się rozjeżdżają z tym, co on faktycznie ma robić. Jak przychodzisz do rytuału po konkretny rezultat, a nie po sam proces, to czasem właśnie to blokuje.
Ja mam takie spostrzeżenie z własnej praktyki z runami. Czasem robiłam galdr, wypowiadałam imiona run, i czułam że coś się dzieje. A innym razem te same runy, ten sam głos, i cisza. Zaczełam zapisywać kiedy tak się dzieje i okazało się, że u mnie mocno koreluje to z tym co sie dzieje w życiu zewnętrznym. Jak byłam w środku jakiegoś dużego emocjonalnego przesilenia, rytuał jakby nie znajdował miejsca do osadzenia sie. Jak fala trafia na inne fale i sie znoszą. Nie wiem czy to jest dobra analogia ale tak to czułam.
Dokładnie, i tu jest kwestia faz księżyca, bo większość takich blokad zdarza mi się przy księżycu w nowiu bezpośrednio przechodzącym przez znaki wodne, szczególnie przy Rybach. Czytałem że energie są wtedy mocno introwertyczne i skierowane do środka, więc zewnętrzne rytuały po prostu nie mają wyjścia, jakby. Polecam sprawdzić jaki był układ podczas nieudanego rytuału.
Perydotka napisała coś, co mnie zatrzymało. To o falach, które się znoszą. Ja mam podobne obserwacje, ale tłumaczyłam to sobie inaczej, że rytuał w momencie wewnętrznego przesilenia nie przestaje działać, on po prostu pracuje inaczej. Nie daje tego co oczekujemy, ale może robi coś zupełnie innego. Mam na myśli, że może celowo nie poczułaś spokoju, bo ta energia poszła gdzie indziej - na stabilizację czegoś, czego jeszcze nie widać. Ale zaznaczam, to jest moje doświadczenie z konkretną ścieżką, nie twierdzę, że to reguła.
A ja mam pytanie do Mimozy, bo zaczęłam się zastanawiać. Napisałaś, że robiłaś ten rytuał regularnie od jakiegoś czasu. I teraz mam pytanie, czy przez ten czas zmieniło się coś w twoim życiu? Mówię o dużych rzeczach, przeprowadzka, praca, relacje, cokolwiek. Bo zastanawiam się, czy może sam rytuał nie zawiódł, tylko ty w tym momencie potrzebujesz innego rytuału. Jakby twoja sytuacja zmieniła się, a forma którą stosujesz pozostała ta sama. To może być jak stare ubranie, które ci kiedyś dobrze pasowało.
To co piszesz o kotwicy jest bardzo ciekawe i myślę, że tu jest sedno tego wątku. Bo rytuały właśnie często pełnią tę funkcję, coś stałego kiedy wszystko się rusza. Tylko pytanie, czy ta kotwica ma trzymać statek w miejscu, czy ma być punktem odniesienia kiedy płyniesz dalej? Bo to są dwa zupełnie różne podejścia do tego, czym rytuał jest.
Przepraszam, że się wtracam, bo trochę gubię się w tej rozmowie. Chciałem zapytać bardzo konkretnie: jak w ogóle rozpoznać, że rytuał nie zadziałał, a nie że po prostu wyniki są opóźnione albo niewidoczne? Bo czytam wasze posty i zastanawiam się, skąd wiadomo, że coś naprawdę nie wyszło, a nie że po prostu efekt przyjdzie później albo inaczej niż się spodziewasz?
To jest dobre pytanie, Goris, i nie ma na nie jednej odpowiedzi. Ale z własnego doświadczenia powiem tyle: kiedy rytuał działa, nawet jeśli efekty są odroczone, to w momencie samego działania jest jakieś poczucie zamknięcia, zakończenia czegoś. Nie chodzi o emocje ani euforię, bardziej o neutralny spokój albo poczucie że coś zostało oddane. Kiedy tego nie ma, kiedy wychodzisz z rytuału z tym samym niepokojem z jakim wchodziłaś, to jest sygnał. Chociaż nawet wtedy nie nazwałabym tego porażką, bardziej informacją.
To rozróżnienie o którym pisze Tosieczkaa jest moim zdaniem kluczowe. Sama przez długi czas mieszałam te przyczyny i szukałam błędów technicznych tam, gdzie problem był zupełnie gdzie indziej. Zaczęłam się z tym bardziej systematycznie przyglądać i doszłam do wniosku, że dla mnie osobiście największym sygnałem jest to, czy przed rytuałem jest jakaś klarowność intencji. Nie chodzi o to, żeby wiedzieć dokładnie czego chcesz, ale o to, żeby nie wchodzić w rytuał z mgłą w głowie. Kiedy sama nie wiem do końca po co to robię w tej chwili, to potem efekty są dokładnie tak rozmyte jak ta mgła.
Ale jak długo czekać? Serio pytam, bo robiłam coś ostatnio i nie wiem czy mam czekać, robić kolejny, czy zupełnie to odpuścić. Bo ta niepewność mnie wykańcza bardziej niż samo niedziałanie.
Patrząc na tę rozmowę mam wrażenie, że mieszamy ze sobą kilka różnych problemów. Jest kwestia techniczna czyli czy rytuał został przeprowadzony zgodnie z zamierzeniem. Jest kwestia psychologiczna czyli stan osoby robiącej rytuał. I jest kwestia, powiem to wprost, metafizyczna czyli czy cokolwiek się w ogóle wydarzyło poza naszym odczuciem. I ta trzecia kwestia jest najtrudniejsza, bo nie mamy żadnego zewnętrznego wskaźnika. Możemy czuć że nic się nie stało, a coś się stało. Albo czuć że coś się stało, a nie wydarzyło się nic poza naszymi emocjami. Jak sobie z tym radzicie?
Właśnie przez tę trzecią kwestię, którą opisuje Astaria, sam mam problem z oceną czegokolwiek co robię. Skąd mam wiedzieć czy coś zadziałało jeśli nie mam żadnego punktu odniesienia? Może wszystko co przypisuję rytuałowi i tak by się wydarzyło, albo odwrotnie.
Ja mam ten dziennik od dłuższego czasu i nawet mnie to zaskoczyło jak zaczęłam go przeglądać. Są takie okresy, gdzie zapisałam pięć rytuałów z rzędu i przy każdym dopisałam 'brak odczuć' albo 'cisza'. I zawsze, ale to zawsze, jak potem patrzyłam wstecz, to coś w tamtym czasie się u mnie działo wewnętrznie, co wtedy w ogóle nie kojarzyłam z praktyką. Więc to nie było tak, że rytuały nie działały, raczej że ja byłam poza zasięgiem, jeśli można tak to powiedzieć.
Właśnie to o zacieraniu granicy jest chyba najtrafniejsze z tego co tu padło. Bo ja teraz jak próbuję ocenić swój rytuał, to nie wiem już co czułam rok temu, a co teraz. To się zlewa. I dlatego pytanie Gorisa o to jak rozpoznać że nie zadziałało jest takie trudne, bo ja po prostu nie mam punktu zerowego do porównania.
To co opisuje Mimoza ma swój odpowiednik w nordyckiej koncepcji wyrd, czyli splotu losów, bo tam też nie ma czegoś takiego jak izolowany skutek izolowanej przyczyny. Każde działanie jest częścią sieci i ocenianie pojedynczego rytuału w oderwaniu od całej reszty jest trochę jak ocenianie jednej nitki bez patrzenia na tkaninę. Nie mówię że to rozwiązuje pytanie Gorisa, ale może zmienia sposób w jaki w ogóle to pytanie stawiamy.
Wracając do tego co powiedziała Strzaska o forsowaniu, ja też przez długi czas robiłam ten błąd. Powtarzałam galdr kiedy nic nie czułam i zamiast efektów dostawałam coraz głębsze zniechęcenie. Dopiero jak odpuściłam na jakiś czas, to po powrocie znowu poczułam różnicę. Jakby przerwa była potrzebna żeby się zresetować. Chociaż nie wiem czy to dobry termin na to co opisuję.
Zastanawia mnie czy ta przerwa działa podobnie jak z tarotem, gdzie jak nie możesz oderwać się od jednego pytania i ciągasz karty co dwa dni w tej samej sprawie, to w pewnym momencie karty zaczynają odpowiadać twoim lękiem a nie odpowiedzią. Nie wiem czy to analogia ma sens ale jakoś mi to łączy.
A to 'question fatigue' to brzmi jak coś z psychologii, nie ezoteryki. Tzn. mówię to bez złośliwości, po prostu zastanawiam się czy tłumaczenie braku efektów rytuału przez psychologię to jest wyjaśnienie ezoteryczne czy jednak obejście problemu.
To co mówi Martusia o zmianie podejścia do rytuału, to chyba jest właśnie to, o co mi chodzi od początku tego wątku. Bo ja nie pytałam tylko o to czemu nie zadziałało, tylko co z tym robić. I teraz zastanawiam się, czy odpowiedzią jest przerwa, zmiana formy, zmiana intencji, czy może coś zupełnie innego. Macie jakiś pomysł jak to w ogóle zacząć rozkładać?
Pytasz jak zacząć rozkładać, ale czy masz poczucie, że sam rytuał był dobrze dobrany do tego czego szukałaś? Pytam serio, bo czasem nie działa nie dlatego że coś poszło nie tak w trakcie, ale dlatego że forma była po prostu nie ta dla danej sprawy albo danej osoby w danym momencie.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, może naiwne. Czy w ogóle macie wrażenie że rytuał jako taka stała forma, coś co się robi tak samo za każdym razem, nie jest trochę sprzeczne z tym, że my sami się zmieniamy? Znaczy, jeśli ja za rok jestem inną osobą, to ten sam rytuał robi inna osoba. Może to jest właśnie ten moment o którym mówi Mimoza.
Właśnie to jest sedno. Jak oba elementy się rozsynchronizują, to rytuał przestaje pełnić swoją funkcję nie dlatego że jest zły, tylko dlatego że człowiek który go stworzył już go przerósł albo poszedł w inną stronę. Nie wiem czy to porażka rytuału, to raczej sygnał.
To co mówi Goris o rozróżnianiu mnie też zastanawia. Bo w tarocie mam bardzo wyraźne poczucie kiedy karta 'odpowiada' a kiedy dostaje tylko echo własnego pytania. W rytuałach tego poczucia nie mam tak wyostrzonego. Zastanawiam się czy to kwestia praktyki, czy może rytuały z natury są mniej czytelne jeśli chodzi o informację zwrotną.
Zaneta, to jest pytanie które ja sobie zadaję od kiedy zaczęłam ten wątek. I szczerze to nie mam na nie odpowiedzi. Jedyne co mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, to że jak efekt rzeczywiście przyszedł w przeszłości, to wiedziałam. Nie było wątpliwości. A jak mam wątpliwości, to zazwyczaj coś jeszcze jest w toku albo w ogóle nie zadziałało.
ale to co opisujesz brzmi jak potwierdzenie przez następstwo. Czujesz że zadziałało, gdy coś się stało. A co jeśli to co się stało stałoby się bez rytuału? Jak to odróżnić?
