Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale chętnie posłucham co myślicie. Chodzi o to, czy rytuały, które mają za sobą setki albo tysiące lat praktyki, faktycznie działają inaczej niż te wymyślone w ostatnich dekadach. Nie mówię o tym, że nowe są złe albo nie działają - mam swoje doświadczenia z obiema kategoriami. Ale jest coś w tym, jak np. stare rytuały nordyckie albo słowiańskie są ze sobą powiązane z kalendarzem, z ziemią, z bardzo konkretnym kontekstem kulturowym. Współczesne często są bardziej... ogólne? Jak byście to opisali?
To ciekawe pytanie, bo ja akurat ostatnio porównywałam dwie rzeczy - rytuały związane z nowiem księżyca z tradycji wicca, które mają kilkadziesiąt lat w tej formie, z obrzędami słowiańskimi związanymi z tym samym cyklem księżycowym. I szczerze? Trudno mi stwierdzić, że jedno działa lepiej od drugiego. Ale mam wrażenie, że te starsze mają pewną... głębię kontekstu. Jest cały system skojarzeń, symboli, które za nimi stoją.
Głębia kontekstu - to dobre określenie. Z runami jest podobnie. Kiedy pracuję z systemem starszego Futhark, to czuję się jak z czymś, co ma za sobą całą warstwę znaczeń nabudowanych przez pokolenia. Nie chodzi nawet o to, że 'działa lepiej' w sensie efektów, ale o to, że każdy gest, każde słowo ma swoje uzasadnienie w tradycji. Czy ktoś z was pracował z runami nowszymi, jak Younger Futhark albo z systemami zupełnie współczesnymi jak Witches Runes? Ciekawa jestem porównania.
Mam trochę inne spojrzenie na to. Tarot - przynajmniej Tarot de Marseille - ma jakieś pięćset lat historii w tej formie, którą znamy. Rider-Waite to dopiero 1909 rok. I co? Rider-Waite jest dziś zdecydowanie bardziej popularny i mnóstwo ludzi uważa, że 'lepiej działa', bo obrazy są bardziej dosłowne. Więc może skuteczność nie leży w wieku, tylko w dopasowaniu do osoby? Albo w tym, jak bardzo system jest wewnętrznie spójny?
Słucham tej rozmowy i mam podobne przemyślenia z numerologią. Numerologia pitagorejska kontra chaldejska - ta pierwsza jest młodsza w tej formie, którą znamy, a chaldejska ma korzenie starożytne. W praktyce używam obu i szczerze, różnice w wynikach bywają znaczące. Ale czy to znaczy, że jedna jest 'prawdziwsza'? Prowadzę notatki od jakichś dwóch lat i nie widzę jednoznacznego wzorca. Może to kwestia tego, z czym kto pracuje regularnie?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale jestem ciekaw jednej rzeczy. Mówicie o rytuałach starszych jako o czymś, co ma 'głębię' i 'kontekst'. Ale skąd wiemy, że to, co praktykujemy dziś jako 'stare rytuały słowiańskie' albo 'nordyckie', to faktycznie wierne odwzorowanie tego, jak to wyglądało oryginalnie? Czytałem gdzieś, że duża część tych tradycji była rekonstruowana w XIX i XX wieku, często z dużymi lukami.
Erazm ma rację i to jest bardzo ważna kwestia. Wiele tradycji które dziś uważamy za 'pradawne' to rekonstrukcje albo wręcz wynalazki XIX wieczne. Neopogaństwo słowiańskie w dużej części to jest zjawisko z lat 90. Nawet wicca, którą Gardner przedstawiał jako starodawną religię, to de facto synkretyzm z połowy XX wieku. Więc pytanie czy 'stare' naprawde oznacza stare, czy tylko nam sie tak wydaje bo ktoś tak to opisał.
Może to głupie pytanie, ale zastanawiam się czy to nie jest trochę tak jak z recepturami zielarskimi? Część z nich ma tysiąclecia historii i były testowane przez pokolenia. Nowe są opracowane może precyzyjniej, ale nie mają tego samego 'przefiltrowania' przez czas. Czy efektywność rytuałów można porównać do efektywności fitoterapii - gdzie starsze często okazują się bardziej złożone niż sądziliśmy?
Mam wrażenie, że ta dyskusja miesza dwie różne rzeczy i warto by je rozdzielić. Jedno to pytanie historyczne - czy dany rytuał jest faktycznie stary. Drugie to pytanie praktyczne - czy działa. To nie musi być ze sobą powiązane. Pracuję z medytacjami wizualizacyjnymi, które mają co najwyżej kilkadziesiąt lat w tej formie, i z bardzo starymi technikami czakrycznymi. Skuteczność widzę w obu. Może wiek to nie jest zmienna, tylko dostępna dla nas jako wygodna heurystyka?
Dobra, a czy ktoś w ogóle sprawdzał to empirycznie? Bo mnie interesuje konkretny wynik. Robiłam kilka razy ten sam rytm intencji - raz w 'nowej' formie wg jakiegoś współczesnego poradnika, raz w formie opartej na starszych źródłach. I szczerze nie widziałam różnicy. Może robię coś źle, ale trochę ta dyskusja o 'głębi' i 'kontekście' brzmi dla mnie abstrakcyjnie, skoro efekty były zbliżone.
Muszę się tu wtrącić bo chyba nikt jeszcze nie powiedział wprost o czymś ważnym. Skuteczność rytuału - czy starego czy nowego - zależy w ogromnej mierze od stanu umysłu osoby, która go wykonuje. Możesz mieć najstarszy możliwy rytuał z najdokładniej zrekonstruowaną formą, ale jeśli wykonujesz go mechanicznie bez prawdziwego zaangażowania, to nic z tego. I odwrotnie - własny rytuał, wymyślony od zera, ale wykonywany z pełnym skupieniem, może dać bardzo silny efekt.
To co mówi Eleonorka jest słuszne, ale myślę że to nie wyczerpuje tematu. Skupienie i zaangażowanie to warunek konieczny, ale nie wystarczający w moim odczuciu. Rytuały ze starszych tradycji często mają wbudowane mechanizmy, które to skupienie pomagają osiągnąć - określona sekwencja działań, konkretne słowa, symbolika powiązana z porami roku, fazami księżyca. Ta struktura nie jest przypadkowa. Wiele współczesnych rytuałów nie ma tej warstwy.
Hmm, ale to mnie znowu wraca do pytania - czy ta 'wbudowana struktura' pochodzi z mądrości wieków, czy z tego, że ktoś kiedyś stworzył spójny i przemyślany system, który po prostu przetrwał? Bo jeśli to drugie, to współczesny ktoś może zbudować równie spójny i przemyślany system, który za dwieście lat też będzie miał 'głębię tradycji'. Może to jest właśnie to, czym jest wicca w stosunku do odleglejszej przyszłości?
Czytam całą tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje. Mamunaa napisała że za 300 lat wicca będzie 'starożytna' - ale czy to nie zakłada, że sama starożytność nadaje jakąś wartość? Tzn. czy my sami nie budujemy tego przekonania o 'głębi' starszych rytuałów tylko dlatego, że są stare, a nie dlatego że faktycznie mają coś więcej?
To jest pytanie o przyczynę i skutek. Stałem się kiedyś świadomy tego samego problemu i długo się z nim zmagałem. Ale myślę, że to nie jest tak proste jak 'stare = dobre bo stare'. Chodzi raczej o to, że systemy które przetrwały wieki, przetrwały dlatego, że coś w nich działało - albo na poziomie praktycznym, albo psychologicznym, albo społecznym. Naturalny dobór tradycji.
Ale 'naturalny dobór tradycji' to niekoniecznie selekcja tego co działa magicznie. Mogło przetrwać to, co było najlepiej zorganizowane społecznie, co miało silną instytucję za sobą albo co pasowało do struktury władzy danego okresu. Kościół przetrwał nie dlatego że jego rytuały są bardziej skuteczne od innych, tylko dlatego że miał strukturę, pieniądze i miecz.
To co mówicie jest ok, ale chyba trochę omija istotę. Bo jeśli rytuał przetrwał, to znaczy że kolejne pokolenia uznały go za wart przekazania. I tutaj jest element, który mnie interesuje - filtrowanie przez praktykujących. Każda osoba która uczyła się rytuału, adaptowała go, przekazywała dalej, była niejako żywym testem. Coś ewidentnie bezużytecznego odpada po kilku pokoleniach.
Zastanawiam się czy w takim razie pytanie 'stare czy nowe' nie jest w ogóle złym pytaniem. Może bardziej sensowne byłoby pytanie o to, czy rytuał ma wewnętrzną spójność i czy osoba go wykonująca rozumie co robi i dlaczego - niezależnie od tego kiedy powstał?
Słucham i myślę o czymś zupełnie bocznym - w astrologii mamy podobny podział. Astrologia hellenistyczna vs. nowoczesna psychologiczna. Ta pierwsza jest znacznie starsza i bardziej techniczna, ta druga ma może 60-70 lat w tej formie. I te dwa podejścia dają naprawdę różne wyniki dla tej samej osoby. Która jest 'lepsza'? Zależy od tego, czego szukasz.
To co Fluorytka mówi o dwóch podejściach w astrologii jest dokładnie tym, o co chodzi w tym wątku. Stare i nowe mogą koegzystować i możesz wybierać zależnie od pytania. Chociaż mam wrażenie, że wielu ludzi decyduje się na jedno podejście i broni go jak twierdzy, zamiast traktować oba jako różne perspektywy na tę samą rzeczywistość.
Ok ale tutaj mam konkretne pytanie do całej grupy. Zakładając że mamy rytuał oczyszczenia przestrzeni - jeden ze starszych tradycji (powiedzmy okadzanie ziołami wg konkretnej słowiańskiej lub nordyckiej praktyki) i jeden całkowicie współczesny, napisany przez kogoś dzisiaj. Jak wy byście porównali ich skuteczność? Macie jakieś własne doświadczenia z tym?
Martusia napisała coś o strukturze formalnej i to mnie uderza, bo nie pomyślałem o tym w ten sposób. Czyli stary rytuał może być skuteczniejszy nie dlatego że ma jakąś dodatkową moc, tylko dlatego że jest precyzyjniejszy? Jak dobry przepis w porównaniu z ogólnymi wytycznymi?
Przepraszam że wchodzę, bo czytam od dłuższego czasu i bardzo mi ta rozmowa dużo daje, naprawdę. Ale mam takie małe pytanko - a czy jest jakaś różnica między starym rytuałem nauczonym od kogoś bezpośrednio, żywą tradycją, a starym rytuałem wyczytanym z książki? Bo czytałam gdzieś, że przekaz ustny zmienia coś fundamentalnie.
Ale żeby być precyzyjnym - większość tradycji, którymi się tu zajmujemy, nie ma ciągłości przekazu. Nordycka, słowiańska - mamy źródła pisane, mamy znaleziska, ale łańcuch przekazywania od nauczyciela do ucznia dla większości z nas jest urwany gdzieś po drodze. Uczymy się z rekonstrukcji. Czy to automatycznie dyskwalifikuje te praktyki?
Właśnie to 'czymś innym' jest kluczem. Rekonstrukcja to nie kopia - to interpretacja. I każda interpretacja wnosi coś od interpretatora. Czy to osłabia rytuał? Moim zdaniem nie musi, ale wymaga od praktykującego dodatkowej warstwy pracy - rozumienia dlaczego dane elementy są tak a nie inaczej, co symbolizują i co może pójść nie tak jeśli coś pominiesz lub zmienisz. Przy żywej tradycji nauczyciel pilnuje żebyś tego nie pomijał. Przy rekonstrukcji pilnujesz sam.
A jak masz pilnować sam, skoro nie wiesz co pominąłeś? To trochę błędne koło, nie? Jeśli jesteś rekonstruktorem i nie masz do porównania żywej wersji, to skąd wiesz że twoja rekonstrukcja jest kompletna?
To co Mamunaa opisuje brzmi trochę jak problem z tekstualnymi wariantami w filologii klasycznej. Tam też masz kilka rękopisów, każdy trochę inny, i musisz zdecydować który jest 'poprawny'. Filolodzy mają metody żeby to oceniać - lectio difficilior i inne - ale i tak zostaje element interpretacji. Przy rytuałach nie mamy nawet takiego aparatu metodologicznego. No chyba że ktoś tu jest religioznawcą i coś mi umknęło.
