Siedzę od jakiegoś czasu z tym pytaniem i nie wiem, czy mam rację, czy kompletnie odpływam. Chodzi o to, czy w ogóle można robić rytuał dla kogoś bliskiego, kto o tym nie wie. Mówię o zwykłej intencji zdrowotnej, nie o żadnych miłosnych. Moja mama jest od jakiegoś czasu w kiepskiej formie, nie sypiam z tym spokojnie. I zastanawiam się, czy sama intencja, żeby jej było lepiej, ma jakąś wagę, czy potrzebna jest jej świadoma zgoda. Bo z jednej strony wierzę, że intencja coś znaczy, z drugiej coraz częściej słyszę, że bez wiedzy i przyzwolenia osoby to wchodzenie na cudzą energię. Nie wiem, co o tym myślicie.
To jest temat, który wraca co jakiś czas i zawsze kończy się tym samym podziałem. Jedni mówią, że intencja wystarczy, inni że zgoda jest konieczna. Ja mam swoje zdanie, ale zanim je powiem, chciałbym zapytać, co konkretnie miałaś na myśli przez 'wchodzenie na cudzą energię'. Bo to sformułowanie można rozumieć bardzo różnie i od tego zależy, gdzie w ogóle leży problem.
Moim zdaniem tu nie ma żadnego dylematu. Jeśli intencja jest czysta i nie próbujesz niczego narzucić, tylko życzysz komuś zdrowia, to nie różni się niczym od modlitwy. Ludzie od zawsze modlili się za innych bez ich wiedzy i nikt tego nie kwestionował. Rytuał to tylko inna forma tej samej intencji.
Właśnie, to co mówi Jarzebina wydaje mi się kluczowe. Modlitwa i rytuał to nie to samo jeśli chodzi o intencję sprawczą. W rytuałach, szczególnie tych bardziej rozbudowanych, zakładamy że coś aktywnie wpływamy na rzeczywistość albo na pole energetyczne kogoś. I tu pojawia się pytanie o zgodę. Nie wiem czy słyszeliście o koncepcji z tradycji wicca, że każda interwencja w cudzą wolę, nawet z dobrą intencją, niesie konsekwencje dla wykonującego. To nie jest kwestia moralna, ale energetyczna.
Ja mam pytanie może trochę z boku, ale czy ktoś w ogóle próbował zapytać osobę, dla której chciał zrobić rytuał? I jak to wyglądało? Bo wyobrażam sobie, że to może być dziwna rozmowa.
Akurat robiłem kiedyś rytuał zdrowotny dla kolegi, który o tym wiedział. Sam poprosił, choć był sceptyczny. I wiecie co? Nie wiem czy to zbieg okoliczności, ale faktycznie poczuł się lepiej po kilku tygodniach. Ale tu ważna różnica, on chciał, nawet jeśli nie do końca wierzył. A to chyba zminia postać rzeczy.
Mam notatki z kilku różnych podejść do tego tematu i powiem szczerze, że nie ma jednej odpowiedzi. W tradycji ceremonialnej zgoda jest wymagana formalnie. W szamanizmie bywa inaczej, tam intencja uzdrowiciela i połączenie z duchem osoby mogą wystarczyć. Ale w obu przypadkach zakłada się, że wykonujący bierze na siebie jakiś rodzaj odpowiedzialności. Więc pytanie nie brzmi 'czy można', tylko 'co bierzesz na siebie'.
Różnie to opisują różne tradycje. Część mówi o tym, że przejmujemy część karmicznego ciężaru osoby, gdy działamy bez jej wiedzy. Inne podejście mówi po prostu, że intencja bez zgody może być odrzucona przez pole energetyczne odbiorcy i wrócić do nas. Nie twierdzę, że tak jest na pewno, bo tego nie wiem. Ale warto mieć to z tyłu głowy zanim się zacznie.
A czy ktoś wie jak to jest z perspektywy czakr? Bo zawsze słyszałam, że ingerencja w pole energetyczne kogoś bez zgody może zaburzyć jego czakry, szczególnie sercową. Nie wiem czy to jest potwierdzone gdzieś konkretnie, czy to tylko teoria, którą gdzieś usłyszałam.
Tu się zgadzam z Jarzebina. Koncepcja o tym, że pole energetyczne samo 'decyduje' co przyjąć jest dość specyficzna i pochodzi z konkretnych nurtów. Nie można jej traktować jak ogólnej zasady. Są tradycje, które zakładają odwrotnie, że właśnie dlatego zgoda jest tak ważna, bo bez niej można coś rzeczywiście zakłócić.
Mam wrażenie, że rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach jednocześnie. Jedno to pytanie etyczne, czy mam prawo, drugie to pytanie praktyczne, czy to zadziała i jakie konsekwencje poniosę. I te dwie kwestie często się miesza w takich dyskusjach. Leokadia, jak Ty do tego podchodzisz? Co jest dla Ciebie większym zmartwieniem?
A może da się zrobić coś co nie jest bezpośrednią interwencją w jej pole, tylko jakimś rodzajem prośby kierowanej do wyższych sił? Zakładam, że to inaczej działa niż bezpośredni rytuał energetyczny. Bo wtedy to nie Ty decydujesz, tylko zostawiasz to czemuś większemu.
Myślę że granica między prośbą a rytuałem leży w tym, czy nadajesz temu jakąś strukturę i intencję sprawczą. Modlitwa to oddanie sprawy. Rytuał to bardziej aktywne działanie, nawet jeśli jest subtelne. Ale to nie jest zero-jedynkowe i chyba każdy ma tu swoją definicję.
Nie traci. Właśnie dlatego, że granica jest płynna, pytanie o zgodę staje się tym ważniejsze. Im bardziej świadomie i strukturalnie działasz, tym bardziej wchodzisz w czyjąś przestrzeń. I wtedy zgoda ma znaczenie niezależnie od tego, jak to nazwiesz.
Dokładnie to mnie hamuje. Gdybym mogła po prostu zapytać, nie byłoby żadnego dylematu. Ale mama jest osobą, która z uprzejmości powie 'rób sobie co chcesz' i jednocześnie pomyśli, że to jakieś dziwactwo. Więc ta zgoda byłaby fasadowa, a nie prawdziwa.
To jest właśnie ten problem ze zgodą w kontekście różnych światopoglądów. W tradycjach ceremonialnych zgoda dotyczy wspólnoty, w której wszyscy rozumieją co się dzieje. Kiedy jedna strona nie ma pojęcia o ramach działania, pojęcie zgody robi się naprawdę skomplikowane.
A jak to jest z modlitwą wstawienniczą w kościele? Bo tam też ludzie modlą się za innych bez pytania ich o zgodę, i nikt specjalnie nie widzi w tym problemu. Zastanawiam się, czy to naprawdę jest tak różne od rytuału zdrowotnego z dobrą intencją. Może problem polega bardziej na tym, jak to nazywamy niż na tym, co robimy?
Zgadzam sie z Jarzebina, ale dodam tylko że kontekst kulturowy tez sie zmienia. Jeszcze kilka pokoleń wstecz modlitwa wstawiennicza była oczywistoscia, a teraz dla części ludzi to równie dziwne co rytuał energetyczny. Więc może ten argument nie jest tak mocny jak się wydaje.
To może wróćmy do pytania Leokadii, bo trochę odpłynęliśmy. Ona się zastanawia co konkretnie można zrobić, żeby nie przekraczać granicy. I ta propozycja Walentynki o prośbie do wyższych sił wydaje mi się jakimś wyjściem. Czy ktoś coś takiego próbował?
Uczciwe. To ostatnie co powiedziałaś, o wewnętrznym usprawiedliwieniu, to jest coś, o czym mało kto mówi wprost. Dużo dyskusji o zgodzie w kontekście rytuałów to de facto dyskusja o tym, jak my sami chcemy się czuć z tym działaniem. A to jest zupełnie inne pytanie niż to, co faktycznie wpływa na odbiorcę.
Jest jeszcze trzecia kwestia, którą pomijamy. Pytanie 'czy to w ogóle cokolwiek zrobi'. Bo jeśli ktoś kompletnie nie jest otwarty na przyjęcie czegokolwiek, czy to energetycznie, czy w jakikolwiek inny sposób, to może efekt jest po prostu zerowy. I wtedy cały dylemat etyczny jest trochę abstrakcyjny.
Romcia ma racje, ten argument ze skutecznością nie zamyka dylematu etycznego. Intencja i działanie mają znaczenie niezaleznie od efektu. Inaczej każdy mógłby robić co chce i mówic 'nie wiem czy zadziałało wiec co za różnica'.
Wróciłam tu po przerwie i czytam te posty. Myślę, że to co Faddi powiedział o usprawiedliwieniu, to trochę o mnie. Bo szczerze, może część tego dylematu to właśnie moje szukanie spokoju sumienia, a nie realna analiza tego, co jest dobre dla mamy. Ciężko to przyznać, ale chyba tak jest.
To jest naprawdę uczciwe z twojej strony, że to piszesz. I myślę że właśnie ta świadomość intencji, czyli po co ja to właściwie robię, czyja potrzeba jest tu ważniejsza, jest ważniejsza niż jakikolwiek rytuał. Pytanie, i zadaję je serio, czy można w ogóle zrobić coś dla kogoś, co byłoby czysto bezinteresowne?
Nie sądzę, że wiedza o własnych motywach oczyszcza czy obciąża intencję automatycznie. To jest bardziej kwestia tego, co z tą wiedzą robisz. Możesz wiedzieć, że chcesz się poczuć lepiej robiąc coś dla mamy, i mimo to decyzja o tym działaniu może być uczciwa. Problem jest wtedy, kiedy ta samoświadomość znika i zostaje sama racjonalizacja.
Leokadia napisała coś, co mnie nie daje spokoju, że zgoda mamy byłaby fasadowa. I to jest chyba clue całej rozmowy. Bo właściwie pytanie nie jest o to, czy rytuał jest dopuszczalny bez wiedzy drugiej osoby, tylko o to, czy zgoda wymuszona kontekstem jest w ogóle zgodą. I to jest problem znacznie szerszy niż ezoteryka.
Myślę, że taka zgoda to bardziej forma uprzejmości niż realna decyzja. I właśnie dlatego pytanie mamy nie ma sensu, bo dostanę zgodę, która nie będzie niczym. Zostaje mi albo działanie bez wiedzy mamy, albo niedziałanie. I zastanawiam się, czy istnieje jakaś trzecia opcja, której jeszcze nie wzięłam pod uwagę.
