Ostatnio zastanawiam się nad czymś, co chyba każdemu zdarzyło się przeżyć, ale rzadko się o tym mówi wprost. Robiłam rytuał oczyszczający w dość chaotycznych okolicznościach - dziecko wróciło ze szkoły wcześniej niż planowałam, musiałam przerwać w połowie, potem wróciłam do tego jakoś na odczepnego, byle skończyć. I zastanawiam się teraz, czy coś takiego w ogóle ma sens. Nie chodzi mi o efekty w sensie dosłownym, bardziej o to, czy rytuał wykonany bez skupienia, bez porządnego przygotowania, po łebkach, to w ogóle jest jeszcze rytuał, czy po prostu machanie świeczką w powietrzu. Ktoś miał podobnie?
Ja się nad tym sama zastanawiałam nieraz. Czytałam gdzieś, że w magii ceremonialnej kluczowy jest właśnie stan umysłu podczas rytuału, a sama forma jest czymś w rodzaju rusztowania. Więc jeśli rusztowanie stoi, ale robotnik śpi, to i tak nic nie zbudujesz. Ale z drugiej strony są tradycje, gdzie rytuał jest skuteczny sam w sobie, niezależnie od tego, czy celebrujący jest skupiony. Katolicka msza podobno działa ex opere operato, czyli z samego faktu wykonania, nie z pobożności kapłana. Czy to przekłada się na praktyki magiczne, nie wiem, ale pytanie jest ciekawe.
Ten wątek z mszą to nie jest taka oczywista analogia. Ex opere operato dotyczy sakramentów i opiera się na teologii łaski, a nie na mechanizmie samego rytuału. W praktykach magicznych, szczególnie tych opartych na intencji, sprawa jest zupełnie inna. Ale fakt, że tradycje się tu różnią, to prawda. Pytanie do Jaspisowej - ten rytuał miał jakiś konkretny cel, czy był bardziej ogólnym oczyszczaniem? Bo to może mieć znaczenie przy ocenie tego, co się stało.
Akurat przy oczyszczaniu przestrzeni miałam podobną sytuację i nie byłam pewna, czy to zadziałało czy nie. Ale mam pytanie ogólniejsze - jak w ogóle mierzycie skuteczność? Serio pytam, bo przy rytuałach z konkretnym, mierzalnym celem jakoś to można ocenić, ale przy oczyszczaniu, przy pracy z atmosferą miejsca, to jest takie ulotne. Może rytuał zadziałał, a może po prostu minął czas i przestałaś się tym przejmować?
A nie jest tak, że pośpiech sam w sobie zmienia coś w energetyce rytuału? Zakładam, że jeśli wchodzisz w to z głową pełną 'o nie, dziecko zaraz wróci, muszę to szybko skończyć', to siłą rzeczy projektujesz ten chaos na przestrzeń, którą chcesz oczyścić. Trochę jak próba uspokojenia kogoś, kiedy samemu się jest zdenerwowanym.
Mam wrażenie, że my tu trochę mieszamy dwa różne pytania. Jedno to czy rytuał wykonany pospiesznie w ogóle cokolwiek robi, a drugie czy robi to, co miał robić. Bo może działać, ale nie tak jak chciałaś?
Jest takie pojęcie w tradycji wicca i szerzej w praktykach neoshamanistycznych - cone of power, stożek mocy. Chodzi o to, że energia budowana przez rytuał ma określony kształt i kierunek, który zależy od skupienia i od tego, jak płynnie przebiega cała sekwencja. Jeśli coś ją przerywa albo rozbija uwagę, ten stożek jakby się rozłazi. Nie twierdzę, że to jedyna interpretacja, ale to jeden ze sposobów myślenia o tym, dlaczego ciągłość i skupienie mają znaczenie. Przerwa w połowie rytuału to coś innego niż wykonanie go szybko, ale sprawnie.
Czekaj, to ważne rozróżnienie - przerwa w środku to inna sytuacja niż przyspieszenie tempa? Ja to traktowałam jako jedno i to samo.
Tylko że to rodzi kolejne pytanie - co znaczy 'zamknąć to, co zostało otwarte'? Przy oczyszczaniu przestrzeni szałwią nie ma chyba jakiegoś wyraźnego momentu 'otwarcia', to nie jest przyzywanie czegoś konkretnego. Czy ta zasada dotyczy wszystkich rytuałów tak samo, czy tylko tych, gdzie jest wyraźna intencja wejścia w kontakt z czymś lub kimś?
Ale czy można porównać rytuał do sprzątania? Sprzątanie działa mechanicznie, rytuał... no właśnie, jak on działa? Przepraszam że się wtrącam z takim podstawowym pytaniem, ale dla mnie to jest sedno tego wątku. Jeśli rytuał to tylko zewnętrzna forma, to może nie ma znaczenia czy był pośpieszny. Jeśli liczy się coś więcej, to właśnie to 'coś więcej' pewnie ucierpi.
Nie wtrącasz się, to jest właśnie to, o co tu chodzi. I nie ma jednej odpowiedzi, bo różne tradycje różnie to rozumieją. W podejściu psychologicznym rytuał działa przez to, że angażuje umysł w symbole, które mają dla nas znaczenie - to trochę jak terapia przez metaforę. Jeśli tak, to pośpiech na pewno niszczy efekt, bo nie ma czasu na prawdziwe zaangażowanie. Ale w podejściu bardziej literalnym, gdzie zakłada się realność działania energii albo bytów, to zależy już od konkretnej tradycji.
Wracając do mojego rytuału - zastanawiam się, czy cokolwiek bym mogła zrobić po fakcie. Znaczy, czy jeśli czuję, że coś poszło nie tak, można jakoś to naprawić? Powtórzyć od nowa w lepszych warunkach? Czy to ma sens, czy raczej lepiej potraktować tamto jako niebyłe i po prostu zacząć od zera?
Myślę, że powtórzenie ma sens, ale nie w kategoriach 'naprawiania' poprzedniego. Raczej jako pełna, kompletna praktyka, która zastąpi tamtą. Przywiązywanie się do tego, że tamto 'się nie udało', też może być problemem - to kolejna rzecz, którą wnosisz do przestrzeni. Ale to moje zdanie, nie reguła.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno wrażenie - dużo mówimy o tym co powinno być, a mało o tym co faktycznie się stało po tym rytuale. Jaspisowa, to uczucie ciążenia w salonie - czy minęło, czy nie?
To, co napisałaś na końcu, jest dla mnie kluczowe - nie wiesz, co zadziałało. I właściwie to jest chyba najuczciwsza odpowiedź, jaką można dać w tej dyskusji. Bo może wcale nie chodzi o to, czy rytuał był pośpieszny czy nie, tylko o to, że samo jego wykonanie uruchomiło jakiś wewnętrzny proces, który i tak by się wydarzył?
Ale właśnie - czym się różni pośpiech od braku skupienia? Bo ja w tamtym momencie byłam skupiona na tym, co robię, tylko robiłam to szybciej niż zwykle, bo sytuacja tego wymagała. Czy to nadal jest 'pośpieszny rytuał' w złym sensie?
To jest właśnie ta różnica, o której warto pomyśleć dokładniej. Pośpiech to kwestia tempa, ale skupienie to kwestia jakości uwagi. Można robić coś szybko i być przy tym w pełni obecną. I odwrotnie - można siedzieć godzinę nad rytuałem i myślami być gdzie indziej. Pytanie do Ciebie: w tamtym momencie, kiedy robiłaś to oczyszczanie, gdzie tak naprawdę byłaś myślami?
To brzmi bardzo znajomo i zastanawiam się, czy większość ludzi nie robi rytuałów właśnie w taki sposób. Znaczy, kto ma naprawdę idealnie wolny wieczór, żadnych myśli o tym co jutro, żadnych obowiązków w tle? Pytam serio, bo jeśli ten standard jest wymagany to chyba mało kto w ogóle 'zrobił rytuał poprawnie'.
Ale nie odkładają, bo się spieszą, tylko bo się boją zrobić źle. To trochę inne, nie?
Czekaj, 'połowa siebie w rytuale' to brzmi jak coś, co by mogło tłumaczyć ten wynik Jaspisowej - trochę tak, trochę nie. Jakbyś wykonała połowę roboty, dosłownie.
Właśnie, to mnie uderzyło. Salon trochę lepiej, trochę nie. Może to nie kwestia pośpiechu jako takiego, ale właśnie tego rozszczepienia? Modrzewka, czy jest jakiś sposób żeby to sprawdzić po fakcie, czy raczej nie ma sensu się w to zagłębiać?
Po fakcie trudno cokolwiek zweryfikować, szczerze mówiąc. Ale mam inne pytanie - czy ta przestrzeń w salonie po kilku dniach wróciła do tego stanu 'ciążenia', który był przed, czy zatrzymała się gdzieś pomiędzy?
To ciekawe, bo 'zawieszone' to jest akurat słowo, które dobrze opisuje to, o czym Modrzewka mówiła wcześniej - że przerwany rytuał zostawia coś otwartego. Tylko że tu rytuał nie był przerwany, był pośpieszny. Czy pośpiech może dawać podobny efekt zawieszenia?
Ale wtedy wychodzi na to, że lepiej w ogóle nie robić niż robić połowicznie? Bo zostawiasz coś niedokończonego, co może być gorsze niż brak działania. To jest trochę przerażające, jeśli tak to działa.
No właśnie, trochę mi się odbija tą logiką. Znaczy z jednej strony słyszę że może lepiej zaczekać, z drugiej że może to co zrobiłam dało jakiś efekt, z trzeciej że jest 'zawieszone'. Myślę chyba, że po prostu powtórzę to oczyszczanie, ale tym razem bez zegarka w głowie i zobaczę, czy coś się zmieni.
To chyba najbardziej sensowna decyzja spośród wszystkich, o których tu rozmawiałyśmy. Ale mam pytanie do całej grupy - czy jak powtarzacie rytuał, który 'nie wyszedł' albo wyszedł połowicznie, to traktujecie go jak nowy, czy nawiązujecie do poprzedniego? Bo ja nigdy nie byłam pewna, czy w ogóle wspominać przy powtórzeniu o tym, że już raz to robiłam.
Właśnie o to mi chodziło z tym pytaniem o powtarzanie. Bo jeśli rytuał zostawił coś 'zawieszonego', to wchodzisz w kolejny z tym bagażem, czy czyścisz najpierw tę poprzednią warstwę? W praktykach runicznych jest taka zasada, że przed nowym rzutem wyciszasz poprzedni układ. Analogicznie myślę o rytuałach - czy da się po prostu zacząć od nowa, jakby poprzedniego nie było?
