To co Sasanka mówi o robieniu pierogów - to mi przypomina tefillin w judaizmie albo japa w tradycji hinduskiej, gdzie samo fizyczne wykonanie czynności, powtarzalnej i wymagającej rąk, wpędza umysł w inny rytm. Ja mam podobnie z robieniem na drutach - widzę ten wzorzec u siebie, ale nie podejrzewałam że to może mieć szersze tło.
Novaria pyta o coś, co mnie od początku tej rozmowy kręci. Mam wrażenie, że dużo tu mieszamy - stany, do których dochodzimy, z rytuałami jako takimi. Wyciszenie przez gotowanie, przez drutowanie, przez mandali - to są stany. Rytuał to coś, co te stany nadaje jakiś porządek, osadza w czasie, tworzy granicę między przed i po. Bez tego to jest tylko hobby, które działa na spokój.
To jest pytanie, które nie ma jednej odpowiedzi i zależy od tego, skąd patrzy się na rytuały. Antropologicznie - rytuał to działanie społeczne, osadzone we wspólnocie. Ale w praktykach osobistych od co najmniej kilku wieków funkcjonuje pojęcie rytuału indywidualnego, gdzie to sam praktykujący nadaje strukturę i znaczenie. Eleonorka ma rację, że samo działanie to nie rytuał - ale granica jest płynna i kto miałby jej pilnować?
Wracając na chwilę do Cyrkonii i tego, od czego zacząć kiedy się jest zagubionym - bo to był przecież oryginalny punkt tej dyskusji - mam wrażenie, że doszliśmy do czegoś ważnego. Że nie ma jednego wejścia dla wszystkich. Że trzeba najpierw sprawdzić, przez co twój układ nerwowy w ogóle chce przechodzić. I że z tym poszukiwaniem można traktować jako sam w sobie etap, który nie jest stratą czasu.
Dobra, ale wróćmy do tego co Niezapominajka powiedziała na końcu - że nie ma jednego wejścia dla wszystkich i trzeba sprawdzić przez co się działa. To brzmi sensownie, ale jak to w praktyce sprawdzić? Bo ja np. nie wiem, czy działam przez ręce, przez dźwięk, przez ruch, przez cokolwiek. I właśnie o to mi chodzi z tym byciem zagubionym - nie wiem nawet od czego zacząć szukania.
Henio, spacery to jest odpowiedź, nie 'za proste'. Dużo tradycji ma procesje, pielgrzymki, chodzenie po labiryncie. To nie jest przypadkowe. Jeśli twój umysł się wycisza podczas ruchu, to jest informacja.
Właśnie to z tą samą trasą mnie zastanawia. Czy powtarzalność trasy ma tu znaczenie, czy chodzi tylko o ruch jako taki? Bo ja mam wrażenie, że jak idę gdzieś nowego, to głowa jest bardziej aktywna, szuka, analizuje. Jak idę tam, gdzie znam każde drzewo, to jest inaczej.
Kabalisto, ale to znaczy, że nowe miejsca są w zasadzie antyrytuałem? Takie wycieczki poznawcze vs. rytuał jako powtórzenie?
To mi wyjaśnia dlaczego niektórzy jadą do Mekki czy Lourdes raz i wystarczy, a ktoś chodzi codziennie tą samą ścieżką przez las i też to opisuje jako coś ważnego. To zupełnie różne mechanizmy.
Dobra, wracam tu po kilku dniach i widzę, że temat poszedł w stronę spacerów i labiryntów. To mnie nawet nie dziwi przy tej rozmowie 🙂 Ale mam pytanie praktyczne - czy ktoś z was ma w domu coś, co robi codziennie i traktuje to jako rytuał? Nie raz w tygodniu, nie od święta - codziennie?
Sasanka, i teraz pytanie które mnie tu nurtuje od jakiegoś czasu - czy to jest rytuał dlatego, że ty to tak nazywasz i czujesz, czy dlatego że spełnia jakieś kryteria? Bo jakbyś komuś opisała to z zewnątrz, to by powiedział: ona po prostu pije herbatę rano.
Czytam tę dyskusję od jakiegoś czasu i mi to wszystko jest bliskie, bo sam jestem w tym miejscu gdzie nie wiem od czego zacząć. Ale ta herbata Sasanki - to brzmi jak coś, co mógłbym zrobić jutro. Nie szukać rytuału, tylko zauważyć co już robię i zacząć to robić bardziej świadomie?
Pochwist, to jest dokładnie ten kierunek o którym myślę, że ma sens dla osób które czują się zagubione. Nie budowanie czegoś od zera, tylko spojrzenie na to co już jest i zapytanie się - co z tego już ma tę jakość? Co robię, kiedy jestem naprawdę przy tym? Rytuał nie musi przyjść z zewnątrz.
Boże, to jest takie proste a ja przez całe miesiące szukałam jakiegoś gotowego systemu. Dziękuję ci za to, naprawdę. Mam wrażenie, że właśnie coś kliknęło.
Kupala, cieszę się że coś cię tknęło, ale uważaj na to 'kliknięcie' - bo to jest dobry moment żeby nic nie robić przez tydzień i sprawdzić czy to zostaje. Mnie to tyle razy przydarzyło, że coś klikało, byłam pewna że znalazłam swoje wejście, a za kilka dni już tego nie było.
Właśnie mi przyszło do głowy, że mówimy o rytuałach jako o czymś co trzeba znaleść, odkryć, wybrać - a może to nie jest kwestia wyboru? Mam takie przeczucie że to bardziej jak... rytuał cię wybiera, nie ty jego. Nie wiem czy to ma sens ale tak to czuję u siebie - nie zdecydowałam że coś będzie moim rytuałem, po prostu zaczęłam to robić i po czasie okazało się że to jest.
Pochwist, no właśnie tu jest pies pogrzebany. Czy pierwszy raz był rytuałem? Raczej nie. Rytuałem stało się po jakimś dziesiątym, setnym razie. Więc może to kwestia punktu widzenia w czasie - patrząc wstecz, rytuał cię wybrał, bo nie planowałaś że TO będzie ważne. Ale żeby cokolwiek mogło cię 'wybrać', to musisz najpierw coś robić.
To co mówi Perydotka ma sens w kontekście terapeutycznym też. Są badania nad tym jak rutyny stają się znaczące - to nie jest kwestia deklaracji, tylko powtarzania z uwagą. Przy czym uwaga też nie musi być od razu. Ona może się nabudowywać stopniowo.
Ja to trochę rozumiem na przykładzie tej swojej herbaty. Robię ją automatycznie, ale moje ciało jakoś... zwalnia. Oddech się zmienia. Czy to jest uwaga? Nie wiem jak to nazwać, ale jest inaczej niż kiedy nalewam wodę w pośpiechu bo muszę.
No ale jak ktoś jest zagubiony i szuka rytuału, to skąd ma wiedzieć że to co robi to już ten rytuał? Ja na przykład nie mam żadnej takiej herbaty. Nic mi nie przychodzi do głowy.
Henio, a czy jest coś, co robisz i czujesz wyraźnie kiedy tego nie ma? Nie musi być codziennie. Może raz na tydzień, może rzadziej. Brak czegoś czasem powie więcej niż obecność.
Hmm. To mnie zatrzymało. Nie wiem. Może jak nie idę w niedzielę na rynek to dzień jest jakiś... niezałatwiony? Ale to śmiesznie proste.
Henio, przestań mówić 'śmiesznie proste' i 'za proste'. To jest właśnie ten błąd - szukamy czegoś co wygląda jak rytuał z zewnątrz, a nie tego co działa od środka. Rynek w niedzielę to nie jest gorszy kandydat niż kadzidło o zachodzie słońca.
Kupala, ale jest różnica między nawykiem rodzinnym a rytuałem. Rytuał ma intencję. Nawyk po prostu jest. Jak siedzisz zawsze w tym samym miejscu przy stole bo to wygodne, to to jest nawyk. Jak siedzisz tam bo to miejsce ojca i to jest sposób na bycie z nim mimo że go nie ma - to jest rytuał.
W antropologii rytuału - tu można sięgnąć chociażby do Turnera albo Grimes'a - intencja jest jednym z wymiarów, ale nie warunkiem koniecznym. Rytuały zbiorowe często działają bez osobistej intencji uczestnika. Ktoś idzie na pogrzeb bo trzeba, bo rodzina, a i tak coś w nim pracuje. Intencja bywa bardziej opisem tego co się stało po fakcie.
To mi przypomina to co czytałam o żałobie - że rytuały pogrzebowe w różnych kulturach nie służą tylko pożegnaniu, ale przede wszystkim stworzeniu narracji dla tych co zostają. I że brak rytuału żałobnego (nagła śmierć, brak ciała, pandemia) utrudnia właśnie to - zbudowanie opowieści. Może to jest klucz do poczucia zagubienia? Brakuje narracji, nie działań.
Novaria, to jest bardzo trafne spostrzeżenie i jakoś łączy ten cały wątek. Może ludzie którzy pytają od czego zacząć kiedy są zagubieni, nie szukają działania, tylko właśnie tej narracji. Czegoś co powie im gdzie są w swojej historii. A rytuał daje miejsce w czasie - coś jest przed nim i coś jest po nim.
