Ja byłam długo w podobnym miejscu i powiem tyle że brak zakorzenienia w tradycji nie musi być problemem jeśli forma jest spójna sama w sobie. Tzn. nie potrzebujesz całego systemu, żeby jeden mały rytuał miał dla ciebie sens. Wystarczy że ty sama nadasz mu znaczenie i będziesz to samo robiła za każdym razem.
To jest chyba jeden z głównych problemów osób które mają tendencję do paniki. Nie sam rytuał jest źródłem problemu, tylko to że stają się jedynym sędzią własnej praktyki i każda wątpliwość wraca do nich ze zdwojoną siłą.
Rytuały sezonowe to dla mnie to coś przy czym czuję się najbardziej spokojnie. Bo jest zewnętrzne zakotwiczenie, przesilenie albo nów, i nie muszę wymyślać po co to robię. Czas sam w sobie jest powodem. Martusia, próbowałaś kiedyś czegoś powiązanego z fazami księżyca albo zmianą pory roku?
Próbowałam raz przy nowiu, ale głównie patrzyłam na listy co robić i w ogóle się nie skupiłam na samej czynności bo za dużo czytałam. Więc technicznie próbowałam, ale chyba nie zrobiłam tego tak żeby to miało jakiś sens. Może problem był właśnie w tym że wzięłam cudzy schemat bez rozumienia.
Listy gotowych kroków to pułapka, szczególnie jeśli masz skłonność do analizowania. Bo potem sprawdzasz czy zrobiłaś punkt czwarty dobrze zamiast być w tym co robisz. Czy miałaś choć jeden moment w tamtym rytuale kiedy przestałaś czytać i po prostu byłaś?
Trochę się tu wczytałam i chcę zapytać o jedną rzecz, bo nikt tego wprost nie powiedział. Czy rytuał wykonany z wątpliwościami ma jakiś efekt jeśli wątpliwości wynikają nie z niechęci tylko z tego że ktoś po prostu nie wie czego się spodziewać? Bo to brzmi jak inna sytuacja niż aktywny sceptycyzm.
Dreamweaver, myślę że to jest właśnie to pytanie które mnie tu przyniosło na początku. Bo moje wątpliwości nie wynikają z tego że mi się nie chce albo że nie wierzę w ogóle. Bardziej chodzi o to że nie wiem co się ma stać i czy w ogóle mam jakieś oczekiwania do sprawdzenia. To chyba inny rodzaj niepewności niż zwykły sceptycyzm.
Trochę inaczej podejdę do tego co Cohen napisał, bo mam wrażenie że sprawa z intencją jest bardziej złożona. Czytałem kiedyś o koncepcji z tradycji thelemickiej gdzie mówi się o True Will, i tam intencja nie jest o tym żeby 'chcieć dobrze', tylko żeby być w zgodzie z czymś głębszym niż świadome życzenie. I wtedy nawet wątpliwość na poziomie umysłu nie robi różnicy, bo to nie umysł jest tutaj podmiotem działania.
Ja miałam sen który bardzo pasuje do tego o czym mówicie, ale to może za bardzo odjechać od tematu. Wróćmy do tego pytania Martusi, bo ona pyta o wątpliwości przy samym robieniu, nie przed. To trochę inna sytuacja, bo jak już jesteś w środku rytuału i zaczyna się zwątpienie, to co wtedy?
Mam pytanie do Karola, bo to mnie ciekawi. Kiedy przerywasz w połowie, to co konkretnie się dzieje potem? Tzn. czy po prostu odkładasz na później, czy rezygnujesz całkowicie, czy próbujesz kontynuować?
To co Karol opisuje z tym stygnięciem to chyba jeden z tych problemów które wracają niezależnie od tradycji czy konkretnej formy. Sama miałam tak przez długi czas. Nie wiedziałam wtedy że można po prostu zamknąć formalnie i wyjść, zamiast czekać aż samo się rozwieje.
Ale czy to 'zamknąć formalnie' jest w ogóle konieczne? Serio pytam, bo z zewnątrz brzmi jak kolejna warstwa do zapamiętania, a i tak już jest dużo elementów do ogarnięcia.
Właśnie ta kwestia granic między rytuałem a resztą jest dla mnie najtrudniejsza. Bo w pewnym sensie cały czas coś myślę o tym co robiłam, i nie wiem czy to normalne czy już problem. Czy to jest ta spirala o której Glogowa mówiła wcześniej, czy po prostu naturalne przetwarzanie?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że wychodzi z niej coś czego szukałam na początku, a mianowicie że wątpliwości same w sobie nie przekreślają rytuału, ale że ważniejsze jest to co z nimi robię podczas i po. Czy to jest mniej więcej trafne podsumowanie tego co tu pada, czy coś przekręcam?
To co Tadek napisał na końcu trochę mnie zatrzymało. Kilka ścieżek w zależności od sytuacji to brzmi rozsądnie, ale właśnie tu się gubię, bo jak jestem w trakcie i coś mnie zaczyna gryzć, to nie mam wtedy głowy żeby analizować który to rodzaj wątpliwości. Myślę wtedy coraz szybciej i to się nakręca.
To 'nie wiem po co' mnie bardzo dobrze znam i przez długi czas myślałam że to jest znak że nie powinnam tego robić. Teraz myślę że to raczej jest kwestia tego że weszłam w rytm za szybko, bez żadnego momentu który by mnie zakotwiczył w tym dlaczego w ogóle siadam. Nie wiem czy to pomaga ale u mnie zmiana była prosta, kilka sekund zanim zacznę, bez żadnego skomplikowanego przygotowania.
Wracając do Glogowej, bo to co opisuje z tym nakręcaniem w trakcie to jest chyba sedno całej dyskusji o wątpliwościach przy rytuałach. Czytałem kiedyś o technice stosowanej w niektórych tradycjach ceremonialnych, gdzie pracujący celowo wprowadza krótki moment obserwacji bez oceniania, coś jak pauza bez zatrzymania. Tzn. zauważasz że myśl przyszła, ale nie przerywasz działania fizycznego. Ciało kontynuuje, głowa dostaje chwilę. Nie wiem jak to działa u innych, ale u mnie to ciekawie oddziela wykonanie od interpretacji.
Zastanawiam się czy to co Tadek i Wieszczbiarz opisują działa tak samo dla form bardzo strukturalnych i dla tych bardziej spontanicznych. Bo jak coś jest mocno zaplanowane krok po kroku, to łatwiej mi wyobrazić że ciało idzie dalej. Ale jak rytuał jest bardziej intuicyjny, bez stałej sekwencji, to co wtedy trzyma w wykonaniu?
Przy płynnych formach myślę że kluczowe jest coś innego, mianowicie że w nich wątpliwość może być częścią samego materiału z którym pracujesz, nie zakłóceniem. Ale to już jest inny temat i nie wiem czy Martusia to miała na myśli pytając o wątpliwości, bo jej kontekst brzmiał jakby chodziło o klasyczne rytuały ze strukturą.
Czeslawa ma rację co do mojego pytania, myślałam raczej o strukturalnych, bo takich próbuję się uczyć i tam właśnie mi się pojawia ten problem. Ale to co mówisz o wątpliwości jako materiale jest dla mnie nowe i ciekawe, może rozwiniesz kiedy indziej?
Mam wrażenie że w tej rozmowie trochę mieszamy dwie rzeczy, wątpliwości które dotyczą skuteczności, czyli czy to w ogóle działa, i wątpliwości które dotyczą wykonania, czy robię to poprawnie. One mogą się nakładać ale to nie jest to samo. Mnie bardziej dotyczy to pierwsze i nie wiem czy ktoś o tym mówił wprost.
Ta odpowiedź Wieszczbiarzowi jest dla mnie trochę za miękka, ale nie dlatego że nie rozumiem, tylko dlatego że to nie pomaga w momencie kiedy siedzę w połowie rytuału i myślę że może to bez sensu. Potrzebuję czegoś na tu i teraz, nie filozofii na potrzeby późniejszego opisu.
Jeden wydech brzmi za prosto żeby działało, ale jak się zastanawiam to chyba właśnie o to chodzi, żeby to nie było kolejne zadanie do wykonania w środku rytuału. Mam pytanie do wszystkich, czy u was wątpliwość podczas rytuału pojawia się w tym samym momencie za każdym razem, w tym samym miejscu sekwencji, czy w losowych momentach?
U mnie to jest bardziej losowe, ale teraz jak myślę to może nie. Może pojawia się kiedy coś jest za monotonne, tzn. kiedy przez chwilę nie mam nic konkretnego na czym skupić uwagi. To by tłumaczyło dlaczego przy bardziej złożonych rytuałach mam mniej wątpliwości, po prostu głowa jest zajęta.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że u każdego z nas ta wątpliwość przychodzi w innym miejscu i z innego powodu, i może to znaczy że nie ma jednej odpowiedzi na pytanie Martu z początku wątku, każdy musi po prostu zmapować swój własny schemat.
Indigo ma rację i jednocześnie to mnie trochę frustruje bo szukam czegoś co mogłabym zastosować zanim ten własny schemat rozpoznam, a to wymaga czasu i praktyki. Cohen, czy ten wydech który opisujesz to jest coś czego się nauczyłeś od kogoś, czy sam do tego doszedłeś?
Mam podobne pytanie do Martusi, bo wszystko co tu zostało powiedziane wymaga żeby najpierw znać siebie w rytuałach dość dobrze. A co jak ktoś jest na etapie kiedy jeszcze nie wie jak reaguje? Czy jest jakiś punkt startowy zanim się ten schemat zobaczy?
