Właśnie tu jest mój problem bo ja mam tendencję do tego drugiego. Jak nie wiem czy coś działa, to zaczynam się zastanawiać czy zrobiłem źle, czy może coś ściągnąłem, czy w ogóle powinienem był zaczynać. I to się nakręca samo.
To co Mietek opisuje to jest coś co znam z własnego doświadczenia i mam taką obserwację, że to okno otwiera się szczególnie wtedy kiedy nie ma żadnego drobnego sygnału po, czegoś co można by przypiąć do zdarzenia jako efekt. Jak jest choćby jeden nieistotny zbieg okoliczności, to umysł ma czym się zająć w dobrym kierunku. Jak nie ma nic, to zaczyna szukać w złym.
No i tu wracamy do fundamentalnego pytania tego wątku, bo właśnie ta granica jest miejscem gdzie wątpliwość mieszka. Jeśli efekt jest psychologiczny to znaczy że rytuał zadziałał czy nie? Zależy od definicji działania. I to chyba każdy musi sobie sam odpowiedzieć, bo jednej odpowiedzi tu nie ma.
Ale mam wrażenie że ta rozmowa o psychologii i ezoteryce jako osobnych torach trochę mija się z tym jak to działa w praktyce. U mnie sny po rytuałach potrafią być bardzo konkretne, nie tylko emocjonalne. Nie wiem czy to psychologia, ale wyniki z tego wyciągam całkiem realne. Więc po co mi ta klasyfikacja?
To co Meliska mówi o zostawianiu bez interpretacji na chwilę wydaje mi się bliskie temu co Cohen mówił o języku interpretacyjnym. Bo może chodzi o to żeby nie interpretować natychmiast pod wpływem stanu po rytuale, tylko z dystansem. Czy to pasuje do tego o czym Cohen pisał?
To jest dla mnie jedna z ważniejszych rzeczy w tej rozmowie, że ten okres między rytuałem a oceną jest potrzebny i że można się na to umówić ze sobą albo z kimś. Bo u mnie właśnie jest ten problem że zaraz po zaczynam analizować i to kompletnie niszczy jakikolwiek spokój. Nie wiedziałam że można to po prostu odsunąć i że ma to jakiś sens poza tym że 'tak poczekaj'.
Martusia95, to co piszesz o natychmiastowej analizie po rytuale bardzo mi się kojarzy z czymś co sam robię i czego nienawidzę. Kończę, gasię świece, i zamiast po prostu posiedzieć przez chwilę zaczynam w głowie katalogować co poszło nie tak. Dziękuję że to napisałaś bo teraz widzę że to jest jakiś wzorzec a nie tylko mój problem.
Ta kwestia natychmiastowej oceny po to jest coś czemu warto się przyjrzeć, bo nie dotyczy tylko rytuałów. Mam znajomą która medytuje i mówi że najtrudniejszy moment to właśnie ten kiedy medytacja się kończy i umysł szuka czegoś do oceniania. Może to jest ten sam mechanizm tylko w innym kontekście.
Ale może chodzi o to w jaki sposób coś jest zrobione a nie co to jest. Jak rytuał ma wyraźny koniec i wyraźne zamknięcie, to może łatwiej powiedzieć sobie że to się skończyło i teraz jest przerwa. Przynajmniej teoretycznie.
Ta herbata i zmiana pokoju brzmi banalnie ale chyba właśnie o to chodzi? Że to ma być coś bardzo konkretnego i fizycznego. Ja po ostatnim rytuale usiadłam przy biurku i od razu zaczęłam przeglądać notatki. Może to był błąd.
Notatki zaraz po to jest właśnie to co mnie też raz mocno nakręciło. Teraz jak coś zapisuję to robię to maksymalnie w kilku słowach, żeby nie zgubić obrazu jeśli był jakiś sen czy wizja, ale nie analizuję od razu. I to naprawdę robi różnicę, przynajmniej u mnie.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie które może jest nie na miejscu, ale skąd wiadomo że ta interpretacja po kilku dniach jest lepsza niż ta bezpośrednio po? Może ta pierwsza jest bliżej prawdy bo jest świeższa?
Wracając do pytania Martusi z początku wątku o te wątpliwości, bo ta rozmowa o czasie interpretacji jest ważna ale jest pochodną. Główne pytanie było czy wątpliwość przeszkadza w działaniu rytuału. I wydaje mi się że to co wyłoniło się z tej dyskusji to że wątpliwość sama w sobie nie niszczy rytuału, ale wpływa na to co się dzieje po. Szczególnie jeśli ktoś jest podatny na nakręcanie się.
Ale jak forma działa bez wiary to trochę brzmi mechanicznie. Jak przepis do kuchni. Czy to nie zmienia natury samego rytuału?
Ale to co powiedział Cohen o formie działającej bez wiary, to mnie trochę zatrzymało. Bo jeśli forma wystarczy, to gdzie w tym wszystkim jest ta osoba? Czy nie staje się wtedy tylko kimś kto wykonuje gesty?
Mam wrażenie że to rozróżnienie między formą a stanem wykonawcy jest ważne, ale nie jest tak ostre jak to brzmi w teorii. W praktyce te dwie rzeczy się przenikają. Forma może działać na ciebie właśnie przez to że ją wykonujesz, nawet jeśli jesteś sceptyczny. To nie jest mechanizm zupełnie oderwany od człowieka.
Ale jak ktoś ma silną tendencję do paniki, to właśnie to cielesne zaangażowanie może go nakręcić w złą stronę, nie? Serce przyspiesza, oddech się zmienia, i mózg interpretuje to jako zagrożenie. Zastanawiam się czy dla takich osób rytuały z dużym ładunkiem fizycznym to dobry pomysł.
Właśnie o to mi chodziło kiedy zaczęłam ten temat. Szukam czegoś co nie będzie mnie wciągać w spiralę. Bo próbowałam raz z wizualizacją i to był błąd, za dużo się dzieje w głowie i potem nie wiem co jest moją projekcją a co czymś innym.
Też miałam tak z wizualizacją. Jest zbyt otwarta na własną interpretację i jeśli ktoś ma skłonność do nadinterpretowania, to może wyjść z tego z więcej pytaniami niż miał na początku.
W takim razie może coś opartego na powtarzalnej czynności fizycznej, coś co angażuje ręce i uwagę, jest bezpieczniejsze. Np. układanie, zapalanie, ustawianie w określonej kolejności. Uwaga skupia się na czynności a nie na interpretowaniu co się dzieje w środku.
Dziękuję Cohenowi za to rozróżnienie, bo to naprawdę wiele wyjaśnia. Miałem podobne pytanie w głowie i nie umiałem go sformułować. Czyli de facto granica nie jest w samej czynności?
Ale wracając do tego co mówiła Martusia, czy są jakieś konkretne formy rytuału które są bezpieczniejsze dla osoby która łatwo epatuje się wewnętrznie? Nie chodzi mi o listę gotowców, ale o jakiś kierunek.
To co mówi Meliska ma sens, ale chcę zapytać czy nie ma ryzyka że ta widzialność końcowa też stanie się przedmiotem oceny? Tzn. patrzysz na ułożone kamienie i zamiast je zostawić, zaczynasz się zastanawiać czy są dobrze ułożone.
To co mówi Martusia o patrzeniu na efekt jest dla mnie kluczowe w całej tej rozmowie. Bo ja przez długi czas myślałem że rytuał kończy się kiedy skończy się czynność, a potem zrozumiałem że zamknięcie jest osobną częścią i że bez niego wszystko co zrobiłem wcześniej zostaje jakby zawieszone. Nie w sensie że nie zadziała, ale że moja głowa nie dostaje sygnału że to już koniec.
Ten krok do tyłu to ciekawy gest, bo jest dosłownie kierunkowy. Ciało robi coś odwrotnego niż wejście. Słyszałam że w niektórych praktykach wychodzi się tyłem właśnie po to żeby nie przenosić uwagi z przestrzeni na siebie, tylko zostawić ją tam gdzie była. Nie wiem czy to Wieszczbiarz robi świadomie, ale efekt jest podobny.
Zastanawiam się czy ta prostota nie jest właśnie sednem. Jak rytuał ma za dużo warstw do zapamiętania i za dużo momentów w których można się pomylić, to przynajmniej u mnie pojawia się napięcie już w połowie. A jak mam trzy gesty i jedno słowo, to jest przestrzeń na to żeby cokolwiek poczuć zamiast kontrolować czy robię to dobrze.
Ale jak ktoś zaczyna, to skąd ma wiedzieć po co jest każdy krok? Trochę błędne koło, bo żeby to wiedzieć trzeba mieć doświadczenie, a żeby mieć doświadczenie trzeba zacząć.
