Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy rytuał wykonywany w pojedynkę, bez żadnej grupy, bez kogoś bliskiego obok, w ogóle działa tak samo jak ten robiony wspólnie. Nie mówię, że nie działa - bo wiem, że może - ale chodzi mi o to poczucie, które zostaje po. Kiedy robiłam rytuały z innymi osobami, był jakiś ciężar zbiorowej intencji, nawet jeśli to była tylko jedna osoba więcej. Teraz mieszkam sama od kilku lat i zauważam, że rytuały mi jakoś... spłaszczają się. Formalnie robię to samo, ale coś jest inaczej. Czy ktoś ma podobne odczucia? I czy w ogóle szukacie jakiegoś sposobu, żeby to obejść, czy może po prostu przyjęliście, że tak już jest?
To, co opisujesz, to chyba jeden z tych tematów, o których rzadko się mówi wprost. Ja też przez długi czas robiłam rytuały w grupie - z mamą, potem z koleżanką, która się tym interesowała - i kiedy zostałam sama, przez jakiś czas w ogóle nie podchodziłam do ołtarzyka. Nie miałam siły ani ochoty, bo to po prostu wyglądało inaczej bez tej drugiej osoby. Ale mam pytanie do Ciebie: czy Twoje rytuały były zawsze z konkretnymi przedmiotami, którymi teraz używasz solo? Bo mam wrażenie, że to może być też kwestia tego, z czym dany przedmiot jest połączony w pamięci.
Właśnie ten wątek z przedmiotami jest dla mnie kluczowy. Mam świecę, którą dostałam od kogoś ważnego i używałam jej razem z tą osobą - teraz ta świeca stoi na półce i za każdym razem, gdy patrzę na nią przed rytuałem, mam w głowie tamten wieczór. Nie wiem, czy to przeszkadza czy pomaga. Może jedno i drugie.
A czy próbowałaś kiedyś zmienić coś w strukturze rytuału specjalnie pod bycie solo, zamiast robić go tak samo jak z kimś? Bo może właśnie problem polega na tym, że rytuały grupowe mają inną dynamikę i nie da się ich po prostu przenieść jeden do jednego na sytuację solową.
Jest taki termin w antropologii rytuału - 'communitas' - wprowadzony przez Victora Turnera. Opisuje stan wspólnoty, który pojawia się właśnie podczas rytuałów grupowych: chwilowe zawieszenie hierarchii, poczucie jedności z innymi uczestnikami. Turner badał to głównie na przykładach rytuałów przejścia w kulturach afrykańskich, ale sam wskazywał, że communitas jest czymś, czego nie można zastąpić niczym innym. Więc pytanie czy rytuał solo jest 'wartościowy' to może nie jest dobre pytanie - bo on jest czymś innym z definicji. Nie mniejszym, ale innym. Czy ktoś z was miał kiedyś poczucie, że w rytuale solowym osiągnął coś, czego grupowy by mu nie dał?
Wchodzę tu z boku, bo nie jestem osobą, która robi rytuały - ale to, co piszecie, brzmi jak zwykła tęsknota za byciem z ludźmi, ubrana w ezoterycznie brzmący język. Nie mówię tego złośliwie, naprawdę - ale czy nie jest tak, że communitas to po prostu ludzka potrzeba wspólnoty? I ta potrzeba nie jest zaspokojona, więc rytuał 'nie działa'?
A czy te przedmioty, które macie z czasów rytuałów grupowych, nie stają się wtedy właśnie tym świadkiem? Bo jeśli używam świecy, którą zapalałam razem z kimś kilka razy, to ta świeca nie jest już tylko świecą - jest w niej coś z tamtych momentów, prawda? Może to trochę dziwnie brzmi, ale wydaje mi się, że przedmioty mogą pełnić taką rolę.
Czytam ten wątek i zastanawiam się, czy nie jest tak, że my jako społeczeństwo kompletnie nie mamy języka do mówienia o samotności rytualnej. Mamy tradycje wspólnotowe, mamy teraz modę na indywidualne praktyki mindfulness - ale coś pomiędzy, czyli rytuał z prawdziwą intencją robiony przez jedną osobę, gdzieś wypada. Ani Kościół tego nie obsługuje normalnie, ani nowe praktyki nie mają tej głębi. I może stąd właśnie ten dyskomfort.
Moim zdaniem to jest kwestia tego, żeby po prostu nauczyć się budować energię samodzielnie zamiast polegać na innych. Rytuały solowe są równie skuteczne, wystarczy właściwa intencja i skupienie. Właściwie to nawet lepiej pracuje się w pojedynkę, bo nie ma zakłóceń od innych osób z ich własną energią.
A wróćmy do tych przedmiotów, bo to mnie najbardziej interesuje. Mam kilka rzeczy po babci - mały obrazek, kamień, który leżał na jej parapecie - i używam ich w swoich rytuałach. Nigdy nie robiłam z nią żadnego rytuału, ona w ogóle nie była tym zainteresowana, ale te przedmioty są dla mnie jakoś... zakorzenione. Nie wiem jak inaczej to nazwać. Czy to ma sens, że przedmiot może być łącznikiem nawet jeśli druga osoba nie miała z rytuałem nic wspólnego?
Czytam to i jakoś odnajduję się w tym co pisze Bernadka87. Mam zegarek po dziadku i kilka razy próbowałem go włączyć do jakiejś praktyki. Nie wiem nawet jak to nazwać - po prostu trzymałem go w dłoni, siedziałem w ciszy. Nie wiem czy to był rytuał, ale coś z tego było. Chyba właśnie to zakorzenienie, jak napisałaś.
A to ciekawe co mówisz Bernadka87, że różnica jest wyraźna. Bo ja zawsze zastanawiałam się, czy to nie jest tak, że różnica jest wyraźna właśnie dlatego, że my sami decydujemy, że te przedmioty są 'inne'. Tzn. tworzymy tę różnicę przez uwagę którą im dajemy, nie że ona była tam wcześniej.
Dokładnie to samo z moim zegarkiem. Nie 'zdecydowałem' że jest wyjątkowy - on po prostu taki jest, zanim jeszcze w ogóle pomyślałem żeby go brać do jakiejś praktyki. Więc myślę, że to nie jest kwestia nakładania znaczenia. Choć z drugiej strony - skąd wiem, czy nie nakładam go bez świadomości?
Właśnie - to jest ten punkt, w którym antropologia i psychologia trochę rozchodzą się ze sobą. W tradycjach animistycznych przedmiot nie 'przechowuje' wspomnienia - on jest miejscem, w którym przebywa jakiś aspekt osoby lub relacji. Niekoniecznie duch w dosłownym sensie, ale coś co przekłada się na relację między żywym a tym co było. Hopi mają pojęcie 'natwani' - przedmioty rytualne, które niosą w sobie działanie, nie tylko symbol. Ale rozumiem, że dla kogoś bez tej ramy kulturowej to nie wiele wyjaśnia.
To co mówi Rozalinda brzmi tak, jakby pytanie 'czy rytuał solo jest wartościowy' można by też odczytać jako 'z kim tak naprawdę rozmawiasz, kiedy robisz rytuał'. Bo może właśnie przedmioty są odpowiedzią - nie jesteś sama jeśli jest coś, do czego się zwracasz.
To co pisze Zlocien - tak, dokładnie o to mi chodziło kiedy zakładałam ten wątek. Tylko że to mnie prowadzi do kolejnego pytania: czy rytuał z przedmiotem nabiera innego znaczenia kiedy ta osoba, z którą go wcześniej wiązałam, żyje i po prostu nie jesteśmy już w kontakcie, versus kiedy jej już nie ma? Bo mam wrażenie, że to są dwie zupełnie różne sytuacje mimo podobnego mechanizmu.
- właśnie chciałam zapytać o to samo, bo wcześniej Gienia nie odpowiedziała wprost na moje pytanie. Intuicyjnie czuję, że masz rację, że to różne sytuacje. Ale nie wiem dlaczego dokładnie. Może dlatego, że jeśli ktoś żyje, jest nadal jakaś możliwość kontaktu, i przedmiot to 'zamrożona relacja' która mogłaby się odmrozić? Podczas gdy po śmierci już tak nie jest?
Przepraszam, że nie odpowiedziałam wcześniej. Ta świeca pochodzi z rytuałów robionych z osobą, z którą kontakt się urwał - żyje, ale nie jesteśmy w kontakcie i raczej tak zostanie. I właśnie to jest ten problem - kiedy jej używam, mam wrażenie że 'otwiera się' coś, czego nie chcę otwierać. Jakby była drzwiami do zamkniętego pokoju.
Może nie trzeba wiedzieć dokładnie, co się zamyka? W niektórych tradycjach rytuał przejścia nie wymaga świadomego zdefiniowania tego co kończymy - sam akt jest wystarczający. Chociaż rozumiem, że to trudne kiedy nie ma wyraźnego końca, tylko... wyciszenie.
Słuchajcie, ja mam inne pytanie do tego co mówi Gienia. Czy ta świeca to jest jedyna taka rzecz, czy masz więcej przedmiotów z tamtego czasu? Bo zastanawiam się czy problem leży w konkretnej świecy, czy w całym zestawie skojarzeń który się z nią ciągnie. Bo różnicy może być ogromna.
Ciekawe, bo u mnie jest odwrotnie - zegarek dziadka jest bardzo mocno nasycony wspomnieniami i właśnie to mi pomaga, nie przeszkadza. Zastanawiam się czemu. Może dlatego, że relacja się po prostu zakończyła w naturalny sposób, a nie gdzieś utkwiła w środku?
To co Mageczka nazywa 'niedokończeniem' - mam wrażenie, że to jest właśnie sedno całego wątku. Bo Glozka56 zaczęła od pytania o rytuał solo, a teraz dochodzimy do miejsca, gdzie problem nie jest wcale w braku komunii z drugim człowiekiem, ale w tym, że niektóre przedmioty są nośnikami relacji zawieszonych w połowie. I to jest coś zupełnie innego niż samotność rytualną w sensie fizycznym.
Tak, to jest właśnie ta pętla. I co ciekawe, to jest jedyna rzecz z całej mojej praktyki, która tak działa. Reszta jest dla mnie prosta - wiem kiedy coś używam, wiem kiedy odkładam, wiem po co. A z tą świecą jestem od miesięcy w tym samym miejscu i jakoś nie potrafię podjąć decyzji.
Mam pytanie, bo może to głupie, ale - czy ta świeca jest nadal używalna fizycznie? Bo zastanawiam się czy przez te miesiące leżenia w zawieszeniu nie stała się po prostu zwykłym obiektem, który utracił ten pierwotny kontekst z braku użytkowania. Albo odwrotnie.
U mnie zegarek jest używany regularnie i może właśnie dlatego te skojarzenia się 'ułożyły'. Tzn. przez to że go noszę, jest i wspomnieniem dziadka i moją codziennością jednocześnie. Nie wiem czy można powiedzieć to samo o czymś co leży zamknięte.
Nie zgadzam się z tym 'nie ma innej drogi'. Wydaje mi się, że jest jeszcze opcja pośrednia - jednorazowy rytuał zamknięcia, po którym świeca przestaje być 'tą świecą' i staje się po prostu świecą. Ale to wymaga intencji. I Gienia pisała wcześniej, że nie wie co chciałaby zamknąć - więc może od tego trzeba zacząć, nie od formy rytuału.
Właśnie tu wracam do pytania z tytułu wątku, bo mi się to połączyło. Kiedy mówię o komunii rytualnej i o tym, że jej brakuje w praktyce solo - to właśnie ten rodzaj przedmiotu, o którym mówi Gienia, jest chyba najtrudniejszy. Bo nie chodzi tylko o to, że jesteś sama. Chodzi o to, że przedmiot 'pamięta' kogoś innego i to jest trzecia strona w tym co miało być praktyką dla ciebie.
