Czeslawa, to jest dokładnie moje doświadczenie. Wchodzę z wątpliwościami, ale w środku jest coś jakby pauza. I nie wiem czy to jest efekt rytuału czy samo skupienie, ale mi to wystarcza jako powód żeby wracać.
A co z osobami które zamiast pauzy dostają w trakcie jeszcze więcej niepokoju? Bo słyszałam że dla niektórych ta cisza nie przychodzi i rytuał staje się źródłem dodatkowego stresu. Właśnie o tym było w opisie tematu, o osobach podatnych na panikę. Tego w sumie jeszcze nie ruszyliśmy porządnie.
No właśnie o to mi chodziło kiedy pisałam ten wątek. Bo ja mam tendencję do lękowego myślenia i bałam się że jak wejdę w cokolwiek bardziej rozbudowanego z wątpliwościami, to albo nic nie zadziała, albo co gorsza dodam sobie dodatkowy powód do niepokoju. I dlatego wybrałam coś minimalnego. Ale czy to jest właściwe podejście, nadal nie wiem.
Mnie zastanawia czy to właściwe podejście to jest w ogóle właściwe pytanie. Właściwe dla kogo i według czego? Jeśli Martusia zrobiła coś co jej pomogło, to w czym to jest 'niewłaściwe' tylko dlatego że jest minimalne? Mam wrażenie że trochę za dużo w ezoteryce jest przekonania że im więcej ceremonii tym lepiej.
Karol, to jest bardziej powszechne niż myślisz. Wiele osób wchodzi w praktyki z wyobrażeniem że muszą osiągnąć jakiś próg intensywności żeby cokolwiek się liczyło. A w tradycjach które znam dobrze ten próg jest zupełnie gdzie indziej, bardziej po stronie regularności i uważności niż spektakularności. Choć rozumiem skąd to przekonanie się bierze, bo to co widać w internecie jest zazwyczaj bardzo wizualne i efektowne.
Dobra, ale mam jedno pytanie które mi siedzi od jakiegoś czasu w tej rozmowie. Mówimy dużo o tym że wątpliwości nie przeszkadzają, że placebo działa, że minimalizm jest okej. Ale czy ktoś ma jakieś doświadczenie odwrotne, kiedy wątpliwości naprawdę coś zepsuły? Bo może jest tak że zależy od rodzaju rytuału albo od momentu.
I to jest chyba kluczowa różnica, którą warto tu rozdzielić. Wątpliwość jako tło, takie 'nie wiem czy to działa ale i tak spróbuję', kontra wątpliwość jako aktywne myślenie w trakcie, czyli 'sprawdzam na bieżąco czy robię dobrze, czy to ma sens, czy nie przesadzam'. To drugie faktycznie potrafi zdestabilizować całą praktykę, bo człowiek jest jednocześnie uczestnikiem i obserwatorem i żadną z tych ról nie jest do końca.
A wracając do tej kwestii z paniką, bo to było w opisie tematu i trochę zgubiliśmy ten wątek. Czy ta zasada z powtarzalnością i prostotą działa tak samo dla kogoś kto ma generalnie wyższy poziom lęku? Bo u mnie to nie jest tak że 'trochę się zastanawiam', tylko że jak zaczynam coś nowego, to naprawdę potrafię się nakręcić do bardzo nieprzyjemnego miejsca.
Glogowa, ja mam podobnie i właśnie to było moim największym strachem. Że wejdę w coś i zamiast spokoju dostanę kolejny powód do niepokoju. I przez długi czas to mnie blokowało bardziej niż same wątpliwości. W końcu ktoś mi powiedział żebym zaczęła od czegoś co mogę zatrzymać w dowolnym momencie i to zupełnie zmieniło moje podejście.
To że mogłaś zatrzymać w dowolnym momencie, to znaczy że miałaś z góry ustalone kiedy to robisz i jak długo, czy raczej po prostu wiedziałaś że nie ma przymusu kontynuowania?
To jest bardzo konkretna i praktyczna wskazówka dla osób z tendencją do lękowego myślenia. Rytuał bez poczucia zobowiązania do dokończenia jest zupełnie innym przeżyciem niż ten sam rytuał wykonywany z poczuciem że 'muszę to skończyć'. Choć zastanawiam się czy nie traci wtedy czegoś z tej struktury, która ma właśnie dawać przewidywalność.
Słuchajcie, mam pytanie trochę z boku. Czy ktoś próbował robić rytuały właśnie w momencie kiedy wątpliwości były na szczycie, celowo, żeby zobaczyć co się stanie? Nie jako test mechanizmu, ale jako sposób na samo przejście przez ten stan? Bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie że rozmawiamy o wątpliwościach jak o czymś co trzeba obejść, a nie przez co można przejść.
Mietek, to jest pytanie które mnie też nurtuje bo ja robię wszystko sam i czasem właśnie nie wiem czy to co czuję to dobry znak czy zły. Nie mam z kim skonfrontować tego wrażenia i trochę chodze po omacku.
To co Karol mówi o chodzeniu po omacku, to chyba największy problem kiedy robi się rzeczy samemu. Ja mam podobnie. Coś czuję, ale nie wiem czy to sygnał że idzie dobrze, czy wręcz przeciwnie, że coś jest nie tak. I z tym zostaje się samemu ze swoją interpretacją, która może być kompletnie chybiona.
To ciekawe zestawienie, bo Karol opisuje coś co jest w sumie dość powszechne i niekoniecznie złe. Obserwacja bez klucza interpretacyjnego bywa lepsza niż obserwacja z błędnym kluczem. Pytanie jest takie, skąd w ogóle brać ten klucz jeśli nie ma nikogo żywego w pobliżu kto praktykuje podobnie?
A ja mam pytanie do Mietka i Karola, bo wy obaj mówicie o robieniu tego samotnie i o niepewności co do interpretacji własnych odczuć. Ale czy ta niepewność dotyczy też samego przebiegu rytuału, czy bardziej tego co po nim? Bo to są dla mnie dwa różne pytania.
To co Mietek opisuje jest chyba jednym z powodów dla których tradycyjnie rytuały były osadzone w strukturze wspólnotowej. Nie po to żeby ktoś patrył i oceniał, ale żeby samo rozumienie tego co się robi wywodziło się z żywej tradycji a nie z samodzielnej interpretacji. Gdy pracujesz sam, budujesz jednocześnie praktykę i jej język interpretacyjny, co jest dużo trudniejszym zadaniem niż sama praktyka.
Cohen, to co mówisz ma sens, ale trochę mnie to przygnębia jeśli mam być szczera. Bo nie każdy ma dostęp do takiej wspólnoty. Albo nie chce, bo boi się oceny z zewnątrz. I wtedy co, nie praktykować w ogóle?
Nie mówię że samodzielna praca jest niemożliwa, tylko że ma inny koszt i inne ograniczenia. Ale jest coś pomiędzy pełną samotnością a formalną grupą, i to jest właśnie taka wymiana jak ta, gdzie ktoś opisuje swoje doświadczenie a ktoś inny mówi 'u mnie było inaczej'. Już to buduje coś w rodzaju wspólnego języka, nawet jeśli robicie to osobno.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie do Cohena. Czy ta trudność z interpretacją u osób pracujących samotnie dotyczy tak samo prostych, niskich energetycznie rzeczy, o których wcześniej mówiliśmy jako bezpiecznych dla osób lękowych? Czy im prostszy rytuał, tym mniej potrzeba zewnętrznego klucza?
A może właśnie ci co pracują samotnie i nie mają wyraźnych sygnałów po prostu ich nie szukają w odpowiednim miejscu? Pytam bo u mnie dużo rzeczy pokazuje się przez sny i to w nocy po rytuałach jest dla mnie bardziej czytelne niż cokolwiek podczas samego robienia. Karol, czy sprawdzałeś swoje sny po sesjach?
Wracam do tego co powiedział Cohen o wspólnocie i języku interpretacyjnym. Mam pytanie czy to znaczy że rozmowy tutaj na forum mogą w jakimś stopniu ten brak uzupełniać? Nie zastąpić grupy, bo to oczywiste, ale chociaż trochę zbudować wspólny punkt odniesienia?
I tak wracamy do pytania z tytułu tego wątku, bo mi się wydaje że wszystko to co tu powiedzieliśmy o samotności, braku sygnałów, wspólnocie i interpretacji, to w sumie są odpowiedzi na to czy rytuały działają mimo wątpliwości. Tylko że te odpowiedzi są bardziej złożone niż tak albo nie. Wątpliwość co do mechanizmu to jedno, ale wątpliwość czy w ogóle cokolwiek się dzieje to zupełnie inna rozmowa.
Ale czy to jest złe że pytanie było naiwne na początku? Większość rzeczy zaczyna się od uproszczonego pytania, a potem rozmowa je rozkleja. Właśnie tak działa taka dyskusja. Martusia chyba też nie zakładała że dostanie odpowiedź 'tak' albo 'nie'.
Wieszczbiarz dobrze to odczytał, nie szukałam prostej odpowiedzi. Ale nie powiem, te wszystkie komplikacje trochę mnie przytłaczają. Zaczęłam pisać ten wątek bo chciałam wiedzieć czy moje wątpliwości mi przeszkadzają, a teraz mam jeszcze więcej pytań niż przed.
To jest chyba normalne. Tylko mam pytanie, czy to przytłoczenie dotyczy bardziej tego że nie ma prostej odpowiedzi, czy że odpowiedź której nie ma to coś niepokojącego? Bo to są dla mnie różne odczucia.
Dobre pytanie Frezji, bo chyba jest różnica między 'to jest skomplikowane' a 'to jest niepewne w złym sensie'. Skomplikowane można przyswoić stopniowo. Niepewne w złym sensie to coś co działa na wyobraźnię osób, które mają tendencję do snucia czarnych scenariuszy i to jest właśnie ten wątek o lękowych.
