Długo zastanawiałam się, czy w ogóle poruszać ten temat, bo nie wiem jak to ująć żeby nie brzmiało jak wyklad z socjologii. Ale chodzi mi o to: kiedy robię coś sama, mam pełną kontrolę nad każdym elementem. Wiem co czuję, wiem kiedy coś "siada", wiem kiedy odpuścić. Kiedy wciągam w to rodzinę, wszystko się zmienia. I nie mówię że gorzej, bo ostatnio zrobiłyśmy z mamą i siostrą coś na nów i to był zupełnie inny rodzaj doświadczenia. Trudno powiedzieć, że silniejszy albo słabszy, po prostu inny. Jakby zmienił się sam charakter tego, co robimy. Czy ktoś próbował to porównywać?
Też to czuję. Sama robię jedną rzecz, z kimś bliskim robię cokolwiek i od razu jest inaczej. Ale zastanawiam się, czy to nie jest kwestia skupienia. Sama jestem w pełni w tym, co robię. Z rodziną część uwagi zawsze idzie na to, co oni czują, czy coś ich nie rozprasza, czy wchodzą w to szczerze. To wymaga innego rodzaju obecności.
a da rade w ogóle robić rytuał z kimś kto nie wierzy? bo mam taką sytuacje że ciocia chciała uczestniczyć ale ona podchodzi do tego trochę z przymrużenim oka i nie wiedziałam czy to nie zepsuje całości
Ja kiedyś zaprosiłam do jednego rytuału teściową. Ona jest osobą wierzącą w tradycyjnym sensie, ale miała otwarte podejście. I powiem wam, że przez cały czas czułam że to co budujemy między sobą jest ważniejsze niż to, co robimy. Jakby sama forma zeszła na drugi plan. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale potem długo o tym myślałam. To był rytuał związany z domem i ochroną przestrzeni, więc może właśnie o to w tym chodziło.
Przy grupowych działaniach zawsze wracam do jednej kwestii: intencja każdej osoby idzie w swoją stronę, czy one się sumują? Bo w teorii powinny iść razem, ale praktyka bywa różna. Widziałam grupowe rytuały, gdzie każdy robił swoje, tylko fizycznie w tym samym miejscu.
Kilka poziomów jednocześnie to mi pasuje jako opis. Zresztą to samo dzieje się w człowieku, który pracuje sam, tylko wtedy te poziomy są wewnętrzne. W grupie wychodzą na zewnątrz, między ludźmi. Może dlatego coś się zmienia, bo dynamika, która normalnie jest w środku nas, nagle ma przestrzeń między ciałami.
Ja bym dodała jeszcze jeden wątek, bo przy runach, z którymi pracuję głównie sama, zauważyłam jedną rzecz. Kiedy tłumaczę komuś bliskiemu co robię i zapraszam go do środka, sama zaczynam inaczej o tym mówić. Szukam słów, których nie szukam, kiedy jestem sama. I te słowa zmieniają moje myślenie o tym rytuale. Jakby obecność drugiej osoby wymuszała werbalizację tego, co normalnie zostaje niewyartykułowane.
właśnie. Mnie to raz mocno uderzyło, kiedy córka zapytała mnie dlaczego układam runy w konkretny sposób. I nagle zaczęłam szukać odpowiedzi i okazało się, że połowę robię tak jak nauczyłam się dawno temu, a połowę wypracowałam sama i nigdy nie zadałam sobie pytania, skąd to. Samo wyjaśnianie było jak porządkowanie szafy.
ooo to jest super punkt! Że sama obecność drugiej osoby wymusza takie spojrzenie z boku na to co robimy. Ja bym się nawet bała, bo pewnie wyszłoby że nie wiem dlaczego robię połowę rzeczy 🙂 Ale może właśnie o to chodzi?
Słucham tej rozmowy i myślę o tym, co powiedziała Brygidka71 o obecności między ciałami. U mnie w rodzinie mamy zwyczaj robienia czegoś wspólnie przy każdej zmianie pory roku, to jeszcze po babci zostało, ona to robiła i mama podjęła, a teraz my z dziećmi. I ta ciągłość to chyba osobny wymiar, którego nie ma kiedy pracujesz sama. Nie tylko jesteś z ludźmi teraz, ale jesteś w jakimś łańcuchu, który ciągnie się wstecz.
Tak, ale jest w tym coś jeszcze. Kiedy dzieci uczestniczą, nawet jeśli nie wiedzą do końca o co chodzi, to później pytają. I te pytania są inne niż pytania osoby z zewnątrz. Jakby szukały czegoś, co już gdzieś w nich jest.
A czy nie ma ryzyka, że kiedy rytuał staje się rodzinną tradycją, to traci swój ładunek? Bo staje się nawykiem, czymś co się robi bo zawsze się robiło, bez zastanowienia?
A co z głosem i słowami w grupie? Bo mi chodzi po głowie, że jak mówię coś sama do siebie albo szepczę, to jest to inne niż kiedy kilka osób mówi razem, nawet te same słowa. Chodzi mi o ten dźwięk, o to jak on wypełnia przestrzeń.
No właśnie, Simma poruszyła coś ważnego z tym dźwiękiem. Bo ja przy runach pracuję głównie w ciszy, ale pamiętam jeden wieczór, kiedy z córką razem wymawiałyśmy imiona run i poczułam wyraźnie, że ten sam dźwięk w dwoje ust to już nie jest to samo. Nie chodzi o głośność, tylko o... nie wiem jak to opisać. Jakby dźwięk miał więcej warstw naraz.
Wracając do tego co mówiła Simma o strukturze dźwięku, słyszałam kiedyś o badaniach nad śpiewem chorałowym, że kiedy kilka osób śpiewa razem i nieświadomie synchronizuje oddech, pojawiają się tony, których nikt osobno nie wytwarza. Coś podobnego chyba dzieje się w rytuałach grupowych ze słowem mówionym.
To co mówi Simma o synchronizacji, ja to czułam ale nigdy tak tego nie nazwałam. Kiedy robimy nasze rytuały pór roku, jest taki moment, gdzie nikt nie mówi do nikogo, a jakby wszyscy są w tym samym miejscu jednocześnie. Dzieci to wyczuwają i same się uspokajają. Mały ma siedem lat i normalnie nie siedzi spokojnie pięć minut, a przy tym stoi jak wryty.
No właśnie, a ja się cały czas zastanawiam nad tą ciotką, o której pisałam wcześniej. Bo ona nie wierzy, ale jest osobą spokojną i uważną. Może to bardziej chodzi o jakość obecności niż o przekonania? Czy ktoś miał w grupie kogoś sceptycznego, kto mimo to nie przeszkadzał?
To ciekawe co mówi Orlikowa, bo sugeruje, że jakość uwagi jest ważniejsza niż przekonania. Ale to trochę stoi w sprzeczności z tym, że w wielu tradycjach jednak wymaga się od uczestników jakiejś inicjacji czy przygotowania, nie?
Słucham tej dyskusji o słowach i dźwięku i chcę dodać jeden wątek. W astrologii, kiedy patrzymy na czas rytuału, istotne jest nie tylko kiedy, ale w jakim języku jest on przeprowadzany. Języki sakralne, łacina, sanskryt, staronordycki, mają określone powiązania z planetarnymi energiami przez wieki użycia w konkretnych kontekstach. Czy ktoś świadomie dobiera język do rytuałów grupowych?
A może nie trzeba wybierać? Bo można użyć formuły w języku sakralnym, a potem dać ludziom chwilę, żeby każdy w myślach powiedział to samo po swojemu. Wtedy jest i struktura dźwiękowa i osobiste zrozumienie. Choć nie wiem, czy to nie rozmywa samej formuły.
Ale czy ta historia użycia jest dostępna dla kogoś, kto po raz pierwszy słyszy te słowa? Bo ja kiedy słyszę coś po łacinie albo w języku, którego nie znam, to czuję jakąś powagę, ale nie wiem czy to jest naprawdę ten ślad o którym mówi Brygidka, czy po prostu moja głowa reaguje na obcość brzmieniową.
a w sumie to się zastanawiam czy słowa spoza codziennego języka działają inaczej właśnie dlatego że mózg ich nie przetwarza tak samo jak normalnej mowy? Czytałam gdzieś że modlitwa i medytacja aktywują inne obszary niż zwykłe myślenie, może coś w tym jest
Właśnie to mnie zawsze zatrzymuje w tej dyskusji o języku sakralnym kontra codzienny. Bo kiedy pracuję z grupami i pada pytanie 'czy możemy to powiedzieć po polsku', ja nie mam gotowej odpowiedzi. Czasem polskie słowa mają większą siłę, bo są zakorzenione w ciele tego konkretnego człowieka. Ale czasem właśnie to oderwanie od codzienności jest potrzebne, żeby mózg przestawił się na inny tryb. I może nie chodzi o to, który język, ale o to, że zmiana języka w ogóle coś przestawia.
To co mówi Simma o przestawieniu się na inny tryb, ja to czuję wyraźnie kiedy zaczynamy nasze rytuały od śpiewu. Nawet jeśli śpiewamy po polsku, ale jakiś stary, archaiczny tekst, dzieci natychmiast inaczej się zachowują. Sama zmiana rytmu mowy, wydłużone sylaby, coś się dzieje w powietrzu pokoju. Nie wiem czy to neurologiczne, duchowe, ani jedno, ani drugie, ale jest realne.
A czy ktoś próbował świadomie porównać ten sam rytuał raz z tekstem oryginalnym i raz z tłumaczeniem? Pytam, bo sama nigdy tego nie zrobiłam, a wydaje mi się, że bez takiego porównania trudno ocenić, co naprawdę robi te słowa, a co robi sam kontekst i nastrój.
ojej, właśnie to czytam i myślę, że może sama niechcący zrobiłam taki eksperyment. Modliłam się kiedyś po angielsku, bo tekst znalazłam w angielskim źródle, a potem przetłumaczyłam i robiłam po polsku. I po polsku czułam... więcej? Ale czy to nie dlatego, że po polsku myślę? Nie wiem jak to rozdzielić.
no właśnie! Aurella to ma sens. Ja jak mówię coś po łacinie to nie myślę o niczym innym, bo nie kojarzę tych słów z codzienością. Ale jak mówię po polsku to czasem gdzieś mi odpływa myśl 🙂 A jak robię coś z mamą, to ona powtarza słowa po mnie i widać że ona jeszcze bardziej odpływa, bo na każde słowo ma jakieś wspomnienie.
